wtorek, 24 październik 2017 20:15

Barwy rewolucji, czyli kto sieje ziarna wojen domowych

Napisał

Ponieważ dynamizm buntu wymaga ustawicznego fermentu, rewolucjonistom zależało zawsze na wzbudzaniu jak najostrzejszych antagonizmów społecznych. Rebelia była sakramentem, świętym obrządkiem wymagającym ustawicznych praktyk. Między innymi na jej etosie zbudowano nowy światowy ład. Każde następne pokolenie zyskało w ten sposób niepisaną zgodę dla swojego własnego buntu przeciwko władzy, uznanej według własnego widzimisię za hegemona. Hegemonowi zaś w zmiennym nowożytnym ustroju, w którym prawda zależy od woli ludu, brakuje rozstrzygających, fundamentalnych argumentów, aby ten przywilej zanegować. Owa rewolucyjność, a wraz z nią apoteoza antagonizmów, przenika dziś wszystkie środowiska polityczne, od skrajnej lewicy po prawicę. Jak z tego wynika, budowany demokratyczny ład, bazujący mniej lub więcej na pochwale niezgody, ma bardzo kruche podstawy. Spory ideologiczne coraz powszechniej eskalują i grożą otwartymi fizycznymi konfrontacjami. Ponieważ takie zaostrzenie występuje obecnie w Polsce, może warto przyjrzeć się temu, które ze środowisk są propagatorami rewolucyjności i związanych z nią antagonizmów, które wykorzystują je do celów pragmatycznych, a które skrycie zgadzają się z ich założycielską ideą.

 

Lewicowy „dyskurs”, czyli pluralizm wszystkich i niczego

Dla wielkiego kontynuatora heglizmu, Marksa dynamiczny skonfliktowany świat stanowił paliwo postępu. Można rzec, że antagonizmy (w tym wypadku klasowe) traktował on jak szczeble drabiny jakubowej, po których należało się wspiąć do idealnego raju komunizmu. W rychłe nadejście tego złudzenia komuniści wierzyli gorąco i tym goręcej nie wahali się stosować w celu jego osiągnięcia – uznanych za konieczne – represyjnych narzędzi, takich jak np. krwawy przewrót czy dyktatura proletariatu. Ponieważ sytuacja wymykała się spod kontroli, a wieloletnie panowanie komunizmu nie doprowadziło do zaistnienia arkadii, zniechęcona lewica postanowiła zmienić cel i metody, większy nacisk położyć na inżynierię dusz. Przestarzały cel równości klasowej zastąpiono analogicznie utopijną wizją dekonstrukcji starego patriarchatu i wybudowania na jego gruzach tzw. nowego mentalnie społeczeństwa otwartego. Z tego, jak nierealne są to mrzonki, zdawali sobie sprawę od początku sami autorzy tych idei, choć starali się jak mogli, by nie ulec przypadkiem realizmowi. Współtwórca szkoły frankfurckiej, Max Horkheimer pisał: cel, jakim jest rozumne społeczeństwo, chociaż zdaje się dziś znajdować schronienie tylko w fantazji, rzeczywiście leży na sercu każdemu człowiekowi.

Za wynalazcę nowych metod na drodze do zwycięstwa myśli marksistowskiej na Zachodzie uznaje się powszechnie jednego z założycieli włoskiej partii komunistycznej Antonio Gramsciego. Komunista ten szczególnie nadaje się na prekursora, gdyż cieszy się opinią płodnego inteligenta oraz ofiary faszystowskich represji. Był on propagatorem pojęcia kapitalistycznej hegemonii politycznej i kulturowej, którą chciał obalić przy pomocy ducha rozłamu – czytaj eskalacji antagonizmów. Jednak zamiast rewolucyjnych czynów zbrojnych proponował on niezmordowanie powtarzać własne argumenty... powtarzanie jest bowiem środkiem dydaktycznym, działającym najskuteczniej na umysłowość ludu (…). Nasza doktryna nie jest doktryną zbuntowanych niewolników, jest to doktryna władców, którzy w codziennym trudzie przygotowują broń, by zapanować nad światem.

Gramsci zaproponował słynny marsz przez instytucje, przejęcie sektorów: edukacji, kultury i ośrodków sprawowania władzy. W założonym we Frankfurcie przez żydowskich i niemieckich komunistów Instytucie Badań Społecznych, potocznie zwanym szkołą frankfurcką, wyrażano bardzo zbliżone poglądy. Podkreślano tam między innymi konieczność wywarcia wpływu na język i debatę publiczną. W ten sposób zachodnia lewica stała się propagatorką bezkrwawego fermentu. Nieustępująca miłość środowisk postmarksistowskich do antagonizmów widoczna jest w filozofii Herberta Marcuse’a, który postrzegał współczesne mu społeczeństwo jako popadające w nadmierne samozadowolenie i groźną według niego stagnację. Miało to rzekomo doprowadzić do utraty czujności obywatelskiej, postępującej ukradkiem faszyzacji, przejawiającej się zwłaszcza w zawłaszczeniu języka komunikacji. Wzbudzanie antagonizmów miało wg lewicy uchronić nieogarnięty prosty lud przed popadnięciem śpiączkę, było więc rodzajem wystrzału z nadmuchanej papierowej torebki nad uchem błogo zasypiającego burżuja.

