piątek, 27 listopad 2015 23:13

Przyjście wroga

Ktoś to wreszcie powinien powiedzieć głośno: ci, którzy całymi hordami wdzierają się na nasze ziemie, morzem i lądem, na przemytniczych krypach i tirach, są naszym wrogiem.

Jak uczy Carl Schmitt, wróg (hostis) nie jest kimś, do kogo odczuwamy wrogość ani kimś, kto kieruje takie uczucie ku nam. Nazwanie wroga po imieniu nie musi mieć nic wspólnego ze stosunkiem emocjonalnym do niego, nie jest więc przejawem wyimaginowanej „mowy nienawiści”. Uczucia należą do spraw subiektywnych. Wróg to zbiorowość ludzi, która stanowi dla nas obiektywne zagrożenie o charakterze egzystencjalnym.

Obcy, szturmujący nasze granice zamierzają rozpanoszyć się w naszych domach i specjalnie tego nie ukrywają. Część kolumn wroga chce odebrać nam miejsca pracy. Inna część planuje prowadzić dożywotnio próżniacze życie na nasz koszt; kpić sobie z naszych praw, ale zarazem wyciągać rękę po pieniądze regularnie jak w zegarku. Szwecja i Norwegia, otwarłszy szeroko drzwi przed czambułami wroga, przekonały się, że przebywają one pustynie, góry i morza również po to, by móc gwałcić nasze kobiety i dziewczęta. W angielskim mieście Rotherham przez długie lata działały gangi wroga prostytuujące jedenasto-, dwunastoletnie angielskie dziewczynki z biednych dzielnic, a urzędnicy bali się im przeciwstawić, żeby nie oskarżono ich o „rasizm”. Ktoś kiedyś wpuścił tych przyjezdnych do kraju. Albo wielkodusznie pozwolił im zostać po tym, jak znaleźli się w nim nielegalnie.

Ci ludzie, przez niektórych z nas niesłusznie brani za prymitywnych, zrozumieli, że inwazja się powiedzie, jeśli dokonają jej całkowicie bez broni. Wtedy zdezorientowani obrońcy nie będą wiedzieli, co robić, a krzykliwi głupcy za ich plecami nie pozwolą nawet nazywać inwazji inwazją.

Oni nie są żadnymi „uchodźcami”, lecz przeciwnie – najeźdźcami. Nadchodzą, by grabić i niszczyć.

(...)

Mówi się dużo ostatnio o problemie uchodźców z Afryki oraz Bliskiego Wschodu, o tym że Unia nakaże Polsce wpuszczenie tych ludzi do naszego kraju, oraz o problemach z tym związanych; debata trwa. Ja, będąc w Chinach już ponad sześć lat, jestem również pewnego rodzaju uchodźcą. W skrócie mówiąc: nie podoba mi się życie w Unii, czułem się zagrożony przez aparat biurokratycznego nacisku, więc sobie wymyśliłem, że przepłynę, przefrunę i udam się tam, gdzie mi lepiej. I tak też zrobiłem.

Chiny oraz Chińczycy są wobec mnie przyjaźni, jednak w życiu zbiorowym (cywilizacji oraz prawa) muszę się trzymać pewnych zasad. Nie zbudowano tu dla mnie przejściowych obozów zakwaterowania, za dach nad głową muszę zawsze płacić na czas. Nie mam darmowego przydziału ryżu, nie mam też kieszonkowego i darmowego lekarza.

Wszystkie moje rachunki muszę płacić sam za siebie. Gdy przeskrobię coś mało ważnego, urzędnik/policjant przymknie oko, zwróci uwagę lub palcem pogrozi, a ja na kolejne dwa lata mam się na baczności. Gdybym jednak rzucił kamieniem czy też przekroczył inną nieprzekraczalną granicę, to dostałbym bana na kolejne pięć, a może i więcej lat, i Chińczycy gdzieś by mieli, czy mam w Polsce na chleb, czy gnębi mnie biurokracja, czy mam całą rodzinę na utrzymaniu, czy jest wojna, czy nie. Handlować w Chinach mogę, czy to zarejestrowany, czy też nie, o podatki mniejsza, póki jestem mały (podatki i tak zapłacę, kupując towary – taka sama zasada jest wobec Chińczyków), bylebym nie oszukiwał Chińczyków i bylebym żył w zgodzie ze społecznością. Żadnych ulgowych specjalnych praw dla mnie tu nie ma.

