środa, 09 maj 2018 21:50

O narodzie państwowym, narodzie europejskim i o państwie światowym. Glosa na marginesie książki o nacjonalizmie europejskim

Napisane przez Magdalena Ziętek-Wielomska, Adam Wielomski

Zapewne część Czytelników „Opcji na Prawo” zna, lub przynajmniej słyszała, o naszej najnowszej książce Nowoczesność – Nacjonalizm – Naród Europejski. Dylematy samoidentyfikacji Europejczyków, która ukazała się nakładem Towarzystwa Naukowego Myśli Politycznej i Prawnej pod koniec 2017 roku w Warszawie w serii Biblioteka Konserwatyzm.pl. Tekst ten będzie dotyczył po części tez tej książki, stanowiąc glosę podsumowującą pewne zawarte w niej wątki. Jednakże nie mamy na celu jej szczegółowego omawiania. Chodzi nam o rozszerzające nasze opracowanie problemy, które nie zostały w niej poruszone ze względu na ograniczenia związane z jej tytułem, jak i z tego powodu, że niektóre rzeczy dzieją się na naszych oczach. Artykuł ten kierujemy zarówno do tych, którzy naszą książkę Nowoczesność – Nacjonalizm – Naród Europejski. Dylematy samoidentyfikacji Europejczyków już przeczytali, aby wyjaśnić kilka kwestii, ale przede wszystkim do tych, którzy nic o niej nie słyszeli, aby zachęcić do jej zamówienia (dlaczego „zamówienia”, a nie „zakupienia” zob. Post Scriptum pod niniejszym tekstem) i przeczytania.

O naturze globalizacji

Nasza książka jest pracą polemiczną, stanowiąc głos dyskusyjny z dominującą przez ostatnie lata popularną wizją globalizacji, będąc silnym (jak mniemamy i mamy nadzieję) głosem w obronie państwa narodowego ukształtowanego w epoce nowożytnej, stanowiącego podstawowy sposób funkcjonowania wielu współczesnych narodów, w tym przede wszystkim Narodu Polskiego. Zagrożeniem dla tego państwa narodowego jest globalizacja, która może zostać potraktowana w dwojaki sposób:

1. Fakt empiryczny. Globalizacja to zjawisko faktyczne, dziejące się empirycznie i którego nie sposób zanegować, a związane z ogólnym postępem techniki, przede wszystkim środków transportu i komunikacji, czego skutkiem jest faktyczne „skracania odległości” pomiędzy ludźmi, ludami, narodami i państwami. Dostrzegamy kres „autarkicznego” sposobu egzystencji dużych wspólnot ludzkich. Dzięki technice świat autentycznie wydaje się mniejszy i mamy zjawisko zbliżania się przestrzeni geograficznie położonych daleko od siebie. Wyprawa z Warszawy do Pekinu nie trwa już dwa lata i nie wymaga wyprawy konnej i na wielbłądach, lecz trwa kilka godzin, a to dzięki samolotom. List z Warszawy do Madrytu nie idzie już kilka tygodni, lecz kilka sekund dzięki e-mailom. Fakty te są tak oczywiste, że trudno je zanegować. Za komunikacją podąża współpraca, z której korzystać mogą potencjalnie wszyscy (inna sprawa czy tak się dzieje). Rosnąca współzależność wszystkich od siebie związana jest z rozwojem handlu i strukturą nowoczesnej infrastruktury finansowej. Pewne zjawiska mają charakter globalny i nie sposób rozwiązać ich w ramach kompetencji państwa narodowego. Dobrym przykładem są tutaj transgraniczne problemy ekologiczne lub finansowe, rzutujące na partnerów zagranicznych, czego przykładem był (jest?) niedawny wielki kryzys finansowy wywołany w Europie przez spekulacje na, wydawałoby się odległym i izolowanym od Starego Kontynentu, amerykańskim rynku nieruchomości. Tak rozumianej globalizacji rzeczywistości nie negujemy.

