środa, 12 wrzesień 2018 14:33

W obronie Żołnierzy Wyklętych przed Piotrem Zychowiczem (część I) z serii NOTATKI POGODNEGO KRYTYKANTA

Napisał

Kiedy polityk ubiegający się o urząd mówi: „Pragnę służyć mojemu krajowi”, to ma na myśli: „Pragnę, aby kraj był na moje usługi”

Thomas Szasz

Pewnego mglistego wiosennego poranka na przystanku tramwajowym zobaczyłem sporej wielkości plakat reklamujący książkę Piotra Zychowicza Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych (Rebis, Poznań 2018). Uległem tej reklamie i książkę zakupiłem.

Dowiedziałem się z niej m.in., że historyk powinien być obiektywny, że opisując działania stron konfliktu powinien do obu przykładać te same miary, nie popadać ani w bezkrytyczną apologię strony własnej, ani w równie bezkrytyczne oczernianie strony przeciwnej itd. Zadumałem się nieco nad tą sytuacją, zasmucony, że takie oczywistości trzeba w ogóle komukolwiek przypominać; ale widocznie w takich czasach jak nasze – trzeba. Postulatowi Zychowicza, aby pisać historię, nie kierując się ani „etnicznym nepotyzmem”, ani polityczno-propagandowymi intencjami trudno nie przyklasnąć, wskazując jednocześnie, że jest tego typu pisanie historii przeznaczone wyłącznie dla wąskiego kręgu czytelników, których interesuje „prawda” („Jedynie prawda nie ma klientów” – Monteskiusz). Kiedy tylko historiografia opuszcza wyższe rejony intelektualne, natychmiast pojawia się „nasz” punkt widzenia przeciwko „ich” punktowi widzenia. Kiedy przesunie się jeszcze niżej, spadając do roli narzędzia umacniającego grupową tożsamość, służącego „Pamięci”, podtrzymującego uczucia patriotyczne i służącego różnym instancjom władzy w prowadzonej przez nie polityce historycznej, wówczas – czego bliżej wyjaśniać nie potrzeba – podział na „my dobrzy” i „oni źli” staje się zasadą organizującą historiograficzny dyskurs i budującą korzystną dla danej grupy „prawdę polityczną”, co zresztą odpowiada naturalnej i powszechnej skłonności, aby dla własnej strony być bardziej wyrozumiałym, zawsze szukać argumentów przemawiających na jej korzyść.

Książka Zychowicza – nota bene pierwsza i jedyna, jaką w ogóle przeczytałem na temat Żołnierzy Wyklętych, ponieważ nigdy mnie specjalnie nie interesowały spory, ile (niewinnych) ofiar miał na koncie „Bury”, „Szary” czy „Łupaszka”, kto zza jakiej stodoły do kogo strzelał, kto komu i jak podpalił chałupę albo „zarekwirował” świnię etc. – nie jest rezultatem „bezinteresownego dążenia do prawdy”, lecz w dużej mierze ma charakter polityczno-historycznej polemiki skierowanej przeciwko tym polskim autorom, którzy, jego zdaniem, są „gloryfikatorami” i „brązownikami” „lukrującymi” historię Żołnierzy Wyklętych. Przedstawiają ją wyłącznie w czarno-białych barwach, upowszechniają „białą legendę” Żołnierzy Wyklętych i uczestniczą w kreowaniu ich kultu. Z góry pragnę zadeklarować, że tego kultu nie wyznaję, a to z tego prostego powodu, że nie wyznaję żadnych politycznych kultów.

Książka Zychowicza nie jest rezultatem „bezinteresownego dążenia do prawdy”, lecz w dużej mierze ma charakter polityczno-historycznej polemiki skierowanej przeciwko tym polskim autorom, którzy, jego zdaniem, są „gloryfikatorami” i „brązownikami” „lukrującymi” historię Żołnierzy Wyklętych.