Jaki problem przyjąć w Polsce emigrantów? Niech przyjeżdżają, a na granicy agencje pracy będą miały robotników za półdarmo. Niech rząd natychmiast zlikwiduje 80% zakazów odnośnie do prowadzenia działalności gospodarczej, niech zniosą większość podatków, a znajdzie się też zajęcie dla przybyszów z Afryki, wręcz będą nam potrzebni. Tylko jest jeszcze jedno małe „ale”, jeśli przybysz złamie prawo (pobije kogoś, podpali coś, ukradnie mienie), to nie ma zmiłuj, idzie do obozu pracy, odpracowuje szkody razy 10, a potem won z kraju. Nie widzę problemu. I nie żadne masowe, grupowe, zbiorowe najazdy na naszą granicę, tylko każdy wjeżdża z osobna, na swoje realne nazwisko. Masz paszport, to wchodzisz, nie masz, to sobie wyrób, a potem wpadaj. I gdzieś mam, czy on jest biały, czarny, żółty czy nawet zielony z Marsa. Ma się stosować do prawa oraz obyczajów w Polsce i tyle.

Ja też jestem w pewnym sensie uchodźcą, lecz ani przez moment przez myśl mi nie przeszło, abym zaprowadzał w Chinach europejskie porządki, lub czekał na socjal z chińskiej kasy. Sam na siebie zarobić muszę, łamać norm też nie mogę. W zamian mogę korzystać z wolności gospodarczej, jaką chiński rząd dał swoim obywatelom (bo przecież nie mnie), ja się tylko po cichu podpiąłem, bez specjalnych roszczeń, bez darmowego wiktu i opierunku. Nic mi się nie należało. Mówiąc w skrócie: załatwiłem sobie to, że tu jestem. Jak mi się nie podoba, to zawsze mogę wyjechać, na szczęście świat jest duży i niejednobiegunowy.

I gdzie jest sedno problemu? Nie w tym, że jeden Murzyn z drugim Arabem chciałby do Polski przyjechać. Problem w tym, że u nas nie ma co robić. Zacznie buty czyścić na Marszałkowskiej, to go napadnie ZUS wespół ze skarbowym. I tu jest problem. Kiedy gospodarz zatrudni takiego, żeby po drzewach skakał i jabłka w sadzie zrywał za wikt, opierunek i 10 zł kieszonkowego, to przyjdzie inspekcja pracy, ZUS, Straż Graniczna i jeszcze pięć innych służb skarżyć rolnika z 10 paragrafów.

(...)

- System kalifatu jest dokładnym zaprzeczeniem tego, co wypracował sobie przez wieki dominacji Zachód – powiedział prof. Marek Jan Chodakiewicz z waszyngtońskiego Instytutu Polityki Światowej podczas sierpniowego wystąpienia we Wrocławiu. Gość zza Atlantyku, który w swojej pracy zajmuje się m.in. sprawami dyplomacji i terroryzmu, w mocnych słowach skrytykował niekompetencję administracji Stanów Zjednoczonych, która w imię demokratyzacji obaliła świeckie rządy w krajach Bliskiego Wschodu, co utorowało drogę do władzy islamistycznym radykałom.

Profesor Chodakiewicz dużą część swojego wykładu poświęcił kalifatyzmowi, który stał się jednym z trzech systemów geopolitycznych funkcjonujących we współczesnym świecie. Ustępuje on pola „naćpanemu i nażartemu” Zachodowi oraz porządkowi postkomunistycznemu z kleptokratycznymi rządami uwłaszczonych aparatczyków. Kalifatyści stosują tradycyjne muzułmańskie spojrzenie na świat, który dzielą na dwie strefy. Dar al-Islam (z arab. „Domostwo Islamu”) obejmuje kraje należące do wyznawców Mahometa, natomiast Dar al-Harb (z arab. „Domostwo Wojny”) to reszta świata. W tradycji islamu funkcjonuje pogląd, że wszystkie ziemie, które kiedykolwiek w historii były we władaniu muzułmanów, nadal należą do świata islamu – dlatego na mapach krajów muzułmańskich drukowanych przez ISIS można znaleźć Półwysep Iberyjski, Bałkany oraz Kamieniec Podolski.

Marek Jan Chodakiewicz tłumaczył, że chrześcijaństwo twierdzi, iż człowiek został stworzony na podobieństwo Boga, natomiast Allah w islamie zna jedną formę relacji z człowiekiem, a jest to niewolnicza podległość, więc tylko ktoś niezorientowany może utożsamiać osobę przedstawianego przez chrześcijaństwo Boga z muzułmańskim Allahem.

