środa, 12 wrzesień 2018 14:18

Upadek oblężonej twierdzy

Napisane przez

            Dwie wyspy leżące na krańcach Europy – Irlandia i Malta zamieszkiwane są od kilkunastu stuleci przez ludność katolicką. Mieszkańcom, jak to się u nas zwykło ostatnio mówić, Zielonej Wyspy wiarę katolicką przyniósł św. Patryka i towarzyszący mu mnisi; Maltę ewangelizował sam św. Paweł Apostoł.

Obie wyspy przez setki lat były niczym oblężone przyczółki katolicyzmu. W XVI wieku Irlandczycy oparli się rewolucji protestanckiej, Maltańczycy zaś walcząc u boku Joanitów odpierali atak floty osmańskiej. Obie nacje znalazłszy się pod brytyjskim butem wybiły się na niepodległość w XX wieku, zachowując swoją narodową tożsamość w oparciu o wierność religii katolickiej i jej zasadom, by na początku XXI wieku uwolnić się spod ich panowania.

            Jak do tego doszło, że w krajach tych, gdzie jeszcze kilka dekad temu zasady chrześcijańskie przenikały każdą sferę życia, gdzie na niedzielne msze św. nie uczęszczali tylko chorzy i starcy, gdzie konstytucje pisane były w imię Boga Trójjedynego, są dziś demolowane przez liberalną rewolucję? Zostawmy na boku Maltę. Kraj ten padł bowiem ofiarą prawdziwego „efektu papieża Franciszka” polegającego na laicyzowaniu wszystkiego co możliwe, „docenianiu” wszelkiego rodzaju dewiacji z homoseksualizmem na czele, w myśl bergoliańskiego „kim ja jestem, by oceniać?” czy fałszywej troski o „uchodźców” z Afryki. Jeszcze 10 lat temu prawo nie przewidywało rozwodów, dziś urabiane jest pod modłę lobby genderowego. Biskupi maltańscy, którzy w 2011 roku przed referendum ws. wprowadzenia rozwodów (nota bene obwarowanych wymogiem kilkuletniej separacji faktycznej) nazywali zwolenników tej antychrześcijańskiej instytucji „zdrajcami”, dziś głoszą poglądy bliskie herezji, jak chociażby ten, wygłoszony ostatnio przez biskupa Gozo Marka Grecha o nieważności ofiary mszy św. w obliczu ignorowania potrzeb zamorskich przybyszów. Zarażenie Maltańczyków bergolianizmem jest tematem na osobny artykuł.

            Skupmy się na samej Irlandii. Proces, przez który niestety w ostatnich latach przechodzi Malta, na Zielonej Wyspie rozłożył się na dziesięciolecia. Ostatnio wybrzmiał na nowo w postaci krajowego referendum, w którym ten niegdyś dumny naród ogromną większością głosów, w przeważającej mierze młodszego pokolenia zdecydował, że będzie mordował własne nienarodzone jeszcze dzieci. Starając się go zrozumieć, zrozumieć jak katolicyzm w Irlandii znalazł się w tak fatalnym położeniu, musimy cofnąć się do lat dwudziestych zeszłego wieku.

            W 1921 roku Irlandia uzyskała formalnie niepodległość od Wielkiej Brytanii i stała się demokratyczną republiką. W roku następnym na tron papieski wstąpił Pius XI obierając za motto swojego pontyfikatu hasło Pax Christi in regnum Christi. W 1925 roku ogłosił encyklikę Quas Primas, w której zakreślił program pokoju zbudowanego o prawdę katolicką i walki z laicyzmem. Pius XI starał się zachęcić przywódców i elity państw o większości katolickiej do budowy ustroju opartego o zasady wiary chrześcijańskiej. Okres międzywojenny, a w pewnej mierze także lata powojenne to czas, w którym Stolica Apostolska podejmuje wysiłki zmierzające do celów jakimi są: zawieranie konkordatów lub wpłynięcie na kształt konstytucji, które zabezpieczałaby zasady katolickie w państwie. Porozumienia udało się osiągnąć chociażby z Włochami, Hiszpanią czy Portugalią. Wpisała się w to również Irlandia, która w 1937 roku swoją konstytucją w dużej mierze zrealizowała papieskie postulaty, a Kościół katolicki cieszył się uprzywilejowaną pozycją w państwie.

