sobota, 12 wrzesień 2015 11:24

Boko Haram, krwawa twarz islamu

Napisał

Porwanie w kwietniu zeszłego roku 276 nigeryjskich dziewcząt przez islamistów z Boko Haram spowodowało, że chociaż na chwilę oczy świata zwróciły się na tragedię dotkniętych tą plagą ludzi. Nic to, że później nastąpiły kolejne zbrodnie, mordy i niszczenie całych wiosek i miast. Zachód dziś mało przejmuje się tym, co się dzieje w okolicach Jeziora Czad.

Cierpienia przede wszystkim mieszkających tam chrześcijan nie rusza sumień jego sytych i bezpiecznych mieszkańców. Dopiero takie wydarzenia jak zamachy terrorystyczne w Paryżu na redakcję satyrycznego obrazoburczego magazynu „Charlie Hebdo” i sklep koszerny powodują, że świat polityki, mediów i kultury wyraża swoje oburzenie i wspólnie maszeruje przeciwko terroryzmowi.

Bez względu na to, ilu bezbronnych Nigeryjczyków ginęło z rąk bestii z Boko Haram – przez długi czas problem ten był marginalizowany zarówno przez władze w Abudży, jak i tzw. opinię światową. Suche depesze zachodnich agencji o kolejnych brutalnych zbrodniach niczego nie zmieniały, chociaż zachodnie mocarstwa mogły wymusić na początkowym etapie kryzysu większe zaangażowanie nigeryjskiego rządu. W końcu wciąż pozostaje on uzależniony od ich petrodolarów. Co prawda w ostatnim czasie Nigerii i sąsiadom udało się doprowadzić do wspólnej ofensywy przeciwko dżihadystom, ale jej losy nie są pewne i istnieją uzasadnione obawy, że po wyborach prezydenckich zapał do walki z nimi znacząco osłabnie. Sytuacja zaś wróci do „normy” – znów królować będą śmierć, strach i chaos.

Feniks dżihadu

Mijają dwa lata od czasu, gdy na pustyniach Mali udało się pokonać afrykański kalifat zorganizowany przez Tuaregów i saharyjskich Arabów. Jednak dżihad, terroryzm, żądza mordu, ustanowienia władzy szariatu i totalitarnej kontroli odrodziła się nad jeziorem Czad. Boko Haram – co w mowie hausa oznacza „zachodnia edukacja jest grzechem” – ogłosiło oficjalne powstanie w tym rejonie kalifatu we wrześniu zeszłego roku. Ocenia się, że po pięciu latach prowadzenia przez nich wojny partyzanckiej kontrolują oni dziś obszar wielkości Belgii, zamieszkany według różnych danych przez 2 do 3 mln ludzi. Rządzeni przez emira Abubakra Shekau terroryści ustanowili za swoją stolicę miasto Gwoza w stanie Borno, które zostało przemianowane na Dar al-Hikmę (Dom mądrości). Lata walk, coraz większe środki finansowe i wpływy, a także niezwykła brutalność i siłowa rekrutacja spowodowały, że do momentu rozpoczęcia tegorocznej kampanii sił międzynarodowych liczyła kilkanaście tysięcy ludzi.

Większość z nich, szacowana na trzy czwarte, pochodzi z Nigerii, z ludu Kanuri, ale kolejne wypady na tereny okolicznych państw, czyli Czadu, Nigru i Kamerunu, wpływają na zmiany w składzie. Dziś Boko Haram nie ma jedynie na celu uzależnienie od siebie północno-wschodnich terenów Nigerii (do tej pory walczyli niemal wyłącznie w prowincjach Borno, Yobe i Adamawa ) czy nawet przejęcie kontroli i wprowadzenia szariatu w całości tego kraju, ale odrodzenie wielkiego sułtanatu Kanem-Borny, który po tysiącu latach istnienia upadł w zeszłym wieku – do czego przyczynili się Brytyjczycy i Francuzi – który następnie podzielili i połączyli ze swoimi koloniami. To wydarzenie nigdy nie zostało zapomniane, a zemsta na Zachodzie odrodziła się w liderze Boko Haram, który w ten sposób chce się przedstawiać jako bezpośredni następca dawnych sułtanów, człowiek, który jedynie przywraca sprawiedliwość.