– Nie mógłbym pojechać do Quantico, do Akademii FBI i uczyć tam z Koranu. Nie mógłbym im tego czytać i zadawać. Jest to zakazane. Dlaczego? Bo w Koranie są, jak to się mówi dzisiaj, kontrowersyjne wątki pokazujące przemoc i nawoływanie do masowych mordów – podkreślił wykładowca prestiżowego prywatnego Instytutu Polityki Światowej. Podkreślił, że w Ameryce wtłacza się ludziom do głów relatywizm i nie mówi się o różnicach między chrześcijaństwem a innymi religiami lub cywilizacjami. Islam w oficjalnym polit-poprawnym dyskursie przedstawiany jest jako „religia pokoju” i ludzie nie są świadomi, z czym mają do czynienia. Profesor przywołał też historię amerykańskiego dziennikarza, który „w imię tolerancji” jako przedstawiciel obiektywnych mediów umówił się na wywiad z islamistami w Pakistanie, ale sprawa zakończyła się tragicznie, bo Amerykanina uprowadzono i obcięto mu głowę, a nagranie z mordu wysłano jego żonie.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 22:11

Kronika zagłady Niemiec

Galina Iwanowa z Kazania wyszła w Niemczech za mąż, naturalizowała się, rozwiodła, postanowiła potwierdzić dyplom ukończenia studiów wyższych i zacząć pracować… Ale plany te pokrzyżowały dziwne, nielogiczne działania rządu Niemiec i zachowanie Niemców, które można nazwać samobójczymi. Prawie wszystkie zapisy Galiny są ściśle udokumentowane: zaopatrzone w odnośniki do głównych mediów w Niemczech (ZDF, Fokus, Sueddeutsche Zeitung) oraz oświadczenia urzędników. To jest prawdziwa kronika zagłady Europy. Publikujemy pamiętnik (od stycznia do sierpnia 2015 roku) bez komentarzy. Jego autorka ma zamiar wyjechać…

4 stycznia

Dzisiaj niemiecki internet dyskutuje na temat oświadczenia swojego rządu o potrzebie przyjazdu do kraju imigrantów ze wszystkich punktów zapalnych planety. Preferencje mają młodzi muzułmanie z Afryki i z Bliskiego Wschodu: w oświadczeniu Bundestag mówi o silnych ramionach, mających na celu ocalenie niemieckiej gospodarki. Ale trzeba zadać pytanie: „Gdzie ci wszyscy mniej wykształceni, nieznający języka niemieckiego mężczyźni będą pracować?” – na tobie w tym samym czasie wieszają etykietę „rasista” i „islamofob”. I to pomimo faktu, że wczoraj ogłoszono podniesienie przez rząd wieku emerytalnego do 70 lat. To znaczy, że starzy ludzie zajmować będą swoje miejsca pracy do 70 lat, a gdzie będą pracować młodzi Niemcy, jeżeli bezrobocie sięga już 30 procent? I gdzie te mityczne miejsca pracy dla Ngamby i Yuldirima? Wisienka na torcie: Kościół katolicki w Niemczech podjął decyzję o rezygnacji z praktyki chrztu niemowląt. Przyczyna: nie wolno narzucać człowiekowi wiary, niech dorośnie i sam zdecyduje. To jest nawet zabawne obserwować, z jaką szybkością Europa sama doprowadza się do ruiny. Zaopatruję się w popcorn. PS. Jeśli ktoś zechce oskarżyć mnie o kłamstwo, niech zajrzy na stronę Sueddeutsche Zeitung1).

5 stycznia

Niemcy, kraj o bardzo ścisłych procedurach uzyskania zezwolenia na pobyt, wprowadził uproszczone formalności obywatelstwa dla uchodźców, Arabów i Afrykańczyków. Urodzone przez nich dzieci staną się automatycznie obywatelami Niemiec. Rozumiecie, ja nigdy nie byłam islamofobką! Jestem z Kazania i trzy czwarte moich przyjaciół to Tatarzy. U mnie pierwszy mąż i dziecko to muzułmanie. Ale ci uchodźcy to całkiem inni muzułmanie. Agresywni. Niecywilizowani. Drogę zachodzą, biją się, policja codziennie do nich jeździ. Tydzień tu, a już chcą mięsa halal, naszego nie lubią. Wydarzenia w Europie rozwijają się w takim tempie, że nawet brodate Conchity i małżeństwa błękitnych wydają się nieszkodliwe. Merkel w noworocznym przemówieniu potępiła protest przeciwko islamizacji Europy (nazywa się on PEGIDA). A co Merkel? Sami Niemcy zadziobują tych, którzy wypowiadają się za ograniczeniem migracji2).