Pisał Zdzisław Krasnodębski: „Tusk jest przedstawicielem zupełnie innego obozu, innej tradycji, to człowiek pogranicza kulturowego, wychowany w całkiem innej narracji, niemającej z warszawską akowską historią nic wspólnego” (Krasnodębski „Republikanizm polski” [w:] „Kompendium patriotyzmu”, rozmawiał Dominik Zdort, Kraków 2012, s.31). Jeśli o mnie chodzi, to, podobnie jak Donald Tusk, niewiele mam wspólnego z „warszawską akowską historią” – w moich rodzinnych stronach, w południowej Wielkopolsce, jedyną żywą tradycją była tradycja powstania wielkopolskiego, obecna zarówno w rodzinnym przekazie, jak i w oficjalnej „polityce pamięci” – w 1978 roku, czyli pod rządami koalicji PZPR, ZSL i SD, w naszej miejscowości wzniesiono (także dzięki ofiarności mieszkańców regionu) „Pomnik powstańców wielkopolskich”. Ponieważ podobny – nacechowany lekko krytycznym dystansem – stosunek jak do „warszawskiej akowskiej historii” mam do tradycji „antykomunistycznego podziemia niepodległościowego”, dlatego mogę się swobodnie wypowiadać na temat, czy ówczesna walka zbrojna miała jakiś sens polityczny czy też było to wyłącznie heroiczne samobójstwo.

Patrząc z historycznej perspektywy można uznać, że w latach 1944–1946 podjęcie walki zbrojnej było czymś naturalnym i posiadającym pewien sens polityczny. Panował wówczas polityczny chaos, ostateczne rozstrzygnięcia na płaszczyźnie polityki międzynarodowej i wewnętrznej jeszcze nie zapadły. Ponieważ był to okres przejściowy, swoiste interregnum, kiedy stosunki władzy jeszcze się do końca nie ustaliły, to rachuby na zmianę sytuacji politycznej nie były wówczas całkiem bezpodstawne. Natomiast później walka zbrojna leśnych oddziałów i działalność innych organizacji konspiracyjnych przestała mieć jakikolwiek racjonalne, polityczne uzasadnienie.

Przypominają mi się w tym miejscu rozmowy z Mirosławem Dzielskim i jego artykuły z połowy lat 80. zeszłego wieku, w których dowodził, że istnienie radykalnego, antypezetpeerowskiego podziemia solidarnościowego zwiększało swobodę politycznego manewru dla Kościoła oraz dla umiarkowanej politycznie i ugodowej prawicowej opozycji. Analogicznie Żołnierze Wyklęci, wybierający najbardziej radykalne środki działania, dawali być może nieco więcej przestrzeni działania dla Kościoła oraz innych, niekomunistycznych sił społecznych i politycznych próbujących znaleźć sobie miejsce w nowym układzie sił politycznych. Są też jednak publicyści, którzy uważają, że „destabilizacja wywołana działalnością podziemia, wpłynęła na zaostrzenie powojennego terroru i że mogło mieć to wpływ na stopień zależności Polski od Związku Sowieckiego, na co zwracali uwagę bezpartyjni polityczni realiści już w latach czterdziestych” (Ariel Orzełek).

Historyk z IPN, autor wielu artykułów i książek na temat antykomunistycznego podziemia niepodległościowego po II wojnie światowej Tomasz Łabuszewski uważa, że „jedynym celem tych, którzy nadal trwali w lasach, stało się przetrwanie – na własnych warunkach”. Według niego „stawką było po prostu przetrwanie kolejnego dnia”. Żołnierze Wyklęci „walczyli o każdy kolejny dzień własnej wolności, mając kulę w łeb jako alternatywę”. Innymi słowy, mieli popełnić samobójstwo z obawy przed śmiercią. Jeśli jednak wyjdziemy z założenia, że celem było przetrwanie, aby mimo wszystko móc żyć i pracować dla Polski, to jest oczywiste, że zwarta grupa walcząc z bronią w ręku, dokonując np. akcji na posterunek MO w powiecie, dawała tym samym wrogom znak, że istnieje i działa, przez co zmniejszała szanse przetrwania praktycznie do zera. Jedynym wyjściem dającym szansę przeżycia było pozbycie się broni, rozdzielenie się, rozproszenie, zatarcie śladów, ukrycie się, ucieczka. Nie dawało to żadnej pewności przeżycia, ale zwiększało jego prawdopodobieństwo. Tak postąpił np. Romuald Rajs „Bury”, który – jak podaje jego oficjalny życiorys – w październiku 1946 roku rozwiązał swój oddział i wyjechał do Elbląga. W lutym 1947 roku przyjechał do Jeleniej Góry, od marca pracował w urzędzie gminy Karpacz, W październiku zwolnił się z pracy w gminie i odtąd wraz z żoną prowadził pralnię, którą kupił kilka miesięcy wcześniej. został aresztowany przez MBP, a następnie w 1949 roku stracony. Nie udało mu się przeżyć, ale kalkulował prawidłowo. Rozumiał, że prawdopodobieństwo, iż przeżyje, będzie większe przy prowadzeniu pralni w Karpaczu niż gdyby kontynuował beznadziejną walkę z bronią w ręku w lesie, ponieważ wówczas prawdopodobieństwo uwięzienia lub śmierci z rąk organów bezpieczeństwa było praktycznie stuprocentowe.

