wtorek, 24 październik 2017 18:46

Nieudane wyprawy po złote runo

Napisane przez

Władze każdego dnia trąbią na temat sukcesów gospodarczych. Nic nowego, poprzednie uprawiały podobną propagandę. Jednak oprócz „wzrostu PKB”, rozdętego przez nadmierną konsumpcję na kredyt, istnieją lepsze wskaźniki zdrowia i prężności gospodarki. Przyjrzyjmy się choćby naszym inwestycjom zagranicznym, wyprawom w sektorze energetycznym. One lepiej pokazują, jak silne i konkurencyjne są polskie państwowe przedsiębiorstwa w międzynarodowej konkurencji

Międzynarodowe inwestycje to podstawa dzisiejszego ustroju gospodarczego. Przepływy finansowe decydują o podstawowym parametrze, odmienianym przez wszystkie przypadki przez polityków i telewizyjnych ekspertów, to wręcz podstawa oceniania, czy gospodarka „rośnie”. Nikt przy tym nie pyta się, czy ona się rozwija, czy wręcz przeciwnie – zwija i dostosowuje do globalnych reguł. W Polsce, gdzie panuje neokolonialny „rozwój zależny”, to ogromna różnica. Podobnie z inwestycjami w realnej gospodarce Z centrów świata, zajmując kolejne rynki, napływają koncerny dobrze wyposażone w kapitał, know-how i technologie. Pytanie, czy w przeciwnym kierunku mogą płynąć podobne strumienie? Prześledźmy to na przykładzie polskich firm sektora energetycznego. Zacznijmy od sztandarowego przykładu.

 

Możejki – powstrzymujemy inwazję

Ten nieszczęsny zakup otrąbiono jako „największą polską inwestycję zagraniczną XXI wieku”, jako zwycięstwo nad rosyjską ekspansją, jako polski sukces gospodarczy i polityczny. Premier Kaczyński 15 grudnia 2006 r. osobiście przejmował świadectwa własności Możejek od litewskiego premiera Kirkilasa. Później przyszedł rachunek za te ekscesy. Wysoki. Od 2006 roku na zakup Orlen wydał 2,8 miliarda dolarów, na inwestycje 0,93 miliarda dolarów, a pół miliarda dolarów pożyczył litewskiej rafinerii. Potem nastąpił okres bardzo złych wyników i do 2013 roku Orlen uzyskał z Możejek zaledwie 0,61 mld $. Oznacza to, że inwestycja ta przyniosła 11 miliardów złotych strat. Można ją nazwać najgorszą inwestycją zagraniczną III Rzeczypospolitej. Ale cóż to jest 11 miliardów złotych! To jedynie 300 złotych na każdego Polaka. Ot, po prostu zrzutka na bezpieczeństwo energetyczne.

Możejki to nie tylko sztandarowy przykład złej, upolitycznionej decyzji inwestycyjnej. Od niej minęło już przecież 11 lat. To także objaw słabości polskiego rządu w negocjacjach z zaprzyjaźnionym przecież państwem, w których rozstrzygają się losy miliardów dolarów inwestycji, pochodzących od polskiego obywatela, a marnowanych poza granicami Polski. Rząd litewski potraktował nas bardzo twardo (podobnie jak w sprawach Polaków na Litwie). Gdy tylko inwestycje się dokonały, pogorszył Orlenowi warunki działania, otworzył rynek dla rosyjskiej konkurencji, rozebrał najkrótszą linię kolejową z rafinerii do portu, podniósł stawki za przewóz i zablokował inwestycje w rurociąg eksportowy. Dodatkowo, gdy Litwinom zabrakło pieniędzy w budżecie, zażądali natychmiastowej realizacji opcji sprzedaży swoich udziałów. Orlen, reagując z opóźnieniem, omal nie przypłacił tego zawałem finansowym.

Rafineria Możejki dopiero niedawno zaczęła przynosić dochody, po wielu latach strat. Teraz też rządowi udało się zawrzeć porozumienie z Litwą, co z pewnością można określić jako „dobrą zmianę” dla litewskiego Orlenu. Jednak jeśli przyjrzeć się wynikom całego okresu tej inwestycji, bilans jest niestety ujemny. Nie ma mowy o zwrocie z inwestycji, a mamy otwartą dziurę przez którą wyciekają pieniądze z polskiej gospodarki.

Yme, czyli nie potrafimy dopilnować

Zakup naftowego złoża Yme na Morzu Północnym miał być dla Grupy Lotos początkiem ekspansji w ryzykownym biznesie wydobycia ropy i gazu. Udziały w złożu spółka Lotos Norge kupiła w 2008 roku. Ogólny koszt inwestycji wyniósł 1,6 miliarda złotych.

Media i eksperci, którzy podgrzewają często polskie firmy do zagranicznych inwestycji, przyjęły ten projekt z euforią, a przecież było to potężne wyzwanie, wymagające doświadczenia i ogromnych środków na inwestycje. Po wielu perypetiach, gdy w czerwcu 2011 roku, platforma wydobywcza została wreszcie zainstalowana na złożu… okazała się wadliwa. Nie została przez nadzór techniczny dopuszczona do eksploatacji. Norweska spółka Lotosu była jedynie udziałowcem mniejszościowym, bez możliwości kontroli i wpływu na zarządzanie, gdyż norweskie prawo umożliwia to jedynie udziałowcom większościowym. Inwestowano na ślepo, bez możliwości kontroli i bez doświadczenia w takich projektach. Oznaczało to stratę środków zainwestowanych w Yme – wysokości ponad 500 milionów dolarów. Z szumnie nagłośnionego odszkodowania wypłaconego przez SBM na konta Lotosu wpłynęła kwota zaledwie 12 milionów dolarów.