1) www.netzplanet.net/leserzuschrift-nur-die-rente-mit-74-kann-uns-noch-retten

2) www.netzplanet.net/herr-schweiger-uebernehmen-sie-asylforderer-verweigernhilfspakete-weil-sie-vom-roten-kreuz-kommen

(...)

piątek, 27 listopad 2015 22:01

Masowa imigracja w oczach Niemców

Temat masowej imigracji opanował czołówki niemieckich mediów dlatego, że fala przybyszów gwałtownie wezbrała, ale jest on obecny w tamtejszym dyskursie publicznym od wielu dziesięcioleci, zazwyczaj w powiązaniu z negatywnymi trendami demograficznymi – to dwa, ściśle ze sobą związane aspekty problemu: rosnąca imigracja i malejąca stopa urodzeń Niemców.

Przez wiele lat media i politycy twierdzili, że mówienie o tym, iż „Niemcy wymierają” to apokaliptyczne przepowiednie i straszenie katastrofą, obecnie pod naporem faktów okazuje się, że wprawdzie Niemcy rzeczywiście wymierają, ale łatwo temu zaradzić, zastępując ich imigrantami, w wyniku czego luka demograficzna zniknie. Jednakże, jak pokazuje doświadczenie, przybysze nie będą się (choćby częściowo) asymilować i integrować. Po pierwsze dlatego, że w zdecydowanej większości pochodzą z pozaeuropejskich kręgów kulturowych, po drugie ich wysoka liczebność spowoduje, że będąc w Europie, nadal będą się czuli „wśród swoich” (tym bardziej że współczesna technika umożliwia stały kontakt z krajem i językiem macierzystym), i po trzecie słabnie „biologiczno-kulturowa” potencja narodu przyjmującego imigrantów. Jeśli naród się starzeje i kurczy, to traci swoją witalność; dlatego też jest wypierany przez nowych, młodszych przybyszów, którzy nie odczuwają żadnej konieczności, aby się asymilować i integrować. Innymi słowy finalny efekt tego procesu będzie taki, że liczba ludności żyjącej na terytorium Niemiec może pozostać taka sama, z tym tylko, że nie będzie to już ludność niemiecka.

Francuski pisarz Renaud Camus ukuł pojęcie „Le Grand Remplacement” („Wielka Wymiana Ludności”) na oznaczenie skutków demograficznej zapaści oraz masowej imigracji do Europy – w najbliższym czasie ukaże się w Niemczech wybór kluczowych tekstów Camusa z lat 2010-2015 pt. Revolte gegen den Großen Austausch (Rewolta przeciwko Wielkiej Wymianie) będących lamentem nad losem Europy i oskarżeniem jej niszczycieli, wyznawców ideologii „remplacisme”, tak chętnie nakładających sobie moralistyczną maskę.

Bardziej przenikliwi obserwatorzy sytuacji społecznej w RFN już dawno byli świadomi tego, że Niemcy i Europę czeka czarna przyszłość. W 1981 r. grupa 15 profesorów niemieckich wyższych uczelni opublikowała tzw. Manifest Heidelberski – byli to m.in. prof. prof. Manfred Bambeck, R. Fricke, Karl Georg Götz, Joachim Illies, Peter Manns, Harold Rasch, Kurt Schürmann, Ferdinand Siebert, Georg Stadtmüller, Theodor Schmidt-Kahler, Werner Georg Haverbeck, Ferdinand Siebert, Helmut Schröcke. Uczeni zwracali uwagę na zagrożenia płynące ze strony masowej imigracji z Afryki i Azji dla „zachowania narodu niemieckiego i jego duchowej tożsamości na gruncie chrześcijańsko-europejskiego dziedzictwa”, podkreślali, że integracja dużych mas obcokrajowców jest niemożliwa ze względów systemowych, że narody mają naturalne prawo do zachowania swojej tożsamości i swoistości. Jedyną podstawą niemieckiej i europejskiej przyszłości mogą być własne dzieci. Sygnatariusze manifestu zamierzali wywołać debatę na temat masowej imigracji z pozaeuropejskich kręgów kulturowych i zachęcić polityków do przeprowadzenia reform w polityce ludnościowej mających odwrócić niekorzystne trendy demograficzne, zostali jednak ostro skrytykowani za „rasizm” i „wrogość wobec obcokrajowców” – działacze FDP uznali wręcz, że tezy zawarte w manifeście to „nic innego jak naśladownictwo rasistowskiej ideologii narodowego socjalizmu”. Inicjator manifestu prof. Schmidt-Kaler otrzymywał listy z pogróżkami, na drzwiach jego gabinetu namalowano napis „Instytut Rasizmu“, w jego domu wybito szyby i zasmarowywano ściany napisami, jego zastępcę poturbowano. W trakcie programu na temat imigracji, do którego zaprosiła go jedna ze stacji telewizyjnych, prof. Schmidt-Kaler został uderzony w twarz.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 21:57