To prawda, że wielu Żołnierzy Wyklętych złożyło ofiarę z życia, jednak żadnego celu politycznego nie zrealizowali, nie zatrzymali procesu komunizacji i sowietyzacji Polska, nawet go nie opóźnili. Ich poświęcenie świadczy o głębokim patriotyzmie i wielkiej odwadze, jednak w sensie politycznym „antykomunistyczne powstanie 1944–1963” było tylko kolejnym z serii naszych przegranych narodowych powstań.

To prawda, że wielu Żołnierzy Wyklętych złożyło ofiarę z życia, jednak żadnego celu politycznego nie zrealizowali, nie zatrzymali procesu komunizacji i sowietyzacji Polska, nawet go nie opóźnili. Ich poświęcenie świadczy o głębokim patriotyzmie i wielkiej odwadze, jednak w sensie politycznym „antykomunistyczne powstanie 1944–1963” było tylko kolejnym z serii naszych przegranych narodowych powstań. Historyk Tomasz Łabuszewski stwierdził: „Większość dowódców podziemia antykomunistycznego, nie mówiąc już o szeregowych żołnierzach, to byli ludzie bardzo młodzi. Mający po dwadzieścia kilka, często nawet kilkanaście lat”. Szkoda, że ci kilkunastoletni chłopcy polegli w daremnej, choć heroicznej walce, nie doczekawszy przełomu 1956 roku i zmian politycznych, jakie potem nastąpiły. Mogliby zrobić wówczas coś pożytecznego dla Polski. Są sytuacje, do których dobrze pasuje sentencja: „lepszy jest żywy pies niż lew nieżywy” (Ks. Eklezjastesa 9:4).

Pozwolę tu sobie na drobną osobistą dygresję. Nieżyjący już, najbliższy przyjaciel mojego śp. Ojca ( przyjaźnili się przez prawie pół wieku ) należał do konspiracyjnej młodzieżowej Polskiej Podziemnej Organizacji Wojskowej działającej na naszym terenie w latach 1948-1949 (przybrał pseudonim „Zaremba”). Miał 19 lat, kiedy został aresztowany i skazany w grudniu 1949 roku na pięć lat więzienia. Najpierw przesiedział dwa lata w więzieniu Rawiczu, potem osiem miesięcy pracował w kamieniołomach w ośrodku pracy więźniów w Piechocinie, skąd przeniesiono go do ośrodka pracy więźniów w Jelczu, skąd zwolniono go na mocy amnestii w 1953 roku. Powrócił do rodzinnego miasteczka, pracował w miejscowych zakładach kolejowych, a po kilku latach został przewodniczącym zakładowego Związku Zawodowego Kolejarzy. Lubiany był przez załogę, gdyż z zaangażowaniem troszczył się o sprawy socjalne i bytowe robotników. Nigdy nie wstąpił do PZPR. Był typem społecznika; w latach 1956-57 roku razem z moim Ojcem brał udział w reaktywowaniu (zakładanej przez Ojca w latach 1946-47) drużyny harcerskiej, której był potem wieloletnim drużynowym i instruktorem, starając się w miarę możliwości zachować autentyczne tradycje harcerskie. Po latach napomykał czasami o swoich przeżyciach z okresu „walki z komunizmem”; jego zdaniem konspiracyjną organizację – której cele i metody działania były całkowicie „księżycowe” – od początku infiltrowała ubecja, stąd też raczej nie było się czym chwalić. Krajowi lepiej dziś służyłaby tradycja społecznikowskiej „pracy u podstaw” realizowana przez „Zarembę” po wyjściu z więzienia niż tradycja udziału w „antykomunistycznym powstaniu”.