2. Ideologia abstrakcyjna. Jak stwierdziliśmy powyżej, pewne rzeczy dzieją się empirycznie i nawet najzagorzalszy krytyk nie jest władny zanegować zjawiska globalizacji, kierując się przesłankami natury doktrynalnej. Twierdzenia ideologiczne nie zmieniają rzeczywistości, a jedynie zniekształcają słowa i pojęcia. Obiektywnie istniejące zjawisko globalizacji rodzi uzasadnione pytanie o zakres suwerenności państwa narodowego we współczesnym świecie? O konieczność lub brak konieczności jej przedefiniowania? Czy definicje państwa suwerennego sformułowane przez Jeana Bodina, Thomasa Hobbesa i Jeana-Jacquesa Rousseau nadal zachowują swoją aktualność czy wymagają modyfikacji? To ważne kwestie, ale nie były one przedmiotem naszego zainteresowania w omawianej książce. Poświęciliśmy ją globalizacji innego rodzaju, globalizacji ideologicznej, funkcjonującej w otaczającym nas świecie jako nowa mutacja ideologii internacjonalistycznej lub kosmopolitycznej, głosząca konieczność tworzenia jeśli nie globalnych, to przynajmniej pankontynentalnych struktur władzy, której ostatecznym celem jest powstanie państwa kontynentalnego albo nawet, jak chcą maksymaliści, i światowego na kształt federalny. Ideologia tak pojętej globalizacji jest związana głównie z postmodernistycznymi koncepcjami „płynnej nowoczesności”, „kosmopolitów-konsumentów”, pacyfizmu, z wizjami świata „bez barier” i podziałów. W Polsce, niezbyt trafnie, zwykle przyjęło się jej korzenie określać mianem „marksizmu kulturowego”.

Serwowana nam od ćwierćwiecza idea zjednoczonej Europy wpisuje się w obydwa podejścia do kwestii globalizacji. Wizja tej „kontynentalnej” globalizacji ma przede wszystkim korzenie ideologiczne. Wszak propagować wynalazków technicznych nikomu nie trzeba, bowiem przyjmujemy je samoistnie, z wygody. W przypadku współczesnym, serwowana nam ideologia globalizacyjna i pankontynentalna ma swoje źródła wolnomularskie (wersja bardziej liberalna) lub korzenie w zachodnioeuropejskim marksizmie, czyli w internacjonalizmie socjalistycznym (nie mylić ze wschodnim leninizmem i stalinizmem!). Z tymi koncepcjami globalizacyjnymi związane są lewicowe koncepcje zjednoczenia Europy, dla których paradygmatycznych nazwiskiem pozostaje włoski komunista Altiero Spinelli, przed tablicą którego niedawno kwiaty składała sama Angela Merkel. Wizje masońsko-marksistowskie mają charakter szczerze kosmopolityczny i zakładają zjednoczenie Europy jako etap przejściowy do budowy zjednoczonego świata, w którym nie będzie już podziałów politycznych, dzięki czemu ma zapanować Kantowski „wieczny pokój” pomiędzy narodami. Opisane powyżej koncepcje realizowane są nie tylko przez socjaldemokracje ze wszystkich państw Europy, ale także przez naiwnych lewicujących powojennych chadeków, którzy zobaczyli w nich odbudowę chrześcijańskiego kontynentu, nie rozumiejąc, że ten tygiel narodów i wyznań ma charakter całkowicie indyferentny religijnie.