Zasady polityki migracyjnej

Inwazja nielegalnych imigrantów na Włochy, Grecję, Serbię i Węgry, plan Komisji Europejskiej skierowania jej z Italii do innych państw Unii oraz sprzeciw części tych państw (Francji, Czech, Słowacji, o dziwo – nawet Polski) wobec żądań „przyjęcia imigrantów” odmroziły i z miejsca zaogniły dyskusję o zasadach polityki migracyjnej. Po latach afirmowania niekontrolowanej imigracji oraz zamiatania pod dywan powodowanych przez nią problemów i patologii Europa obudziła się z ręką w nocniku. Obecny kryzys ma przynajmniej jedną zaletę: umożliwił odblokowanie szczerej dyskusji na ten temat, również w krajach, gdzie była ona od dawna odgórnie tamowana przez terror poprawności politycznej. Skorzystajmy z okazji, by przypomnieć podstawy rozsądnej polityki migracyjnej.

Na początku potrzebne będzie uściślenie pojęciowe. Imigracja to nie przyjazd pojedynczych osób z innego kraju, lecz ich masowy napływ. Nie polega też ona na przyjeździe do państwa przyjmującego na czas określony, jak choćby w przypadku robotników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia się w nim na trwałe. „Przyjęcie imigrantów” oznacza zgodę państwa na jedno i drugie, tj. na masowość i nieodwracalność napływu cudzoziemców.

Optymalną linią pozostaje niewpuszczanie do własnego kraju żadnej imigracji. Żadne państwo nie ma obowiązku tego czynić. Obcy przybysze z kolei nie mają żadnego „prawa” do dostępu do naszych miejsc pracy i zamieszkania, stypendiów czy świadczeń socjalnych. Państwo ma za zadanie umożliwić taki dostęp autochtonom, a nie cudzoziemcom. Liberalne elity, gdy przekonują, że rozwinięte gospodarczo państwo nie poradziłoby sobie bez przyjmowania imigrantów, rozbrajająco się demaskują: przyznają, że kapitalizm w ich wariancie nie może funkcjonować bez taniej (czyli źle opłacanej i biednej), dyspozycyjnej (czyli na pół niewolniczej) siły roboczej. Inaczej jednak wygląda stanowisko państw, które umiały zbudować narodowe, nieliberalne modele kapitalizmu: Japonia czy Tajwan nie wpuszczają żadnej imigracji.

Czym innym niż przyjmowanie imigrantów jest sprowadzanie do kraju repatriantów, bo nie grozi ono zaburzeniem w nim wewnętrznej równowagi. Środki wydatkowane przez Polskę na dotowanie cudzoziemców to pieniądze zmarnowane. Należałoby je w całości zamrozić, a następnie przeznaczyć na finansowanie akcji repatriacyjnej z Kazachstanu, Litwy czy zachodniej Ukrainy. Rzeczpospolita Polska jest polskim państwem narodowym, nie międzynarodową instytucją charytatywną.

Jeżeli już państwo decyduje się na przyjęcie imigracji, powinno przestrzegać zwłaszcza dwóch reguł. Po pierwsze – nie wpuszczać imigrantów z państw ościennych, ponieważ stopniowe powstawanie dużych ich skupisk w obszarach przygranicznych stwarza podłoże dla przyszłych postulatów rewizji granic i rozwijania się irredenty. Po drugie, nie przyjmować imigracji z krajów, z którymi samo miało wrogie zaszłości w nieodległej historii, ponieważ może się tam utrzymywać nacjonalistyczny resentyment, a wówczas będący jego nosicielami imigranci stanowią potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 21:55

Między demografią a polityką

Od wielu miesięcy Polacy są torpedowani informacjami o dziesiątkach tysięcy uciekinierów z Azji Afryki, a zwłaszcza Bliskiego Wschodu szturmujących granice Europy. Większość najbardziej wpływowych mediów w Polsce ukazuje owe tłumy jako nieszczęśliwe ofiary wojny w Syrii, Iraku, Libii itd. Niewątpliwie część z nich to rzeczywiście ratujący życie, prześladowani we własnych krajach nieszczęśliwi ludzie, szukający ratunku i spokojnej przystani. Jest jednak znaczną manipulacją nagłaśnianie tylko humanitarnego aspektu tej współczesnej wielkiej wędrówki ludów, gdyż przesłania ten obraz wiele innych, niezwykle istotnych zjawisk i niebezpieczeństw stojących przed Europą i jej tubylczymi narodami.