Dla ludzi interesujących się realną historią wskazywanie – jak to czyni Piotr Zychowicz – na czarne karty „epopei Żołnierzy Wyklętych” jest trochę wyważaniem otwartych drzwi, wszak od 1914 roku obserwujemy w Europie i na świecie stały wzrost poziomu przemocy, także wobec ludności cywilnej. Akcje zbrojne, których ofiarą padają cywile nie są zjawiskami nadzwyczajnymi, krwawe starcia pomiędzy przedstawicielami grup politycznych, etnicznych czy religijnych w trakcie rewolucji, wojen domowych i partyzanckich, w czasie społecznego zamętu, politycznego chaosu i rewolucyjnych turbulencji, w sytuacjach, kiedy nie działają instytucje mające zapewnić ład publiczny, to rzecz najnormalniejsza w świecie. Ludność cywilna padała zawsze ofiarą masakr, rzezi, krwawych odwetów, zemst i porachunków, terroru i kontr-terroru ze strony sił stosujących zasadę odpowiedzialności zbiorowej, np. podczas wojny w Wietnamie Amerykanie ustanawiali „strefy nieograniczonego ostrzału” (free fire zone), w których strzelano do każdej niezidentyfikowanej osoby uznając z góry, że należy do sił wroga. Znamy też wiele przykładów nerwowej, nadmiernej, nieadekwatnej do zagrożenia, reakcji jednostek wojskowych, partyzanckich i policyjnych, kiedy drobne incydenty zamieniają się w „orgie przemocy”.

Dla ludzi interesujących się realną historią wskazywanie na czarne karty „epopei Żołnierzy Wyklętych” jest trochę wyważaniem otwartych drzwi, wszak od 1914 roku obserwujemy w Europie i na świecie stały wzrost poziomu przemocy, także wobec ludności cywilnej. Akcje zbrojne, których ofiarą padają cywile nie są zjawiskami nadzwyczajnymi, krwawe starcia pomiędzy przedstawicielami grup politycznych, etnicznych czy religijnych w trakcie rewolucji, wojen domowych i partyzanckich, w czasie społecznego zamętu, politycznego chaosu i rewolucyjnych turbulencji, w sytuacjach, kiedy nie działają instytucje mające zapewnić ład publiczny, to rzecz najnormalniejsza w świecie.

Celem Zychowicza nie jest zbadanie czy przedstawienie sine ira et studio kilkunastu krwawych epizodów z naszej przeszłości, lecz przeciwstawienie się bezkrytycznym apologetom Żołnierzy Wyklętych kreującym ich na nieskazitelnych bohaterów oraz podważenie budowanego wokół nich kultu politycznego. Pragnie on skonfrontować Polaków z mroczną przeszłością i wstrząsnąć ich sumieniami. Ponieważ, jak wspomniałem, ani sama historia Żołnierzy Wyklętych, ani tym bardziej uczestniczenie w ich kulcie czy wyznawanie tej czy innej historycznej mitologii nigdy mnie nie interesowały, ten polemiczno-polityczny wymiar książki Zychowicza pominę, zajmując się jedynie metodami, jakie zastosował obalając ich „białą legendę”. Przy czym odgadnąć nie potrafię, czemu ma służyć opatrywanie fotografii przedstawiającej zorganizowaną w Gdańsku w 2016 roku II Krajową Defiladę Pamięci Żołnierzy Wyklętych podpisem „Patriotyczne w treści, sowieckie w formie” – to już nie polemika, lecz ostry atak polityczny z użyciem wyświechtanego chwytu „reductio ad Stalinum”.

Należy stale mieć na uwadze fakt, że opisywane przez Zychowicza wydarzenia to zbrodnie (morderstwa), za które ludzie oskarżeni o ich dokonanie dostawali kulę w głowę, trafiali na szubienicę lub szli na długie lata do więzienia. Dzisiaj nie są to już sprawy życia i śmierci, jednakże bohaterowie książki to konkretni ludzie, wymienieni z imienia i nazwiska. Oskarżenie ich o mordowanie niewinnych ludzi w Wierzchowinach czy Zaleszanach, czyli o zbrodnie najcięższego kalibru, godzi w ich honor, godność osobistą i dobre imię, a ponadto żyją przecież ich bliscy, rodziny, być może dzieci i wnuki. Oni także mają prawo domagać się maksymalnie bezstronnego zbadania czynów zarzucanych ich przodkom. Tu chodzi o zbrodnię, a nie o kłótnię między wójtem a plebanem w powiecie grójeckim w XVIII wieku. Dlatego historyk powinien być nadzwyczaj skrupulatny i ostrożny w ferowaniu wyroków, zachowywać zasadę domniemania niewinności i zasadę „audiatur et altera pars”, przedstawić niezbite dowody winy a w przypadku wątpliwości rozstrzygać na korzyść oskarżonych wedle zasady „in dubio pro reo”. Niestety, Zychowicz zbyt łatwo wchodzi w rolę politycznego prokuratora, który chce doprowadzić do szybkiego skazania konkretnych osób na śmierć cywilną, nie przejmując się zbytnio jakością dowodów mających świadczyć o ich winie.