To jednak nie Abubakra Shekau założył tę okrutną sektę, ale lokalny imam Mohammeda Yusufa, krytykujący korupcję i działania lokalnych władz i domagający się wprowadzenia w północnej Nigerii szariatu. Ugrupowanie, będące w rzeczywistości sektą paramilitarną, powstało w 2002 roku w Maiduguri, stolicy stanu Borno, a dwa lata później przeniosło się do Kanamma w stanie Yobe, niedaleko granicy z Nigrem, w której utworzyło główną bazę – „Afganistan” – nawiązując do afgańskich talibów. To stamtąd jego członkowie zaczęli przeprowadzać ataki na okoliczne posterunki policji, co pokazało ich siłę i zdecydowanie.

Momentem przełomowym był dla nich rok 2009, gdy wywołali oni rebelię, która została w ciągu tygodnia pokonana po krwawej operacji nigeryjskiego wojska i śmierci Yusufa. Chociaż w wyniku walk zginęło 800 osób, Boko Haram przetrwało, ale zabicie jego lidera podczas próby ucieczki z aresztu, co prawdopodobnie było jedynie słabo upozorowanym zabójstwem – miał on bowiem wciąż skute z tyłu ręce kajdankami, gdy znaleziono go zabitego na ulicy – spowodowało rozbicie tej organizacji. Żądza zemsty, mordu i dominacji jednak przetrwała i czekała jedynie na odpowiedni moment, by móc się w pełni zrealizować.

 

Odrodzeni, by mordować

Dwa lata później „gwiazdką z nieba” dla Boko Haram okazał się konflikt zbrojny w Libii i późniejsza wojna domowa w Mali. Dżihadyści z Boko Haram obłowili się na arsenale wojsk Muammara Kadafiego, który obrabowano podczas libijskiej wiosny, a następnie wykorzystano w Mali, gdzie część z nich walczyła o utrzymanie utworzonego tam kalifatu. Interwencja głównie Francuzów, co prawda zakończyła jego istnienie, ale pozwoliła im na zyskanie wojennego doświadczenia, które wykorzystali, powracając do Nigerii. To właśnie ono i przywieziona „z malijskich wojaży” broń spowodowało, że nigeryjska armia, skorumpowana i z niskimi morale, okazała się dla nich za słabym przeciwnikiem, w efekcie czego zdobywali jeszcze na nich liczne uzbrojenie. Na nic zdało się ogłoszenie przed dwoma laty stanu wyjątkowego w trzech zdominowanych przez nich stanach, a także wysłanie przeciwko nim tysięcy żołnierzy i lotnictwa. Wyszli z tego jeszcze silniejsi i bardziej zmobilizowani.

Czemu są tak brutalni wobec ludności cywilnej? Czemu mordują też niepasujących do ich wizji „prawdziwych muzułmanów”, swoich współwyznawców? Odpowiedź jest prosta, nie zależy im wcale na sprawowaniu rządu dusz nad ludami północy, ale na upokorzeniu przeciwników i zasianiu strachu we wszystkich, którzy nie wyznają ich „wartości”. Ich ideologia, oprócz radykalnego islamu i wprowadzenia okrutnego prawa szariatu, zakłada też oczyszczenie kraju ze wszystkich zachodnich naleciałości i w dużej mierze wymierzona jest właśnie w europejską edukację. Stąd niszczenie szkół, karanie także muzułmanów za to, że wysyłają do nich swoje dzieci, przede wszystkim córki. Kobiety bowiem nie mają prawa do nauki i mają być całkowicie podporządkowane mężczyznom. Stąd głośne porwanie uczennic, a następnie ich „wydanie za mąż” za islamistów, które miało też wymiar propagandowy – chcieli oni w ten sposób wzbudzić strach, upokorzyć i sprowadzić do parteru – pokazać, że nieposłuszni regułom Boko Haram przegrają i nie mają co liczyć na pomoc władz. Dlatego tak bardzo, podobnie jak ich odpowiednikom z Państwa Islamskiego, zależy im na „negatywnym piarze” – chcą, by pisano o nich jako o „czystym złu”, po to, by Nigeryjczycy wiedzieli, że stawianie im oporu prowadzi jedynie do śmierci.


