czwartek, 25 styczeń 2018 09:19

Między samostanowieniem a status quo

Napisał

Gdyby konsekwentnie dążyć do realizacji prawa narodów do samostanowienia, to cała mapa polityczna współczesnego świata uległaby głębokiej dekompozycji. Wynika to z faktu, że współcześnie nie ma w zasadzie terytoriów monoetnicznych. Aż w przypadku 9/10 niepodległych państw ich obszar nie pokrywa się z podziałami etniczno-kulturowymi. Wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy (poprzez przesiedlenia, deportacje, wypędzenia lub „czystki etniczne”, wymuszoną asymilację bądź prawne nieuznanie odrębności) z reguły prowadzą do zbrodni.

Niezależnie od wcześniejszych doświadczeń z Czeczenią, Abchazją czy Kosowem, obecna turecka, irańska i iracka interwencja w Kurdystanie czy spór między Madrytem a Katalonią podgrzewają znowu dyskusję wokół aspiracji narodów pozbawionych niepodległości i praw do terytorialnej suwerenności. Niepodległościowe roszczenia Palestyńczyków, Tybetańczyków, Ujgurów, Kaszmirów, Portorykańczyków, Zulusów czy Flamandów i Szkotów tylko pozornie nie pozostawiają wątpliwości. Wiele z tych przypadków ma charakter niekolonialny, a zatem kontrowersyjny i trudny do zakwalifikowania. Jak traktować aspiracje niepodległościowe narodów żyjących w osobliwych tyglach, przemieszanych ze sobą? Który naród ma wówczas prawo stanowienia o sobie kosztem innego narodu? Obawy, że mniejszościowe narody zechcą skorzystać z pełnego prawa do samostanowienia, czyli dokonać secesji, sprawiają, że odmawia im się nawet praw częściowych, na przykład do autonomii kulturalnej czy językowej. Tak postępują Bałtowie wobec ludności rosyjskojęzycznej czy Turcy i Arabowie wobec Kurdów. Wywołuje to rozmaite zarzewia konfliktów, nie likwiduje jednak ich podstawowej przyczyny. Rozpad Jugosławii pokazał złożoność i dramatyzm położenia Serbów w Chorwacji, Chorwatów w serbskiej Krajinie, a także Albańczyków w Kosowie.

Obecnie praktycznie nikomu nie zależy na popieraniu tendencji wolnościowych, a zatem na rozdrabnianiu dotychczasowych jednostek geopolitycznych, niezależnie od tego, czy są nimi Irak, Hiszpania czy potężne Chiny. Większą groźbą dla istniejącego świata byłoby przecież stworzenie sieci hybrydalnych tworów państwowych, skłonnych do atawistycznego wojowania ze sobą. Wszyscy, którzy znają powikłania bliskowschodniej sceny politycznej, zdają sobie sprawę z tego, że utworzenie niepodległego Kurdystanu raczej skomplikuje, a nie uładzi sytuację w regionie i wywoła nowe osie konfliktu. Droga do niepodległej Palestyny jest długa i złożona, zależy nie tylko od stanowiska Izraela, lecz i sąsiednich państw arabskich. Niewiele również można zrobić w sprawie wolnego Tybetu czy Xinjiangu.

Eskalacja dążeń niepodległościowych grozi wzrostem napięć w skali globalnej na tle pretensji granicznych, roszczeń gospodarczych, niekontrolowanego przepływu broni, aktów terrorystycznych, zorganizowanej przestępczości. Wszystko to pociągałoby za sobą interwencję mocarstw odpowiedzialnych za utrzymanie ładu międzynarodowego. Jest absolutnie pewne, że rosnąca nieskończenie liczba niepodległych politycznych jednostek terytorialnych nie może być podstawą globalnego bezpieczeństwa i rozwoju. Czy zatem koszty kreowania nowych państwowości nie przewyższają aby swoją ceną pożądanych rezultatów? Tym bardziej że nie istnieje żadne moralne przykazanie, które głosiłoby powinność bezwzględnego korzystania z prawa do samostanowienia. Brakuje też na ten temat jednoznacznej interpretacji prawnej. Jak poza tym zachować równowagę między prawem do samodzielności i do samostanowienia a jednoczesnym wyzbyciem się ślepych separatyzmów narodowych?

Rozpad struktur wielonarodowych (ZSRR, Jugosławii, Czecho-Słowacji) na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku przyniósł ważne pytania o granice dążeń niepodległościowych. Abstrakcyjne prawo do samostanowienia zderza się bowiem z obiektywną sytuacją, w której przemieszanie ras, narodowości i narodów uniemożliwia wręcz jego realizację. Wystarczy choćby przywołać przykład Afryki, w której zaledwie cztery słabe państwa − Swazi, Lesotho, Botswana i Somalia − są jednorodne pod względem ludnościowym (choć dzielą się na rody i lineaże). W dekadzie lat dziewięćdziesiątych minionego wieku w imieniu tegoż prawa popełniono w Europie i w Afryce straszliwe zbrodnie, przypominające krwawe rzezie czasów średniowiecza. Ów „powrót do egzystencji plemiennej” stał się procesem wyniszczającym i godnym pożałowania.