Przypomnijmy więc kilka oczywistości: w przypadku morderstwa najważniejsze w hierarchii dowodów są dowody rzeczowe i materialne ślady zbrodni pozwalające zrekonstruować przebieg zdarzenia i wskazać na sprawcę. W tym celu niezbędne jest zabezpieczenie i oględziny miejsca zbrodni, zebranie, zabezpieczenie i utrwalenie śladów, dokumentacja fotograficzna – fotografie orientacyjne (położenie miejsca przestępstwa w terenie oraz sytuacyjne – ukazujące drogę dojścia i odejścia sprawcy lub sprawców, przeszkody, jakie pokonał sprawca, skutki działania sprawców, usytuowanie śladów kryminalistycznych i dowodów rzeczowych względem siebie), fotografie szczegółowe przedstawiające przedmioty i ślady kryminalistyczne. Następne czynności to: zabezpieczenie ciał ofiary/ofiar, przewiezienie zwłok do laboratorium kryminalistycznego, sekcja zwłok, identyfikacja ofiary/ofiar, ustalenie czasu zgonu i przyczyny śmierci, analiza narzędzia zbrodni, przyporządkowanie narzędzia zbrodni konkretnym osobom, identyfikacja odcisków palców pozostawionych przez napastników oraz próbek krwi. Ze wszystkich tych czynności sporządza się dokumentację medyczną, raporty, notatki, protokoły, plany i szkice sytuacyjne, raporty biegłych np. z dziedzinie pożarnictwa, gdy w grę wchodziły podpalenia.

W tym miejscu ktoś miałby prawo wykrzyknąć oburzony: „Niechże pan nie będzie śmieszny! Przecież w tamtych okolicznościach zebranie dowodów i przeprowadzenie tych wszystkich czynności było niemożliwe!”. Owszem, zgadza się, nie było możliwe lub bardzo utrudnione, w niczym jednak nie zmienia to faktu, że owa niemożliwość oznacza, iż podstawa źródłowa, na której historyk opiera opis tego, co dokładnie wydarzyło się w Wierzchowinach czy Zaleszanach, znacząco się zawęża, wiedza o zbrodni sprzed lat kurczy się, nie ma też możliwości, aby przy pomocy dowodów rzeczowych i zabezpieczonych śladów zweryfikować np. treść dokumentów czy relacje świadków. Zychowicz pisze np., że we wsi Zanie żołnierze Narodowego Zjednoczenia Wojskowego strzelali ludziom w tył głowy, czyli były to na zimno wykonane egzekucje. O tym, że w Katyniu strzelano polskim oficerom w tył głowy wiemy na pewno, ale skąd wie Zychowicz, że i w Zaniach strzelano w potylicę? Skoro nie posiadamy raportu z sekcji zwłok, możemy w to jedynie wierzyć. W innym miejscu czytamy: „Zdecydowana większość zgładzonych mieszkańców Wierzchowin zginęła więc od kul. Niekiedy jednak ukraińskich cywilów polscy oprawcy zarąbywali. Używali do tego przedmiotów codziennego użytku znalezionych na podwórkach i w budynkach: szpadli, łopat, siekier, motyk i pogrzebaczy”. Skąd wiemy, że „polscy oprawcy” zarąbywali ukraińskich cywilów? Ponieważ nie było autopsji, hipotezy tej nie można potwierdzić.

Nie dysponując wynikami czynności śledczych, medyczno-sądową rekonstrukcją zdarzenia, dowodami rzeczowymi, materialnymi śladami zbrodni i wnioskami wyciągniętymi na podstawie analizy kryminalistycznej, historyk w wielu kwestiach skazany jest na niepewność, nie jest w stanie odtworzyć dokładnego przebiegu wydarzeń, nie może ustalić, kto kogo, kiedy i jak zabił, jakie były przyczyny śmierci, nie ma też niezbitych dowodów winy podejrzanych o dokonanie zbrodni – z prawnego punktu widzenia „Bury”, „Łupaszka” czy „Szary” byliby nadal tylko podejrzanymi, ponieważ żaden niezawisły sąd nie uznał ich winnymi zarzucanych im czynów w procesie odbytym według procedur obowiązujących w państwie prawa.