W naszej książce pokazaliśmy, że socjaldemokraci i marksiści (mowa o zachodnich), jeszcze w czasie trwania II wojny światowej – dostrzegając, że to Stany Zjednoczone wyjdą z niej jako hegemon wobec państw Europy Zachodniej – postawili właśnie na ten kraj, jako na zewnętrzne mocarstwo, które winno patronować procesom zjednoczenia Europy i systematycznego osłabiania klasycznych europejskich państw narodowych. Przez całe dziesięciolecia amerykanizm organicznie łączył się z europeizmem, ponieważ amerykańska finansjera i koła rządowe widziały w pogłębianiu integracji europejskiej szczebel ku budowie państwa światowego. Tematyki amerykańskiego globalizmu w naszej książce nie pogłębialiśmy, gdyż szczególnie po prawicowej stronie sceny politycznej w Polsce (na prawo od PiS), jest ona szeroko omawiana i to bardzo krytycznie. Być może nawet nazbyt jednostronnie krytycznie. Wszyscy dobrze znamy rolę USA w niszczeniu klasycznego porządku westfalskiego, czyli suwerennych państw powstałych w wyniku serii wojen religijnych, wreszcie w tworzeniu globalistycznych struktur władzy. Na prawicy omawiana jest także szeroko kwestia sojuszu marksistów z amerykańską finansjerą, dającą pieniądze na plany lewicy, obsesyjnie nienawidzącej idei narodowej. Jak wspomnieliśmy, literatury na ten temat jest wiele, stąd na tej tematyce się nie koncentrowaliśmy.

Dlaczego euroentuzjaści mówią z niemieckim akcentem?

Na kartach książki Nowoczesność – Nacjonalizm – Naród Europejski skupiliśmy się na kwestii mniej znanej, a często wręcz pomijanej, bowiem niewygodnej dla wszystkich – i dla całej lewicy, a po części także dla wielu środowisk prawicowych. Skoncentrowaliśmy się szczególnie na niemieckich źródłach koncepcji budowy zjednoczonej Europy na gruzach suwerennych państw narodowych. Chodzi o różne koncepcje budowy imperium – czy wręcz „narodu europejskiego” (stąd trzeci człon tytułu książki) – które mogłoby rzucić wyzwanie takim potęgom jak USA, Rosja i Chiny. Wedle tych wizji to Niemcy miałyby być organizatorem takiego europejskiego imperium. W Polsce od lat koncepcję takiego imperium propaguje Tomasz Gabiś i nie jest przypadkiem, że jest to zarazem znany germanofil i tłumacz z języka niemieckiego. Może powiedzieć, że Gabiś głosi idee, które poznał za pośrednictwem swoich licznych lektur niemieckojęzycznych, szczególnie zaś myślicieli pruskich i rewolucyjnych konserwatystów.

W trakcie pisania książki Nowoczesność – Nacjonalizm – Naród Europejski zaintrygowała nas ta niemiecka „europejskość” i autentyczna głęboka fobia naszego zachodniego sąsiada do państwa narodowego. Gdzie nie spojrzymy na zwolenników federalizacji Europy, tam zawsze ktoś mówi po niemiecku, a jeśli po angielsku, to z niemieckim akcentem. Dlaczego ten naród tak bardzo nie lubi państwa narodowego? I doszliśmy do wniosku, że istnieje w tej kwestii oczywista ciągłość od dawnych czasów – gdy na przełomie XVIII i XIX wieku w ogóle pojawiła się kwestia narodowa – aż po Angelę Merkel. Po pogłębionej analizie problemu stwierdziliśmy, że dostrzegamy trzy zasadnicze źródła niemieckiej tradycji politycznej przeciwnej wizji Europy suwerennych państw narodowych:

1. Brak własnej tradycji państwa narodowego. Brak ten cechuje i determinuje całe niemieckie myślenie polityczne, szczególnie zaś wszystkie powstające tutaj teorie stosunków międzynarodowych. Tysiącletnia tradycja uniwersalnego cesarstwa, związany z nią mit Rzeszy, potem połowiczne zjednoczenie Niemiec (bez Austrii) przez Ottona von Bismarcka, będące wyrazem koncepcji dynastycznej, a nie narodowej (racja panującego domu Hohenzollernów, który nie chciał, aby większość jego poddanych stanowili katolicy od pokoleń lojalni wobec Habsburgów), spowodowały powstanie pytania o granice ewentualnego państwa narodowego Niemców. Bismarckowskie „zjednoczone” Niemcy nie obejmowały części wielonarodowej Austrii, czyli krain niemieckojęzycznych (Austria „właściwa”). Otwarte pozostawało pytanie o przynależność państwową Holendrów, posługujących się właściwie dialektem języka niemieckiego, w Średniowieczu chyba nawet przeważającym w Rzeszy, który został wypierany w epoce nowożytnej przez niemiecki język oficjalny (Hochdeutsch), czyli język literacki wypracowany przez Marcina Lutra. Wreszcie otwarta pozostała kwestia mniejszości niemieckiej rozsianej praktycznie po całej Europie środkowo-wschodniej, włącznie z tak dalekimi regionami o zwartym zasiedleniu jak Siedmiogród, Nadbałtyka i Nadwołże. W tej skomplikowanej sytuacji zjednoczenie Niemców w jedno państwo narodowe w dużej mierze sprowadzało się do pytania o zjednoczenie Europy jako takiej, w formie jakoś nawiązującej do średniowiecznego cesarstwa. Była to bowiem jedyna znana Niemcom forma ich państwa „narodowego”, które zarazem było uniwersalistyczne, a swoją stolicę miało w Rzymie, gdzie każdy cesarz musiał zostać koronowany. Cesarstwo obejmowało Niderlandy, olbrzymie połacie wschodniej Francji i północnych oraz środkowych Włoch, całą Szwajcarię, Austrię i Czechy. Niemcy to Europa! Paradoksalnie, zjednoczenie Europy kontynentalnej to jedyne możliwe rozwiązanie kwestii niemieckiego państwa narodowego.

2. Antypatia do państwa narodowego. Z negacją państwa narodowego jest związana cała tradycja niemieckiego imperialnego nacjonalizmu i konserwatyzmu, która stała w opozycji do francuskiej koncepcji Etat-Nation, czyli idei narodu powstałej w czasie rewolucji francuskiej, jak i do koncepcji liberalnej, anglosaskiej. Niemcy dopatrywali się w państwie narodowym, które faktycznie wyłoniło się z rewolucji francuskiej (nawet Roman Dmowski to dostrzegał), źródeł zgubnej ideologii egalitaryzmu i liberalizmu, które miały stać w jaskrawej sprzeczności z niemieckich duchem, czyli myśleniem organicystycznym, wręcz biologicznym, przede wszystkim zaś etnicznym. Niemiecki nacjonalizm to volkizm, który ma charakter etniczny, a nie obywatelski. Członkiem Volku nie można stać się. Można się nim jedynie urodzić ze związku dwojga ludzi należących do jednej etni. Dlatego projekty zjednoczonej przez Niemców Europy jako podstawową jednostkę polityczną postrzegają nie narody, lecz etnie. Niemiecka Europa to kontynent złożony z różnych etnicznych Volków, zjednoczonych politycznie przez niemieckiego przywódcę, przy czym istniała konkurencja, czy będą to Habsburgowie (Austria), czy Hohenzollernowie (Niemcy). Dziedzictwem tego myślenia jest dziś koncepcja Europy złożonej z regionów, gdzie tradycyjne państwa narodowe miałyby zostać dosłownie poszatkowane na regiony-etnie. Mielibyśmy więc regiony-etnie i super-państwo Europejskie. Państwo narodowe ma zaś, mówiąc językiem starego Marksa, „obumrzeć”. Do kwestii etni jeszcze wrócimy.