W XXI wieku postępowy establishment, jakby z nudów, powodowanych indolencją intelektualną i wynikających z niej brakiem od co najmniej kilku dekad znaczących dokonań, zainspirował się dziełami konserwatysty Carla Smitha, w których, rzecz dziwna, niektórzy współcześni różowi apologeci dostrzegli inspiracje. Jednym z odkryć, których tam dokonali była myśl, że antagonizmów politycznych i społecznych nie da się na tym naszym łez padole w ogóle zlikwidować. Do tak sformułowanego poglądu przyciągnął ich zapewne ów marksistowski afekt, którym darzą oni dynamikę konfliktu i wyłaniająca się z poglądów niemieckiego konserwatysty obiecującą perspektywę wiecznie panującej walki. Zbyt bliskie przebywanie w towarzystwie reakcyjnie brzmiących, pesymistycznych poglądów szybko stało się dla współczesnych demiurgów pokroju Chantal Mouffe czy Ernesta Laclauema zbyt krępujące i mało trendy. Wkrótce powrócili oni grzecznie na przetarte postmarksistowskie szlaki, proponując budowę społeczeństwa doskonale pluralistycznego, w którym zezwala się na zaistnienie obok siebie wielu różnych, najbardziej skrajnych poglądów. Zbliżyli się tym samym jeszcze bardziej niebezpiecznie do dawno porzuconego przez socjalizm rewolucyjnego brata bliźniaka – liberalizmu, który jakby wychodząc naprzeciw wytęsknionemu rodzeństwu, mocno chyli się ku lewej stronie. Choć lewica konsekwentnie narzeka, że jest to związek, tymczasowy i pozorny, subtelne dywagacje „marksistów zza biurka” w praktyce w nie mają większego znaczenia. Różnice stają się coraz bardziej kosmetyczne i pozorne.

Postulowany lewicowy pluralizm niewiele ma wspólnego z klasycznymi definicjami i wyobrażeniami na temat zjawiska. Należy go raczej rozumieć jako wytyczony przez lewicę standard bezgranicznej otwartości, który idealnie permisywna (zwłaszcza w swoich oczach) prometejska lewica musi przynieść jak ogień całemu ociemniałemu światu. Jest lewicowym przywilejem, którego uszanowania wymaga się wyłącznie od antagonistów. Mimo więc że wkrótce ma zapanować atmosfera otwartości, jak dotąd nigdzie na świecie, w tym również w naszym kraju, podążającym drogą postępu, nie zaobserwowano, aby lewicowa agresja w ramach wzajemnej tolerancji osłabła. Coraz odważniejsze próby wychodzenia w przestrzeń publiczną z różnego typu aktami nienormatywnymi, niemoralnymi czy wręcz obrzydliwymi są tego wystarczającym dowodem. Weźmy choćby taką berlińską paradę gejowską, której w ostatnich latach przestał już towarzyszyć najmniejszy nawet pozór pruderii. Mamy oto napawać się radością, gdy w samo południe przez miasto przetacza się legion zupełnie nagich wyuzdanych, tęczowych samców z obnażonymi i starannie pomalowanymi genitaliami. Relację w Internecie z jednej z takich parad zamieścił jakiś Rosjanin, który robił wrażenie osłupiałego pod wpływem tej swoistej kulturowej terapii szokowej. Innym przykładem są tak zwane akcje artystyczne, a to przemarsz jakiejś nagiej artystki przez środek miasta, a to malowanie publicznych obrazów własnymi narządami intymnymi. Te i podobne im „happeningi” stanowią w istocie tzw. propozycję nie do odrzucenia, złożoną społeczeństwu prymitywnych tubylców, czyli ludzi o uparcie niezbyt lewicowych lub liberalnych poglądach. Jakakolwiek jej krytyka powoduje furiacką napaść na pluralistycznego dyskutanta, przy wsparciu ciężkiej medialnej artylerii. Prowokacja jest środkiem, który ma rzekomo wznieść poziom dyskursu na wyższe piętro i rzeczywiście to czyni. Po fakcie jesteśmy zmuszeni wziąć udział w dyskusji z pułapu zgody na legalizację nowej, zaaplikowanej nam gwałtem rzeczywistości. Podobne jest to do praktykowanego jeszcze tu i ówdzie na dzikim Wschodzie (np. w Kirgizji) zwyczaju porywania sobie gwałtem kobiety do ożenku. Skonsumowanego w ten sposób związku nie można już rozwiązać ani mu się sprzeciwić. Oto ów dyskurs w całej okazałości. Nie dajmy się więc zwariować, proponowany przez lewicę pluralizm w miejsce hegemonii należy tu odczytać jako instalację nowej, lepszej hegemonii zarządzającej w sposób „właściwy” użytecznym pseudo-dyskursem. W praktyce oznacza to zwycięstwo myśli lewicowej i miękki (znając lewicę – miękki raczej krótkoterminowo) terror poprawności.