Niczym w orwellowskiej literackiej wizji o znamionach proroctwa – świata bez prawdy, logiki i myślenia – uprawia się kłamliwy opis wydarzeń, a tych, którzy dociekają prawdy, oskarża się o myślozbrodnię. Dlatego istnieje bezwzględna konieczność zastanowienia się z czym w istocie rzeczy mamy do czynienia i dlaczego obecne elity Europy pchają swoje narody i kraje na skraj przepaści. Choć istnieją w Europie kraje, takie jak Węgry, Słowacja, Czechy czy Rumunia, które opierają się samobójczej polityce Unii Europejskiej, to niestety zachodnia część naszego kontynentu, wbrew oczywistym faktom, brnie w ślepy zaułek.

Pewnego, a w zasadzie jedynego obiektywnego usprawiedliwienia defensywnej postawy sterników polityki unijnej wobec naporu przybyszy z Azji i Afryki należy upatrywać w stale pogłębiającym się kryzysie demograficznym naszego kontynentu.

Kulturowy marksizm, rugowanie z życia publicznego wartości chrześcijańskich, afirmacja seksualnych dewiacji, kreowanie wzorca kobiety wyzwolonej od rodziny i macierzyństwa, musiało doprowadzić do starzenia i wymierania rodzimej ludności zachodniej Europy. A ponieważ demografia nie znosi próżni, na zwolnione przez kurczące się narody Zachodu miejsca od dziesięcioleci napierają ludzie z kontynentów, na których od lat sześćdziesiątych utrwalał się skokowy przyrost ludności. Dla przykładu Kenia, kiedy wybijała się na niepodległość (1963) liczyła 7 mln mieszkańców. Obecnie ten kraj liczy sobie 35 milionów obywateli, czyli aż pięć razy więcej. Gdyby w Polsce w podobnym przedziale czasowym nastąpiła analogiczna tendencja, nasz kraj liczyłby obecnie 150 mln mieszkańców!

Trzeba też pamiętać, że za tym wzrostem ludności w Kenii nie szedł równoległy rozwój gospodarczy, zwłaszcza w rolnictwie. Choć wzrost ludności w krajach arabskich i Bliskiego Wschodu nie był aż tak dynamiczny, to i na tym obszarze nastąpił ogromny przyrost zaludnienia.

Zatem, jak to już bywało w historii naszego globu, na tereny o mniejszym zaludnieniu przenoszą się ludy, będące w fazie dużej dynamiki demograficznej.

Kiedy narody zachodniej Europy w wieku XVIII, a zwłaszcza w XIX, znajdowały się w analogicznej fazie demograficznego skoku, to one w zorganizowany sposób zasiedlały – kolonizowały kontynenty o stosunkowo niewielkim zaludnieniu. Tak przecież rodziły się współczesne Stany Zjednoczone Ameryki, na których obszarze (bez Hawajów) mieszkało zaledwie 2 mln rodzimych mieszkańców – Indian. Podobna była sytuacja w Australii, gdzie przed inwazją Brytyjczyków żyło najwyżej 700 tys. Aborygenów. Setki tysięcy Brytyjczyków, Holendrów, Francuzów, Hiszpanów, Portugalczyków opuszczało swoje ojczyzny, bo u siebie nie mieli perspektyw elementarnej egzystencji i mimo wielkiego ryzyka ruszali w daleki, nieznany świat. Bez ich determinacji, poświęcenia, ale też nie bez okrucieństwa wobec dotychczasowych gospodarzy zasiedlanych ziem, nie byłoby dzisiejszych USA, Kanady, Australii, Nowej Zelandii, Brazylii czy RPA. Gdyby współcześni moralizatorzy i piewcy poprawności politycznej byli wiarygodni i konsekwentni, to powinni nie tylko werbalnie potępić sukcesorów kolonizacji, ale i wystawić im gigantyczny rachunek odszkodowawczy na rzecz Indian, Aborygenów, Maorysów, ludów Afryki i Azji.

Gdy w połowie XIX wieku również narody Europy Środkowej masowo ruszyły za chlebem, bo i ten obszar dotknęła demograficzna eksplozja, po pierwotnej ludności USA, Kanady czy Australii było już praktycznie pozamiatane. Zatem Polacy, Czesi, Litwini, Węgrzy, Słowacy czy inne narody Europy Środkowej i Wschodniej wrastali w nowe społeczeństwa i w procesie podboju nie uczestniczyli. W rabunku i eksterminacji ludności tubylczej trudno od tych narodów i ich państw wymagać zadośćuczynienia (choćby w postaci przyjmowania emigrantów z byłych kolonii Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Portugalii czy Holandii).