3. Ekonomia „wielkiej przestrzeni”. Mamy wreszcie niemieckie argumenty paneuropejskie o charakterze wczesnoglobalizacyjnym. Są to argumenty o jednoczącej kontynent sile rozwoju technicznego, o rosnącej współzależności gospodarczej państw między sobą, konieczności tworzenia wspólnej infrastruktury technicznej, gospodarczej, finansowej i prawnej „wielkiej przestrzeni” kontynentalnej. Na ten argument „wielkoprzestrzenny” powoływali się wszyscy zwolennicy budowy zjednoczonej Europy, jak również, zupełnie wprost, niemieccy teoretycy i zwolennicy budowy narodu europejskiego. Twierdzili, że poszatkowana granicami państw narodowych Europa jest słaba gospodarczo. Dowodzono, że naturalni wrogowie Europy, czyli Stany Zjednoczone i Rosja (potem ZSRR), mają interes w utrzymywaniu takiej słabej Europy, bowiem podzielonej na państwa narodowe. Silna Europa, to kontynent zjednoczony gospodarczo, to ekonomiczna „wielka przestrzeń”, z pewnymi centralnymi instytucjami polityczno-decyzyjnymi, które sprawią, że Stary Kontynent zacznie funkcjonować jak prawdziwe imperium, porównywalne z imperium rosyjskim, brytyjskim, amerykańskim czy chińskim.

Wrogiem niemieckiej koncepcji zjednoczonej Europy była, jak wspomniano, francuska koncepcja państwa narodowego. Przeciwko niej, co pokazaliśmy w naszej książce, wielokrotnie powstawał nierzadko zaskakujący nieformalny sojusz politycznych ekstremów pomiędzy niemieckimi konserwatystami i nacjonalistycznymi imperialistami, a zupełnie kosmopolitycznymi i wypranymi z uczuć narodowych francuskimi masonami i socjalistami, którzy wspólnie pracowali nad osłabieniem francuskiego nacjonalizmu i francuskiej koncepcji państwa narodowego. Ich wspólnym wrogiem była doktryna Action Française Charlesa Maurrasa, gdzie idea Etat-Nation osiągnęła swoje intelektualne apogeum, zarazem wyzbywając się swojego pierwotnie rewolucyjnego posmaku. „Francja! Tylko Francja!” – krzyczał Maurras. Tym, co może dla wielu prawicowych polskich Czytelników wydać się zaskakujące, jest fakt, że Action Française była wspólnym przedmiotem nienawiści internacjonału francuskich komunistów, socjalistów i masonów, lewicujących francuskich chadeków i modernistów religijnych, w sojuszu z niemieckimi imperialistami i konserwatystami, którym silna narodowa Francja stała na drodze do budowy „zjednoczonej” Europy. Laicka i chrześcijańska francuska lewica, kierując się swoim globalistycznym ideałem, szła w tej kwestii ręka w rękę z niemieckimi zwolennikami zmiażdżenia Francji i dosłownego wymazania jej z mapy Europy.

Drugim wrogiem niemieckiej wizji zjednoczenia Europy była liberalna koncepcja angielska, która przez Niemców była traktowana jako wyraz anglosaskiej herezji kulturowej, gdyż oparta była na indywidualizmie i koncepcji obywatelstwa oraz praw obywatelskich. Niemcy przeciwstawiali jej wizje etnicznego, organicystycznego volkizmu, który ostatecznie przyjął formę rasizmu, gdzie dla wolności obywatelskich nie było miejsca.

Niemieckiej koncepcje „zjednoczonej” Europy powstają już pod koniec XIX stulecia, czyli w okresie, który uchodzi za czas „pierwszej globalizacji”. Często zresztą twierdzi się, że takiego poziomu zglobalizowania jak wtedy, świat nigdy później już nie osiągnął. Globalizacja ta została zbudowana dzięki wolnemu handlowi światowemu. Handel taki naturalną przewagę dawał krajom wyżej rozwiniętych, lepiej uprzemysłowionym, które dominowały nad państwami rolniczymi. Mówiąc zupełnie wprost, beneficjentem tego systemu byli Anglosasi dominujący i ekonomicznie i handlowo na morzach i oceanach całego świata. Dlatego już w połowie XIX stulecia w Niemczech zaczęły się rodzić wizje stworzenia zwartego bloku kontynentalnego, zwróconego przeciwko innym imperiom, szczególnie przeciwko kolonialnemu imperium angielskiemu.