Sam „dyskurs” to pojęcie, które w XX wieku zaanektowane zostało przez lewicujących postmodernistów w rodzaju Michela Foucaulta, jak też akolitów marksizmu, takich jak wymieniony Gramsci lub sympatyczni panowie ze szkoły frankfurckiej. Pierwszym punktem planu postmarksistów było śledzenie i polowanie na wszelkie przejawy tzw. faszyzmu w języku hegemona, którym było wsteczne, patriarchalne społeczeństwo zachodnie. Śledzenie dyskursu to nic innego jak tendencyjne szpiegowanie wrogów ludu z apriorycznym zamiarem złapania na gorącym faszystowskim uczynku. Na podstawie takich monitoringów organizacja Baader Meinhof brała pod swoją zdeformowaną marksizmem lupę mniej lub bardziej konserwatywnych polityków, doszukiwała się w ich wypowiedziach reakcyjnych treści, co pozwoliło jej ferować a następnie wykonywać wyroki śmierci na owych „faszystowskich świniach”.

Wracając do współczesnych lewicowych prowokacji: oczywiście nie prowadzą one do żadnego wzrostu kultury dyskusji, wręcz przeciwnie, rodzą (ku uciesze lewicy, która w ten sposób przeprowadza dowód na wszędobylską szowinizację) coraz odważniej artykułowane niezadowolenie, i to wśród zupełnie apolitycznych obywateli. Dla przypomnienia, do niedawna taki wzrost kontrrewolucyjnych nastrojów nazywany był przez jaśnieoświecone kręgi – czarną reakcją.

W jakiejś rzeczywistości równoległej postawa umiarkowanej akceptacji heterogeniczności debaty i materializujących się w niej odmiennych poglądów nie byłaby tą najgorszą i miałaby w sobie coś z chrześcijańskiego szacunku wobec rozmówców. W tej jednak rzeczywistości zatrute jest samo źródło. Trucizna to przyrodzone marksizmowi zafałszowanie prawdziwych intencji. Paradoksalne jest to, że zjawisko zakłamania występuje wśród lewicowców, mimo iż przypisują oni sobie miano tropicieli faryzeizmów. Marksiści ulegają zakłamaniu w głównej mierze przez szacunek do zasady: cel uświęca środki. Wszelkie matactwo podejmowane w słusznym celu nie jest przewinieniem. Tak też tworzenie atmosfery pluralizmu czy też tzw. dyskursu społecznego jest tylko kolejnym po „marszu przez instytucje” taktycznym zabiegiem, który ma pomóc lewicy w wydobyciu się z impasu politycznego, czyli wszędobylskiej hegemonii neoliberalizmu. Jak w swoim wstępie do książki Chantal Mouffe Paradoks demokracji pisze Leszek Koczanowicz:

Im więcej bowiem różnorodnych głosów pojawi się na scenie politycznej, tym większa będzie szansa przełamania istniejącej już hegemonii i przez to ugruntowania pluralizmu, który z kolei jest warunkiem pojawiania się alternatywnych wizji.

Wszystko to są rzeczy ważne, jednak w lewackich dążeniach do osiągnięcia społeczeństwa pluralistycznego kryje się też inny, prawdziwie niebezpieczny podstęp, który stanowi ich sedno. Za pozornie humanistyczną retoryką kryją się ciągle te same utopijne dążenia do równości, które sięgają obecnie absurdu. Lewicowy model pluralizmu to stworzenie wielokulturowego modelu społecznego, w którym każda z propozycji będzie doskonale równowartościowa i zrównoważona po to, żeby pochłonął on ostatecznie stare chrześcijańskie paradygmaty. Służyć ma temu atomizacja społeczna przeprowadzona na skalę tak wielką, jak nigdy dotąd w historii. Zmieszane i zmielone w pył narody, w któryc niewyobrażalna wielość przeciwieństw kulturowych osiągnie masę krytyczną i zleje się w jeden wielki monizm, na podobieństwo cząstek wody, które razem, mimo odrębności, tworzą jedno morze. Wszystko ostatecznie roztopi się we wszystkim. Muzułmańscy imigranci, laiccy ateiści, faszyści, buddyści, naziści, komuniści, Biali, Murzyni, katolicy, protestanci i chciałoby się dodać: żydzi i cykliści, wrzucani są między wielkie kamienne żarna filozofii multi-kulti, którym obraca różowy Karol Marks. Na drodze tego procesu pozostaje do pokonania ostatnia przeszkoda, a raczej to, co z niej zostało. Jest nim największy wróg relatywizmu: cywilizacja łacińska, której jakikolwiek prymat doprowadza postmarksistów do prawdziwego szaleństwa. Liczne przejawy odchodzenia od zmysłów wśród młodych adeptów Marksa obejrzeć można w filmach kręconych telefonami komórkowymi na lewicowych demonstracjach w USA, Europie, w tym również w Polsce.