            Taki stan rzeczy trwał do 1972 roku kiedy w Irlandii przeprowadzono pierwsze z referendów, w których Irlandczycy mieli decydować o tym, czy chcą zrywać więzy z religią katolicką. Irlandzki rząd zapytał własnych obywateli o to, czy chcą, aby w ich państwie wprowadzono wolność religijną. Kwestia ta nie zostałaby jednak postawiona pod głosowanie, gdyby nie zażyczyła sobie tego sama Stolica Apostolska, gdyby nie wskazania nieszczęsnej deklaracji II Soboru Watykańskiego o wolności religijnej Dignitatis Humanae., przeciwko której protestował między innym irlandzki kardynał, generał Zakonu Dominikańskiego Michael Brown. Wszak to na życzenie Rzymu, sterowanego przez neomodernistów i liberałów, katolicki charakter utracił cały szereg państw, tak europejskich, jak i amerykańskich. Niestety, większość Irlandczyków opowiedziała się za wolnością i równością wyznań.

Na życzenie Rzymu, sterowanego przez neomodernistów i liberałów, katolicki charakter utracił cały szereg państw, tak europejskich, jak i amerykańskich.

            Dekadę później Irlandczycy atakowani przez liberalną propagandę w odruchu obronnym poprzez referendum opowiedzieli się za podniesieniem bezwzględnego zakazu aborcji do normy rangi konstytucyjnej. Nie wyrazili także zgody na wprowadzenie rozwodów. Jednak irlandzki Kościół już wtedy poważnie trawiły skandale natury seksualnej, będące za pewne objawem posoborowej Nowej Wiosny Kościoła. Irlandczycy systematycznie odchodzili w swych przekonaniach od nauczania Kościoła, porzucali religijne praktyki upodobniając się do innych zachodnioeuropejskich narodów. Z katolicką wizją małżeństwa w porządku cywilnym „poradzili” sobie etapami. Najpierw, w latach 90-tych w kolejnym referendum pozbyli się ciężaru nierozerwalności małżeństwa, godząc się na dopuszczalność rozwodów, a w 2015 postanowili zrównać związki dewiantów ze związkami małżeńskiej. Ostatnie referendum, w którym zniesiono wprowadzony w latach 70-tych bezwzględny konstytucyjny zakaz aborcji to tylko kolejny etap tej dengrengolady, która zaczęła trawić Irlandię czterdzieści lat temu.

            Katolicyzm irlandzki stał się bezbronny wobec zalewu liberalizmu i rewolucji. Bezbronny nie poprzez odpływ wiernych, ale bezbronny mentalnie. Niedługo po irlandzkim referendum wpadł mi w ręce tekst Irlandczyka Jamesa Bradshawa przetłumaczony i opublikowany na łamach serwisu Christianitas.org. Bradshaw (mój rówieśnik, rocznik 1989) to przedstawiciel tej kilkunastoprocentowej mniejszość wśród najmłodszego pokolenia Irlandczyków, która nie godziła się na zabijanie własnych dzieci, publicysta (nominalnie?) konserwatywnego periodyku irlandzkich studentów „The Burkean Journal”. Młody irlandzki publicysta katolicki upatruje czerwcowej katastrofy nie w laicyzmie, nie w (po)soborowej apostazji, a – uwaga - unii Kościoła z państwem (sic!). Sojusz miecza władzy duchownej z mieczem władzy świeckiej Bradshaw nazywa „plugawą unią” (ang. sordid union). Brak rozwodów, nakazane prawem zamykanie pubów w Wielki Piątek, cenzura strzegąca katolickich zasad i moralności to wszystko dla młodego Irlandczyka jako wymysły „nierozumnych księży” były zbędne i szkodliwe dla religii katolickiej w jego kraju.

Katolicyzm irlandzki stał się bezbronny wobec zalewu liberalizmu i rewolucji. Bezbronny nie poprzez odpływ wiernych, ale bezbronny mentalnie.