(...)

piątek, 27 listopad 2015 21:08

Najazd imigrantów

Gwałtowny wzrost ilości nielegalnych imigrantów przybywających do Europy nastąpił w 2013 roku, kiedy przybyło ich ponad 59 tysięcy. W 2014 roku było ich już ponad 216 tysięcy, a w ciągu ośmiu pierwszych miesięcy 2015 roku – 380 tysięcy. Zdaniem Jacquesa Attaliego, byłego szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, Europa w najbliższym czasie zostanie zalana przez 6-milionowy tłum imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu.

Szacunki niemieckich władz mówią o 800 tysiącach, a nawet 1,5 milionie osób, które w całym 2015 roku będą starały się uzyskać azyl, co będzie kosztowało nawet 10 mld euro, czyli cztery razy więcej niż wydano na nich rok wcześniej. Z kolei według japońskiego banku inwestycyjnego Mizuho, wydatki Niemiec w związku z przyjmowaniem miliona uchodźców rocznie przez najbliższe dwa lata mogą sięgnąć 25 mld euro. Jak donosi tvp.info, fiński rząd ogłosił nawet, że rozważa podwyższenie podatku dochodowego dla najbogatszych obywateli, aby mieć środki na przyjęcie imigrantów.

Od 2011 roku Turcja, Liban, Jordania i Egipt przyjęły w sumie ponad 4 miliony uchodźców, którzy rzeczywiście uciekli przed wojną. Turcja poinformowała, że jej wydatki na 2,2 mln syryjskich uchodźców osiągnęły do tej pory wartość 7,6 mld USD. Właśnie z tamtych krajów, a nie z terenów objętych działaniami wojennymi przybywają do Europy imigranci. Dlatego nie można mówić, że uciekają do Europy przed wojną.

Jak ostrzega Péter Szijjártó, minister spraw zagranicznych Węgier, państwa Europy powinny wzmacniać swoje granice, bo na Stary Kontynent zmierza od 30 do 35 milionów uchodźców. A według unijnej agencji Frontex liczba imigrantów, którzy próbują przedostać się na nasz kontynent, może sięgnąć 100 milionów!

– Obecna fala imigracji to dopiero początek. Za nią pójdą kolejne. Przyjadą miliony. I wtedy wszystko może się wydarzyć, włącznie z dezintegracją Unii – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Agoston Mraz, węgierski politolog i nalityk spraw międzynarodowych, dyrektor związanego z rządzącym Fideszem think tanku „Perspective Institute” w Budapeszcie. – Jeśli Unia nie będzie potrafiła obronić swoich zewnętrznych granic, przestanie istnieć – dodaje. Czołowi politycy europejscy żyją obecnie w krainie fantazji. Nie mają pojęcia ani o rzeczywistym zagrożeniu ze strony imigrantów, ani o skali problemu. Mówimy o dziesiątkach milionów ludzi. Rezerwy są nieograniczone – z Pakistanu, Bangladeszu, Mali, Etiopii, Nigerii. Europa załamie się, jeżeli wpuścimy wszystkich – ostrzegł Wiktor Orbán, premier Węgier.

Maryna Le Pen, eurodeputowana z francuskiego Frontu Narodowego, porównała napływ uchodźców do Europy do inwazji na starożytny Rzym przeprowadzonej przez barbarzyńców. – Musimy natychmiastowo zatrzymać to szaleństwo, aby bronić naszego paktu, wolności i tożsamości – powiedziała Le Pen.

– To jest islamska inwazja na Europę, na nasz kraj, Holandię; zagraża ona naszemu dobrobytowi, bezpieczeństwu, kulturze i tożsamości – oświadczył Geert Wilders, przywódca holenderskiej antyimigracyjnej Partii Wolności.

– Musimy mieć świadomość, że idzie na nas fala islamu. Tej fali islamu nie powstrzyma się bez przelewu krwi. I to z obu stron – powiedział prof. Bogusław Wolniewicz dla portalu wPolityce.pl. – Idzie tu milionowa fala ludzi. O żadnym asymilowaniu nie może być tu mowy. Zapomnijmy o tym. W mojej ocenie mamy do czynienia z wojną nowego typu. Do ataku idą już nie czołgi, ale masy „ludzkiego mięsa”. Pcha się je niczym do ataku – dodał prof. Wolniewicz.

(...)

piątek, 27 listopad 2015 21:03

Współczesna wędrówka ludów

Palący obecnie wielce dla UE problem imigrantów z północnej Afryki oraz Bliskiego Wschodu ma w swej istocie dość głębokie korzenie historyczne.