Być może obecne dążenia separatystyczne w Europie są reakcją na procesy integracyjne, zachodzące w niej od kilkudziesięciu lat. Osławiony „ligizm” (od Ligi Północnej), prowadzący do eskalacji dążeń autonomizacyjnych regionów włoskich jest spektakularną demonstracją „nowej plemienności” w życiu społecznym i kulturze, określanej jako „trybalizacja świata”. W wystąpieniach odśrodkowych można również dostrzec przejaw pewnego kryzysu bądź „zużycia się” dotychczasowych form demokracji. W miejsce demokracji obywatelskiej pojawia się tendencja do „etnodemokracji”. Według francuskiego socjologa Michela Maffesolego, tradycyjną politykę opartą na klasie politycznej i partiach politycznych zastępuje ponowoczesna „kultura sentymentu”, odwołująca się do uczucia, przeżycia, idei małych wspólnot i odrzucająca instytucje polityczne ukształtowane w ostatnich dwóch stuleciach.

Zgodnie z art. 1 obu Międzynarodowych Praw Człowieka z 1966 roku prawo do samostanowienia należy do pierwotnych praw kolektywnych. Zapisano tam, że „wszystkie narody mają prawo do samostanowienia. Z mocy tego prawa swobodnie określają one swój status polityczny i swobodnie zapewniają swój rozwój gospodarczy, społeczny i kulturalny”. Zagwarantowanie prawa narodów do samostanowienia jest warunkiem niezbędnym dla przestrzegania praw człowieka, zarówno politycznych i obywatelskich, jak też gospodarczych, społecznych i kulturalnych. Samostanowienie narodowe poprzedza wszystkie inne prawa. Nie można więc mówić o jakichkolwiek prawach człowieka bez emancypacji i samoukonstytuowania się narodów, nawet gdy często dzieje się to na drodze walki zbrojnej i przy użyciu przemocy.

W świetle takich zapisów i mimo poparcia dla idei samostanowienia wspólnota międzynarodowa nie jest zainteresowana mnożeniem nowych państw, niezdolnych do samodzielnego i stabilnego bytu. To przesądza o tym, że czas tworzenia małych państw dobiegł końca. Obecnie nie trzeba nikogo przekonywać, że fragmentaryzacja sceny międzynarodowej groziłaby wzrostem poziomu niekontrolowalności zdarzeń i procesów, które i tak w dużej mierze mają charakter żywiołowy. Świat uległby niebezpiecznej anarchizacji, której mogłyby się przeciwstawić jedynie wielkie mocarstwa.

Pęd do samostanowienia i suwerenizacji za wszelką cenę jest anachronizmem w zderzeniu z postępującą współzależnością międzynarodową, integracją oraz internacjonalizacją rozmaitych dziedzin życia społecznego. Prowadzi też do dywersyfikacji względnie zrównoważonych podziałów geopolitycznych, do gwałtownego wzrostu dysproporcji między niewielką liczbą mocarstw realnie odpowiedzialnych za utrzymanie pokojowego ładu międzynarodowego a mnogością uczestników słabszych, stanowiących trwałe źródło destabilizacji i napięć.

Paradoks polega na tym, że w deklaracjach samostanowienie uznaje się za słuszną i sprawiedliwą tendencję stosunków międzynarodowych, natomiast w motywacjach rzeczywistych państw często warunkuje się ją ich interesami politycznymi i ekonomicznymi. Powściągliwość państw zachodnich wobec deklaracji niepodległościowych republik bałtyckich w 1990 roku dowodzi, jak łatwo troska o utrzymanie „globalnej równowagi” i integralności terytorialnej wielkiego mocarstwa przesłaniała racje oparte na samostanowieniu. Z kolei entuzjazm części państw zachodnich wobec uznania niepodległości Kosowa i jednoczesna niechęć wobec uznania Abchazji i Osetii Południowej pokazują, jak samostanowienie stało się funkcją „gry interesów” między Zachodem i Rosją. Najczęściej służy więc ono za pretekst do ukrycia rzeczywistych motywacji polityki. Jest atrakcyjną wartością, póki nie uderza we własne interesy. Dla rozmaitych nacji pretendujących do samodzielności samostanowienie jest kluczem otwierającym wejście do klubu samodzielnych jednostek politycznych, natomiast dla państw istniejących stanowi raczej blokadę przed niepożądanymi zmianami, tak wewnątrz, jak zewnątrz porządku ustrojowego. W warunkach ogromnej różnorodności wewnętrznej trudno się zresztą spodziewać, aby wielcy aktorzy, będący jednocześnie twórcami reguł zachowań międzynarodowych, wyrażali bez zastrzeżeń zgodę na podważanie własnej spójności i stabilności. Nie budzi większego zdziwienia fakt, że wśród tych państw są i takie, które same kiedyś skorzystały z dobrodziejstw zasady samostanowienia, lecz obecnie bronią się przed jej rozszerzającą interpretacją.