Nie dysponując wynikami czynności śledczych, medyczno-sądową rekonstrukcją zdarzenia, dowodami rzeczowymi, materialnymi śladami zbrodni i wnioskami wyciągniętymi na podstawie analizy kryminalistycznej, historyk w wielu kwestiach skazany jest na niepewność, nie jest w stanie odtworzyć dokładnego przebiegu wydarzeń, nie może ustalić, kto kogo, kiedy i jak zabił, jakie były przyczyny śmierci, nie ma też niezbitych dowodów winy podejrzanych o dokonanie zbrodni.

Historyk pragnący zbudować obraz przeszłych wydarzeń, układając jakby mozaikę z epizodów-kamyków, musi z bólem serca skonstatować, że wielu kamyków brakuje, że mozaika posiada wiele niewypełnionych pól. Po latach można jedynie częściowo uzupełnić luki poprzez ekshumację szczątków ofiar, co pozwoli ustalić dokładną ich liczbę, rodzaj śmierci, płeć i wiek a nawet tożsamość (badania DNA). Prawdą jest jednak , że nie zawsze da się ekshumację przeprowadzić. Polska nauczycielka Maria Rojek, mówiąc o domniemanym zamordowaniu w listopadzie 1945 roku w Bolesławcu koło Wielunia dziewięciu osób przez oddział Franciszka Olszówki „Ottona”, podała następującą informację: „Nikt nie widział, co się stało później ze zwłokami nieszczęsnych ofiar, jest to tajemnica do tej pory. Nie ma grobów”. Skoro była zbrodnia, ale nie ma grobów i nie ma szczątków ofiar, to i georadary nic nie pomogą i ekshumacja jest niemożliwa. Wprawdzie ktoś bardziej rygorystyczny w kwestii dowodów mógłby powiedzieć: „nie ma ciała, nie ma zbrodni”, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi. Niestety, Żołnierze Wyklęci mieli też, według relacji świadków, skłonność do wrzucania zwłok zabitych przez siebie ludzi do najbliższej rzeki, gdzie spłynęły z prądem, by ostatecznie, zaplątane w przybrzeżne krzaki, rozłożyć się w wodzie. Trudno w takich okolicznościach byłoby je odnaleźć i zbadać. Tak czy inaczej Zychowicz nie przedstawia żadnych dowodów rzeczowych, żadnych materialnych śladów zbrodni, o które oskarża Żołnierzy Wyklętych.

Drugie w hierarchii dowodów są dowody w postaci dokumentów wytworzonych tuż przed zbrodnią, w jej trakcie lub nieco później – raporty, protokoły, rozkazy, meldunki, memoranda, notatki, korespondencja, dzienniki, sprawozdania, fotografie, nagrania rozmów itd. Co oczywiste, do dokumentów tych należy podchodzić krytycznie, nie wolno zakładać z góry prawdziwości zawartych w nich stwierdzeń. Należy zbadać ich autentyczność, sprawdzić, czy osoba, która pisała dokument zajmowała pozycję czy punkt obserwacyjny pozwalający wiedzieć to, o czym pisała. Ważne są motywacje i cele ludzi sporządzających dany dokument, mające wpływ na jego treść i kształt. Jednakże w książce Zychowicza historyk niewiele znalazłby materiału, który mógłby przebadać stosując metody krytyki historycznej, ponieważ jej baza źródłowa w postaci dokumentów jest bardzo skąpa a te, które przytacza są niejednoznaczne, dopuszczają różne interpretacje, niektóre świadczą raczej na korzyść oskarżonych niż ich obciążają (pamiętajmy o zasadzie: „w razie wątpliwości na korzyść oskarżonego”). Aby wypełnić lukę w dokumentach Zychowicz spekuluje na temat „tajnych ustnych rozkazów”, o których właśnie dlatego, że były tajne i ustne, niczego nie wiemy; nawet tego, czy w ogóle zostały wydane! Zdarza się, że autor cytuje strzęp jakiegoś dokumentu, np. fragment meldunku jednego z oddziałów NOW z Zasania: „zlikwidowano dwie rodziny volksdojczerskie Kellerów. Wyszczególnione zostały epizody ważniejsze, bo o poszczególnych Ukraińcach wysłanych do Sanu naprawdę trudno by było napisać. Czołem”. Szkoda, że autor meldunku nie wyszczególnił owych „mniej ważnych epizodów”, a przynajmniej mógł nas Zychowicz zapoznać z całością dokumentu.