Ludy zawsze migrowały, ale obecnie zwiększyła się niepomiernie skala i charakter owych migracji. Rzecz w tym, że nasz obecny świat stał się, z uwagi na Internet, jakby „globalną wioską”. Medialny przepływ informacji powoduje, że ludzie współcześni w Europie znacznie bardziej niż onegdaj, ostro i ze zdwojoną siłą przyjmują tzw. szum informacyjny. Przykładowo w średniowieczu pleniły się także różnego rodzaju klęski elementarne (susze, powodzie, epidemie), ale poza regionalną wspólnotą „nikt tego nie wiedział”. Wszystkim wydawało się że problem dotyczy tylko jego wioski, miasta lub państwa itd.

Obecnie wszędobylskie media epatują nas i wielce absorbują rozmaitymi „problemami”, które w istocie autentycznymi i rzeczywistymi problemami nie są. Tak też jest z imigrantami. Niemcy podnoszą na cały świat ogromny lament i rwetes, że przyjęli 60 lub 70 tys. imigrantów, podczas kiedy – rzec można – „sami tego chcieli”. Pytanie tylko, czy z czysto ekonomicznego wyrachowania (potencjalna tania siła robocza), czy z pobudek bardziej „idealistycznych” (solidarność europejska).

Kiedy rozmawiam o tym z niemieckimi intelektualistami, uwydatniają oni rzekomy „brak polskiej solidarności” z resztą UE, a z nimi przede wszystkim. Pytam jednakże o racjonalność polityczną takiego postawienia sprawy, ponieważ – jak nader słusznie podkreślił Prezydent RP Andrzej Duda 23 VIII w Berlinie – Rzeczpospolita nie jest po prostu w stanie „wchłonąć” ekonomicznie i socjalnie takiej, jak chcą Niemcy, liczby imigrantów…

Trywializując, odwołam się do naszej codzienności. Podczas mojego ostatniego urlopu w RFN (Badenia-Wirtembergia) zauważyłem na ulicach nawet małych miasteczek zachodnioniemieckich dosłownie „przewalające się” po parkach, ulicach i sklepach Lidla rzesze imigrantów z Afryki i Azji. Niewiele robią, nudzą się, piją piwko i coca-colę, przeważnie otrzymują jakiś niewielki „socjal”. Stwarza to pozornie dość groźne wrażenie „zalewu” naszego zachodniego sąsiada przez „obcych” rasowo i kulturowo ludzi. Faktycznie jednak nic wielkiego się nie dzieje. Niemcy jakby udają, że mają problem, ponieważ po prostu ogólna liczba wszystkich imigrantów w całej UE jest zbyt wielka, aby ich „przetrawić”. Poza tym jednak obecność owych imigrantów to przysłowiowa „harmonia pieniędzy” dla samych Niemców, Francuzów itd. Wykupują oni przecież ze sklepów Lidl czy Aldi towary (przecież jakieś pieniądze ze sobą przywożą, biedacy to nie są). Dlatego przy niemieckim „socjalu” (relatywnie dla nich niewielkie pieniądze) uzyskują jednocześnie tanią siłę roboczą i rynek zbytu…

Pewnego rodzaju przewrotność argumentacji Angeli Merkel i pastora Gaucka polega na tym, że zarzucają oni nam zbyt małą solidarność, podczas gdy my tu, w Polsce także mamy „swoich” – i Ukraińców, i Rosjan. W związku z tym po prostu fizycznie i ekonomicznie nie jesteśmy w stanie sprostać zadaniu, postawionemu nam niejako przez Berlin… Rzecz w tym bowiem, że Polska miałaby przyjąć tę nadwyżkę, KTÓREJ NIE POTRZEBUJĄ Niemcy. Dlaczego kraje znacznie od Polski bogatsze, jak Francja czy Wielka Brytania lub Włochy, nie mają przyjąć też proporcjonalnie do swego bogactwa większej ilości imigrantów z Azji czy Afryki? Należy tu tedy zachować należyte proporcje. Zważmy, że dla Niemców, których dochód narodowy siedmiokrotnie przewyższa dochód narodowy Polski, nie jest to znowu, realistycznie rzecz ujmując, problem. „Nasi” Ukraińcy pracują np. jako budowlańcy, generując nasz dochód narodowy i PKB, ale jak się zdaje wypełnili już zapotrzebowanie naszego „rynku wewnętrznego”. Tej pracy, której nie wykonują nasi emigranci w Anglii i RFN, wykonują imigranci ze Wschodu.

(...)

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.