Projekt kosztował spółkę dokładnie 1 miliard 596 milionów złotych. 30 czerwca 2014 Lotos dokonał ostatniego odpisu wartości złoża ropy naftowej Yme ze swego bilansu. W ten sposób wyzerował wartość przedsięwzięcia w księgach gdańskiej rafinerii.

Powszechnym narzekaniom na rolę związków zawodowych w spółkach państwowych przeczy historia tego przedsięwzięcia. Zakupu dokonano wbrew ostrym protestom załogi Petrobalticu, która domagała się, by inwestować na Bałtyku, gdzie nowe złoża od lat oczekiwały na zagospodarowanie. Protesty były zdecydowane, związki złożyły skargi do prokuratury, rozpoczynając szerokie negocjacje i wymianę korespondencji z instytucjami państwa. Oskarżały zarząd, że przeznacza 700 milionów na „wątpliwą ekonomicznie inwestycję”. Przez to zaniedbano na wiele lat wydobycie ropy na Bałtyku, choć u nas jest to dużo łatwiejsze technicznie i nieporównywalnie bardziej zyskowne. Tak z powodów warunków naturalnych (płytkie złoża Bałtyku), jak i ze względu na bardzo niskie podatki od wydobycia ropy w Polsce, a bardzo wysokie w Norwegii. Jednak krajowe surowce nie cieszą się estymą tak wśród polityków, jak polskich przedsiębiorstw państwowych.

Kanada pachnąca ropą

Pouczająca jest historia inwestycji Orlenu w Kanadzie. Zakup spółek kanadyjskich przyniósł poważne straty płockiemu koncernowi. Zainwestowano w nie łącznie ponad cztery miliardy złotych: 549,2 mln zł w 2013 r. (TriOil Resources), rok później 2,7 mld zł (Birchill Exploration) i jeszcze 1,02 mld zł w Kicking Horse Energy. I kontynuowano inwestycje pomimo faktu, że już w 2014 roku Orlen musiał odpisać w straty 311 milionów złotych z tych inwestycji.

Dokładnych danych z takiej działalności nie publikuje się, chowając wszystko w rubryce „segmenty działalności” sprawozdań finansowych, jednak przy przenoszeniu orlenowskiej spółki z Holandii pod polską jurysdykcję okazało się, że Orlen Upstream International w 2015 roku poniósł stratę prawie pół miliarda złotych. Na dodatek w 2015 roku trzeba było odpisać wartość aktywów spółki w kwocie 444 mln złotych. Jak widać, prawie 5 miliardów inwestycji przynosi same straty.

Interesujące jest to, że zakupu aktywów dokonano szybko i bez rozgłosu. I co jeszcze ciekawsze, gdy w Orlenie zaszła „dobra zmiana”, nowa władza nawet nie zająknęła się na temat błędów inwestycyjnych swoich poprzedników. Widocznie ponad walkami watah partyjnych są wyższe, mocniejsze interesy, których nie wolno ruszać.

Na marginesie można też przypomnieć o innym „oszałamiającym sukcesie”, to jest o poszukiwaniach w Polsce gazu z łupków. Miernikiem jego „sukcesów” jest odpis z polskiej działalności poszukiwawczej Orlenu, który tak intensywnie uczestniczył w łupkowej gorączce, że w 2015 roku z tej działalności musiał odpisać ponad 400 milionów złotych strat. Wielkie pieniądze wrzucone w tamtejsze wydobycie można porównać w skali „sukcesu” jedynie do Możejek czy złoża Yme.

Ukraina za trudna dla nas

Inny przykład inwestycji to próba wydobywania gazu na Ukrainie, którą PGNiG podjęło, inwestując w spółkę wydobywczą Dewon. Prawie 20 lat temu, w 1998 roku dwaj prezydenci, Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma, uroczyście podpisali porozumienie o współpracy. Ukraińska spółka PGNiG – „Dewon” została zarejestrowana w 2000 roku, a obietnice były smakowite – obiecywano importować nawet miliard m3 gazu rocznie. A było z czego – złoże gazu Sachalinskoje to jedno z największych, szacowane na 15 miliardów m3 gazu i 1,7 mln ton ropy.

Polska posiadała 36% udziałów w tych złożach, jednak na Ukrainie władza i wpływy w ministerstwach i państwowych spółkach przechodzą z rąk jednych oligarchów do rąk innych. Tak więc „Dewon” był zakładnikiem politycznych przewrotów, nie miał praw do eksploatacji złoża i musiał korzystać z koncesji innej ukraińskiej spółki. Gdy więc w 2003 r. ze złoża popłynął pierwszy gaz, nie można go było sprzedawać do Polski. Rok później – już w czasie Pomarańczowej Rewolucji – administracja ukraińska – już pod kierownictwem nowego oligarchy – przekazała koncesję na wydobycie kolejnej spółce (Ukrnieftieburienie), ta zaś nie chciała udzielić Dewonowi prawa do handlu wydobytym gazem. Rozpoczęły się sądowe korowody, trwające latami. Po długich walkach uzyskano w końcu koncesję na wydobycie, jednak jej ważność bardzo szybko wygasła. Spółka od siedmiu lat nic nie wydobywa, więc tak akcje kupione przez naszego narodowego gazowego monopolistę, jak i pożyczki (8 milionów dolarów) z pewnością są nie do odzyskania. Od lat PGNiG wciąż myśli o wycofaniu się z tego przedsięwzięcia. Myśli, myśli i nie wycofało się do dzisiaj. Tak więc PGNiG powróciło na tarczy z tej ukraińskiej wyprawy.

(...)

Andrzej Szczęśniak

Czytany 408 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.