W książce Zychowicza historyk niewiele znalazłby materiału, który mógłby przebadać stosując metody krytyki historycznej, ponieważ jej baza źródłowa w postaci dokumentów jest bardzo skąpa a te, które przytacza są niejednoznaczne, dopuszczają różne interpretacje, niektóre świadczą raczej na korzyść oskarżonych niż ich obciążają.

Istnieje dokument – rozkaz, jaki dowódca okręgu Białystok NZW major Jan Szklarek „Kotwicz” wydał kapitanowi Rajsowi „Buremu”, polecając mu „przeprowadzenie pacyfikacji terenu”, która obejmowała „odwet na wrogiej ludności”. Ten rozkaz odwołano i wydano nowe instrukcje, mówiące o „egzekucji komunistycznych kolaborantów” oraz „odwecie na wrogiej ludności” polegającym na spaleniu jej zagród. Zychowicz twierdzi, że w Zaleszanach ofiar było około 50, nie przedstawia jednak ani dowodów rzeczowych i materialnych śladów zbrodni, których jakoby miał się tam dopuścić oddział „Burego”, ani dokumentów potwierdzających taki przebieg wydarzeń. Drugi rozkaz „Kotwicza” pozwala przypuszczać, że „Bury” działając na jego podstawie dokonał pewnej ilości podpaleń, a także wykonał egzekucje na iluś osobach uznanych za „komunistycznych kolaborantów”.

Zychowicz podaje, że w Zaleszanach „słychać było krzyk płonących żywcem dzieci”, a „jednej z dziewczynek próbujących ratować ojca polski oprawca wypalił w otwarte usta”. Ponieważ nie mamy żadnych raportów medycznych, nie wiemy czy dziewczynki spłonęły żywcem, czy też nie, nie wiemy, czy kula utkwiła w czaszce dziewczynki, nie wiemy, jak zginęły, jeśli zginęły; nie znamy liczby ofiar, ich wieku i płci; okoliczności i przyczyny ich śmierci nie zostały ustalone.

Nie mamy żadnych dowodów rzeczowych , żadnych materialnych śladów zbrodni, żadnych dokumentów dotyczących akcji „Burego” w Zaniach, Szpakach i Końcowiznie. Można więc przypuszczać, że wykonując rozkaz dowództwa (innych dokumentów brak) „Bury” rozkazał podpalić część zagród chłopskich i rozstrzelać ileś osób uznanych za „komunistycznych kolaborantów”. Na kilkanaście, opisywanych przez Zychowicza, domniemanych zbrodni dokonanych przez antykomunistyczne podziemie, jedynie w Puchałach Starych przeprowadzono ekshumację w ramach śledztwa prowadzonego przez IPN w 1997 roku. Wykazała ona, że oddział „Burego” rozstrzelał 30 mężczyzn narodowości białoruskiej – była to zwyczajna egzekucja dokonana z użyciem broni palnej, bez rozbijania czaszek i innych wymyślnych rodzajów zadawania śmierci, na temat których krążyły rozmaite pogłoski.

Zychowicz oskarża oddział NOW dowodzony przez Józefa Zadzierskigo „Wołyniaka”, że w Piskorowicach, ukraińskiej wsi w pobliżu Leżajska, wymordował około 100 osób, które pochowano w dwóch zbiorowych mogiłach. Dowodów rzeczowych i materialnych śladów tej zbrodni – brak. Dokumentów – brak. Zychowicz oskarża ludzi „Wołyniaka”, że w miejscowości Dobra zabili ponad 30 osób, w tym sześcioro dzieci poniżej dwunastego roku życia oraz 19 kobiet. Najmłodsza ofiara miała według Zychowicza roczek. Nie wiemy, czy tak rzeczywiście było, ponieważ nie ma raportów medyków sądowych, nie przeprowadzono ekshumacji. Dowodów rzeczowych i materialnych śladów zbrodni – brak. Dokumentów – brak. Nie znamy rozkazów czy instrukcji wydanych „Wołyniakowi” przez dowództwo rzeszowskiego okręgu NOW.

 

[...]

Tomasz Gabiś

Czytany 426 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.