Lata mordów i niepokojów

Boko Haram to kolejne, wielkie nieszczęście, które dotknęło Nigerię, ale kraj ten w XX wieku przeszedł niejedną tragedię. Można powiedzieć, że po odzyskaniu przez niego niepodległości w październiku 1960 roku cieszył się on spokojem ledwie przez kilka lat. Później przyszły 33 lata dyktatorskich rządów wojskowych, podczas których dwukrotnie na krótko po władzę sięgali cywile. Fala zamachów – tak Nigerię przywitał rok 1966 – przemieniła się w falę mordów, która rozlała się na cały kraj. Dosięgała ona przede wszystkim członków ludu Igbo, z którego wywodził się pierwszy wojskowy władca kraju generał Aguiyi-Ironsi. W efekcie walk doszło do secesji wschodniej części kraju i powstania Republiki Biafry. W wyniku dwóch lat starć liczbę ofiar, głównie cywilów z Igbo, ocenia się na dwa miliony.

Ogień walk rozlał się następnie na deltę Nigru, gdzie znajdują się pola naftowe, stanowiące główne źródło utrzymania dla elity władzy. Wysiedlanie mieszkającej tam ludności i sprzedawanie tych terenów zachodnim firmom spowodowało wybuch na początku lat 90. wojny partyzanckiej. Aby zabezpieczyć swoje interesy, potężne koncerny m.in Shell i Chevron, wynajęły najemników, którzy wraz z nigeryjską armią mieli za zadanie na tyle sterroryzować okoliczną ludność, by zrezygnowała z atakowania zachodnich instalacji. Śmierć brutalnego dyktatora Nigerii generała Saniego Abacha stała się początkiem zmian w systemie i jego demokratyzowania – nie można jednak powiedzieć, by reformy poszły zbyt daleko.

W 1999 roku w wyborach prezydenckich wygrał były wojskowy reprezentujący południe kraju Olusegun Obasanjo, co przerwało okres dominacji pochodzących z północy generałów i oznaczało, że prędzej czy później dojdzie do kolejnego konfliktu.

To, skąd pochodzi przywódca, ma w Nigerii, podobnie jak w wielu innych afrykańskich państwach, kolosalne znaczenie. Kraj ten bowiem dzieli się na w większości muzułmańską mniej liczną północ, którą zamieszkują ludy Hausa, Fulbe i Kanuri, oraz w większości chrześcijańskie południe, zdominowane przez plemiona z delty Nigru, Igbo i Joruba. Nigeria powstała z inicjatywy brytyjskich kolonizatorów, którzy sztucznie złączyli konglomerat często nienawidzących się plemion w jedno państwo, co stanowi główną przyczynę tego, że wciąż dochodzi tam do krwawych konfliktów. Do tego jeszcze złe albo bardzo złe rządy przede wszystkim wojskowych, na które nakładają się też czynniki religijne i ekonomiczne, a nawet klimatyczne. Pasterze z północy są bowiem wściekli, że władze centralne zajęte są jedynie przeliczaniem kolejnych petrodolarów, a nie robią nic, by zaradzić problemowi wysychających tam zbiorników wodnych i pastwisk.

Wielu szuka też źródła nienawiści i mordu w największym skarbie kraju, czyli gigantycznych pokładach ropy, które stały się przyczyną ekonomicznego zdominowania północy przez południe. Wystarczyło, by władzę po wywodzącym się z Kanuri Abachym przejął pochodzący z Joruba Obasanjo, by na północy zaczęły się dzikie ataki na tamtejszych chrześcijan, ich świątynie i biznesy. Można się z dzisiejszej perspektywy zastanawiać, ile w tej fali mordów i odwetów było czynnika religijnego, a ile poczucia ekonomicznej niesprawiedliwości. Eksperci skłaniają się raczej ku temu drugiemu, wskazując na potężny impuls, jaki dały szerzeniu się przemocy reformy gospodarcze, przede wszystkim prywatyzacja dużych zakładów tekstylnych i azjatycka konkurencja, która zalała rynek. Nigeria zaczęła wprowadzać zmiany pod wpływem Międzynarodowego Funduszu Walutowego od 1986 roku, a w ich wyniku najwięcej straciła północ, gdzie wielu ludzi stało się nagle bezrobotnymi iznalazło się na skrajnym ubóstwie. W tym czasie dla biznesowego centrum w Lagos nastały tłuste lata.

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Wyświetlony 760 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.