            Kreśląc bardzo ogólny plan odnowy irlandzkiego Kościoła, domaga się „personalnego” zeświecczenia szpitali i odebrania im resztek ich katolickiego charakteru poprzez wycofanie się z pracy w nich zakonnic, tak aby nie były one ofiarami „toksycznego stosunku wielu obywateli do tych spośród irlandczyków, którzy nie godzą się na skracanie życia pewnej grupy pacjentów.” Irlandczyk nie kryjąc swoich kapitulanckich poglądów zakłada, że państwo będzie zmuszało katolików, w tym zakonnice do współdziałania przy mordowaniu nienarodzonych dzieci. Cóż, my raczej radzilibyśmy tym zakonnicom, aby robiły wszystko, by nienarodzone dzieci uchronić od narzędzi pseudolekarzy-oprawców, a to dlatego, że bardziej trzeba słuchać Boga niż ludzi (Dzieje Apostolskie 5, 29). Podobne poglądy Bradshaw ma także na edukację, domagając się redukcji katolickich szkół o 75 procent.

            Będąc przekonanym o tym, że w kolejnym referendum zniesiona zostanie penalizacja bluźnierstwa Bradshaw stara się podpowiedzieć irlandzkim władzom kościelnym, aby wystarały się - uwaga ‑ o usunięcie z irlandzkiej konstytucji preambuły, w która zaczyna się od słów: „W imię Trójcy Przenajświętszej, od Której pochodzi wszelka władza, i do Której muszą być skierowane – jako cel ostateczny – wszelkie ludzkie uczynki i działania państwowe, My, lud Éire, pokornie uznając wszelkie nasze obowiązki wobec naszego Świętego Pana, Jezusa Chrystusa (…)”. Swoje laicyzacyjne rozważania Bradshaw kończy w następujący sposób: „Ci, którzy nienawidzą Kościoła, od lat wołają o świeckie państwo. Podarujmy je im. Katolicy niech się skupią raczej na budowaniu swojej własnej odnowionej wspólnoty.”

            Wbrew opiniom Bradshaw'a rzeczy mają się dokładnie odwrotnie. To nie unia Kościoła z państwem jest sama w sobie jest przyczyną dewastacji katolicyzmu. To zasada wolności religijnej, zasada świeckości państwa jest praprzyczyną wyniku czerwcowego referendum. Rozumiał to rodak Bradshawa, wspomniany już kardynał Browne, gdy podczas dyskusji nad deklaracją o wolności religijnej podczas Vaticanum II stwierdził, że „rozpowszechnianie się innych religii w katolickim państwie jest pogwałceniem moralności publicznej i godzi w posiadane przez katolików prawo do braku zagrożenia dla ich wiary.” Prawa tego Irlandczycy pozbawili się sami, przy zachęcie posoborowego Kościoła. Pozwalając się szerzyć błędowi religijnemu, pozwolili szerzyć się każdemu błędowi. Pozbawili się broni przeciwko antykatolickiej czy proaborcyjnej propagandzie, która szeroko rozlała się w tym kraju po jego wstąpieniu w struktury wspólnot europejskich zatruwając ich umysły i serca.

To nie unia Kościoła z państwem jest sama w sobie jest przyczyną dewastacji katolicyzmu. To zasada wolności religijnej, zasada świeckości państwa jest praprzyczyną wyniku czerwcowego referendum.

            Określić poglądy Bradshaw'a mianem szaleństwa to zbyt mało. To coś więcej: to poważna choroba intelektu, na którą cierpią współczesne kręgi katolickie na całym świecie. Ludzie pokroju młodego Irlandczyka chcą gasić pożar benzyną, walczyć z apostazją laicyzmem. Domagają się maritainowskiego Kościoła ubogich środków, Kościoła, który by trwać musi zejść do podziemia. Ich diagnoza jest błędna, bo oparta o założenie, że prawda i prawo naturalne bronią się same, że nie potrzebuje stróża. To właśnie tacy jak on są w dużej mierze odpowiedzialni za dzisiejszy stan irlandzkiego katolicyzmu.

            Między nami, młodymi polskimi konserwatywnymi katolikami a naszymi irlandzkimi odpowiednikami najwyraźniej istnieje potężna przepaść. Przepaść nie do pokonania i nie do zasypania. Dla nas budowa katolickiego państwa jest oczywistością, dla nich bezwstydem. My chcemy, aby zasady katolickie przenikały wszelkie sfery życia tak prywatnego, jak i publicznego. Oni chcą Kościoła schowanego pod krawędziami klifów. I tylko ciężko zrozumieć czemu środowisko mieniące się tradycyjnym i konserwatywnym serwuje katolikom w Polsce takie wytłumaczenie irlandzkiej tragedii jak to sformułowane przez Bradshawa.

           

 Bartłomiej Gajos

           

Wyświetlony 93 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.