Przed 1914 rokiem Niemcy dążyli, jak to sami często ujmowali, „do wypchnięcia Anglii z kontynentu” i wyparcia jej na oceany, aby tworzyła swoją własną „wielką przestrzeń” opartą o kolonie. Anglicy jednak nie chcieli słyszeć o rezygnacji z udziału w ekonomii europejskiej, dlatego udzielili poparcia zagrożonej przez Berlin Francji, której groziło dosłowne wymazanie z mapy świata. Taka jest geneza I wojny światowej, która – wbrew utartej propagandzie – nie miała podłoża nacjonalistycznego, ale imperialne. To nie było tytaniczne starcie państw narodowych, lecz istniejących już imperiów (Anglia, Francja, Rosja) z podmiotem budującym własne (Niemcy), przy okazji rozpychającym się kosztem bytów „wielkoprzestrzennych” już istniejących. Niemcy chciały zbudować na Starym Kontynencie własne imperium, a Hohenzollernowie już widzieli się w roli cesarzy nie tylko niemieckich, lecz wręcz paneuropejskich. Chcieli zbudować mocarstwo, które rzuci wyzwanie znienawidzonej Anglii i ostatecznie zmarginalizuje Francję.

Przegrana w 1918 roku tylko zaostrzyła niemieckie apetyty imperialne. Po I wojnie światowej publicystyka i pisarstwo niemieckich rewolucyjnych konserwatystów było jawnie wrogie w stosunku do idei państwa narodowego. Ich mglista wizja Imperium Germanicum ostatecznie została prawie zrealizowana przez narodowych socjalistów. Podkreślmy, że wbrew wszechotaczającej nas propagandzie, także narodowy socjalizm nie był ruchem nacjonalistycznym, ponieważ nie propagował idei państwa narodowego i Europy złożonej z państw narodowych, nawet ze znaczącymi korektami granic na rzecz Niemiec w przypadku terytoriów spornych. Naziści nie byli niemieckimi nacjonalistami, lecz imperialistami, ponieważ negowali państwo narodowe. Nie dążyli nawet do wzmocnienia własnego, lecz do jego zlania w jedną całość z okupowaną Europą. Naziści chcieli zbudować „zjednoczoną” Europę, która będzie wspólnie budować lepszą, „pokojową” przyszłość dla rasy nordyckiej, po ostatecznym zwycięstwie i uznaniu jej hegemonii w Europie przez inne „wielkie przestrzenie”, szczególnie przez Anglików i Amerykanów.

Przegrana w 1945 roku wojna niczego nie zmieniła w realizowanej niemieckiej linii. Zmieniły się tylko metody, z militarnych na pokojowe. Stare trendy zostały zmarginalizowane, ale nie zlikwidowane zupełnie, mimo ciągłych deklaracji, że „Niemcy rozliczyły się ze swoją przeszłością”. Starą formę nazistowskiego imperializmu zupełnie wprost wyrażał niemiecki eurofaszyzm, kwitnący i oficjalnie istniejący w przestrzeni publicznej Republiki Federalnej Niemiec pomimo oficjalnej penalizacji głoszenia poglądów neonazistowskich. Jako przykład szeroko omawiamy czasopismo „Nation-Europa”, propagujące zjednoczenie Europy wedle zasad opracowanych przez Adolfa Hitlera i Alfreda Rosenberga i z bezustannym odwoływaniem się – wprost, po imieniu – do ich spuścizny ideologicznej. Bez odkrywania wszystkich kart idee budowy „wielkiej przestrzeni” realizowane były przez rząd Konrada Adenauera i wszystkich jego następców. Oczywiście, w przypadku demokratycznych rządów w RFN nie ma mowy o podboju siłowym i o nazistowskiej narracji. Zastąpiły ją penetracja ekonomiczna i idące za nią propozycje integracji europejskiej, wraz z demokratyczną frazeologią.

 /.../

Czytany 542 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.