Opór przeciwko szeroko pojmowanemu samostanowieniu wynika również z faktu, że znaczna część współcześnie istniejących państw wciąż ma ustroje autorytarne, mało liczące się z aspiracjami bądź pragnieniami swojej ludności. Byłoby naiwnością oczekiwać od reżimów niedemokratycznych, aby uznając w pełni zasadę swobodnego wyboru ludności w odniesieniu do swojego statusu, podkopywały zajmowane przez siebie pozycje.

Z powyższych wywodów wynika, że granice prawa do samostanowienia wyznacza − po pierwsze, interes poszczególnych państw i systemu międzynarodowego jako całości, których najważniejsze wartości oparte są na stabilności i integralności.

Po drugie, prawo do samostanowienia jest pochodną słabości powszechnego prawa międzynarodowego. Nie stoi za nim skuteczne instrumentarium implementacyjne. Przyzwala ono jedynie ruchom wyzwoleńczym na użycie siły, gdy przeciwko temu prawu jakieś państwo zastosowało przemoc. Brakuje natomiast solidarnego działania państw na rzecz egzekwowania tego prawa w wymiarze wewnętrznym. Nikt nie występuje ze skargami na forum Komitetu Praw Człowieka ONZ na pogwałcenie art. 1. Międzynarodowych Paktów Praw Człowieka.

Po trzecie, już choćby z tych powodów trudno zgodzić się z opinią, jakoby zasada samostanowienia stała się imperatywną normą (iuris cogentis) prawa międzynarodowego. Panuje zgoda, że tylko narody zniewolone przez państwa kolonialne, rasistowskie czy okupacyjne mają – w myśl Karty Narodów Zjednoczonych – prawo do samostanowienia i międzynarodowego uznania. Ale nawet i w tym wypadku samostanowienie nie jest imperatywem.

Po czwarte, prawo do samostanowienia jest ograniczane przez inne normy, które obowiązują w odniesieniu do niektórych obszarów. Dotyczy to reguły uti possidetis (w prawie rzymskim środek ochrony posiadania nieruchomości; w prawie międzynarodowym podstawa regulowania kwestii terytorialnych), odnoszącej się do terytoriów, które albo były koloniami, albo jak w przypadku Bośni i Hercegowiny częściami państwa federalnego. Oznacza to, że ludności żyjącej w określonych granicach odmawia się prawa swobodnego wyboru państwa, do którego chciałaby ona należeć. W tych przypadkach − rzec można − geopolityka bierze górę nad prawem międzynarodowym. Zasadę tę najpełniej zastosowano w procesie dekolonizacji Afryki, gdzie stała się ona nadrzędna tak wobec tytułów historycznych (przykład Sahary Zachodniej), jak i wobec względów etnicznych (Katanga i Biafra). Odstępstwa dopuszczono jedynie w drodze porozumienia stron (powstanie Tanzanii w wyniku zjednoczenia Tanganiki z Zanzibarem i Pembą w 1964 roku oraz wskutek secesji Erytrei z Etiopii w 1993 roku). Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości podkreślił znaczenie zasady uti possidetis jako podstawowego składnika międzynarodowego porządku prawnego w Afryce. Na marginesie można dodać, że nie uzyskały uznania międzynarodowego zbrojne secesje, połączone przeważnie z obcą interwencją, których efektem było proklamowanie niepodległości Tureckiej Republiki Cypru Północnego, Górskiego Karabachu, Republiki Naddniestrzańskiej, Abchazji i Południowej Osetii. Tragiczne konsekwencje przyjętej interpretacji uti possidetis iuris widać było najbardziej na przykładzie Czeczenii w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku.

Po piąte, granice prawa do samostanowienia wynikają z zasady suwerenności i nieingerencji w sprawy wewnętrzne. Pierwsza z nich określa, że nie mają prawa do secesji grupy narodowe, etniczne czy jakiekolwiek mniejszości. W sensie podmiotowym prawo do samostanowienia przysługuje tylko dwóm klasom ludzi − narodom znajdującym się w zależności kolonialnej lub pod okupacją. Nie mają go natomiast grupy etniczne czy narodowe, które chciałyby swobodnie wybrać swój status międzynarodowy. Prawo do samostanowienia wkracza jednak w domenę suwerenności państwa przez to, że zobowiązuje jego władze do przyznania praw uczestnictwa w życiu publicznym grupom rasowym i etnicznym, żyjącym na jego terytorium. Natomiast druga z wymienionych zasad − nieingerencji w sprawy wewnętrzne − jest modyfikowana w tym sensie, że upoważnia każde państwo do podnoszenia kwestii samostanowienia w rokowaniach dwustronnych i wielostronnych, jeśli domagają się go jakiekolwiek upoważnione do tego podmioty.

[...]

Stanisław Bieleń

Czytany 199 razy
Stanisław Bieleń

Polski politolog specjalizujący się w problematyce tożsamości w stosunkach międzynarodowych, polityce zagranicznej Rosji, międzynarodowej roli mocarstw, strategiach i stylach w negocjacjach międzynarodowych.

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.