Tak czy siak lewicowi specjaliści od otwierania puszek Pandory poprzez swoje nowe postmarksistowskie pomysły gotują światu coraz większe piekło, coraz powszechniejsze zantagonizowanie. Trzeba zauważyć, że dla nowoczesnego rewolucjonisty nie istnieją żadne (podkreślmy to słowo) granice, jeśli chodzi o budowanie światów równoległych wobec zastanej rzeczywistości, czyli tworzenie eksperymentalnych konstruktów społecznych. Nie stanowią ich już nie tylko resztki przestarzałej cywilizacji, ale również biologia, genetyka, płeć, dowolnie pomyślane modele socjologiczne. Lewicowy eksperyment wyzwolenia się od wszystkiego, do którego zaproszenie brzmi w ustach ideologów jak zachęta do rozpoczęcia seansu science fiction 3D, dopiero teraz, w XXI wieku może zacząć się na całego. Gdy Judith Butler roztacza epicką wizję sztucznych transgresji płci na masową skalę, gdy Jan Hartman, udzielając wywiadu zmarłemu Miecugowowi, maluje obraz niepowstrzymanego postępu przyszłościowej kontroli urodzeń (adorując przy tym państwo protoplastę tego procederu – czyli Chińską Republikę Ludową za czasów Mao), oniemiali widzowie mogą tylko ocierać pot z czoła i, jak to się mówi kolokwialnie: „rozdziawiać japy”. Owo kreowanie nowych rzeczywistości, rodem z filmów o Harrym Potterze, dotyczy nie tylko kultury, ale szerzej rozumianej przestrzeni publicznej, także politycznej. Jest ono w istocie dowolnym rozplenianiem trylionów możliwych światów na wypalonej ziemi zastanego i znienawidzonego ładu. Chantal Mouffe w wywiadzie z Sierakowskiem stwierdza, co następuje:

Ważne jest, by najpierw zakwestionować samą ideę, że istnieje coś takiego jak porządek naturalny, który jest konsekwencją rozwoju obiektywnych sił, czy będą to siły produkcji, czy prawa historii, czy rozwój ducha. Jak w haśle alterglobalistów: „Inny świat jest możliwy!”. Zgodnie z naszym podejściem inne światy są właśnie zawsze możliwe i nigdy nie powinniśmy akceptować tezy, że rzeczy nie mogą się mieć inaczej. Zawsze istnieją alternatywy, które zostały wykluczone przez dominującą hegemonię i które można urzeczywistnić. Teoria hegemonii pomaga dokładnie to zrozumieć. Każdy porządek hegemoniczny można podważyć przez praktyki kontrahegemoniczne, usiłujące dokonać dezartykulacji istniejącego porządku, by ustanowić inną formę hegemonii.

Jakie jeszcze profity chce wycisnąć lewica, zawłaszczając dyskurs? Pierwszorzędnym celem, do którego dążą owe siły postępu, jest indyferencja. Jak wykazały wojny religijne XXVI-XXVIII wieku, społeczeństwo umęczone skomplikowanymi sporami ideowymi staje się bardziej podatne na populistyczne rozwiązania. U kolejnych pokoleń walczących w przeciągających się wojnach protestancko-katolickich wystąpił element zobojętnienia. Ludzie zaczęli mieć w tzw. głębokim poważaniu kwestie wydawałoby się tak ważne jak zbawienie duszy czy choćby dochodzenie prawdy (np. odpowiedzi na pytanie, kto w rzeczywistości zawinił?). Wtedy udało się ograniczyć idee do ogólnikowych, głęboko antropocentrycznych zasad i popularnie brzmiących haseł w stylu „wolność, równość, braterstwo”, co utorowało drogę Oświeceniu. Na powtórkę tego mechanizmu liczą postępowe środowiska, które są plastyczne i gotowe, by ustawicznie zmieniać swój charakter i emblematy, dopasować idee do aktualnie panujących warunków, ewoluować. „Teza, antyteza, synteza” to metoda, której skorzystano już wielokrotnie w dziejach.

(...)

Wojciech Trojanowski

 

Czytany 270 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.