sobota, 12 wrzesień 2015 13:54

Z baśni wschodnich

Napisał

Związek Sowiecki pozostawał w tyle za swoimi rywalami w wielu dziedzinach, jednak z pewnością nie należał do nich kunszt manipulacji, który komuniści doprowadzili do perfekcji. Bolszewicy okręcali sobie wokół palca nie tylko własnych poddanych i zagranicznych szeregowych „pożytecznych idiotów”, omamionych ordynarnie lukrowaną wizją komunistycznego raju, ale także wybitne umysły Zachodu oraz zachodnich przywódców politycznych. Cała sztuka sprowadzała się w gruncie rzeczy do sprytnego odwracania kota ogonem i wmawiania, że czarne – a właściwie czerwone, barwy hojnie wytaczanej krwi – jest naprawdę białe, czyli koloru upierzenia poczciwego gołąbka.

Wiarołomstwo czy też stosowanie rozmaitych podstępów nie są oczywiście obce tradycji europejskiej, jednak zgodnie z jej staroświeckimi regułami na ogół (jeśli nie stosowano takich wybiegów wobec wyjątkowych kanalii, potworów itd.) były piętnowane jako czyny naganne, wbrew cynicznemu porzekadłu o uświęcaniu środków. Tymczasem w cywilizacji turańskiej zdrada i oszustwo nie bywają zaliczane do ciężkich przewinień; jeśli okazują się skuteczne, a przy tym efektowne, zyskują nawet podziw jako dowód przebiegłości oraz sprytu.

Ten kulturowy kontrast znakomicie oddaje słynna scena z moskiewskiego procesu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego: gdy jeden z uprowadzonych „podsądnych” oświadczył, że on i jego współpracownicy stawili się w komplecie na spotkanie w Pruszkowie, ponieważ przedstawiciel strony sowieckiej dał słowo honoru oficera Armii Czerwonej, że gwarantuje im bezpieczeństwo, „trybunał sędziowski” złożony z wyższych szarż zgodnie gromko zarechotał.

Być może prymitywny pierwiastek turański uległ pewnej ewolucji w zetknięciu z elementami talmudycznego postrzegania świata, wniesionego do bolszewizmu przez nadreprezentację komunistów pochodzenia żydowskiego. W ten sposób metody stosowane przez czerwonych funkcjonariuszy stały się bardziej wyrafinowane lub, co chyba trafniej oddaje ich naturę – perfidne.

Minęły dekady od czasów, gdy na rozkaz czerwonych władców znikali z oficjalnych zdjęć ich niedawni towarzysze, którzy popadli w niełaskę. W sowieckich podręcznikach szkolnych portrety „wrogów ludu” – do niedawna bohaterów bolszewickich – nakazywano zamazywać atramentem lub zaklejać bibułką (ten ostatni wariant zakładał, słusznie zresztą, że ten i ów potępieniec przy nieco innych wiatrach wiejących z Kremla może zostać zrehabilitowany). Redakcja pomnikowej Wielkiej Encyklopedii Sowieckiej w tomie piątym zamieściła portret Wawrzyńca Berii oraz jego kilkustronicowy biogram; niebawem musiała rozesłać do prenumeratorów erratę, surowo przykazując wycięcie („brzytwą lub żyletką”) fatalnego życiorysu wraz ze zdjęciem i obiecując w zamian nowy, „właściwy” tekst do wklejenia w to miejsce.

Kulisy manipulacji dokonywanych przez sowieckie służby specjalne oraz bolszewickich propagandystów znakomicie opisują takie książki, jak „Montaż” Włodzimierza Wołkowa lub „Mój drogi Aleksy. Listy z KGB” Dinesha D'Souzy i Grzegorza Fossedala. We współczesnej Rosji zwyczaje te są kultywowane i nawet rozwijane twórczo. Oto kilka przykładów z ostatnich lat.

Rewizjonizm nie przejdzie

Pośród licznych kompleksów, jakie wobec Europy odczuwa Rosja – ku swojej bezsilnej irytacji – niepoślednią rolę odgrywa brak etosu rycerskiego na Wschodzie. W staroruskich bylinach toporni, przypominający bardziej trolli niż ludzi „bogatyrzy” tłuką się maczugami jak popadło i okładają wielkimi niczym bochny kułakami. Imają się przy tym rozmaitych nieczystych sztuczek, byle tylko osiągnąć przewagę. Wzorce takie przejęła i udoskonaliła rosyjska armia, czego akurat nie trzeba chyba bliżej wyjaśniać Polakom, w których dziejach zapisało się, aby wymienić kilka pierwszych z brzegu epizodów: tchórzostwo okazywane przez cara Iwana Groźnego podczas wojen toczonych z królem Stefanem Batorym, zagłada Wilna w 1655 roku, rzeź Pragi dokonana przez psychopatę Aleksandra Suworowa (idola sowieckich i rosyjskich wojskowych), nie mówiąc już o powszechnie znanych wypadkach z XIX i XX stulecia.

Od mniej więcej dekady rosyjska propaganda szczególnie intensywnie przestrzega Zachód – w tym także Polskę – przed „przepisywaniem”, czyli rewizją arbitralnie zaakceptowanych przez Kreml „faktów historycznych”. Chodzi przede wszystkim oczywiście o dzieje najnowsze, zwłaszcza o II wojnę światową (najważniejszy jej fragment to rzecz jasna Wielka Wojna Ojczyźniana 1941-1945, co już przecież wiele mówi o perspektywie stosowanej przez rosyjskich ortodoksyjnych dziejopisów), opokę mitu założycielskiego współczesnej Rosji. Zgodnie z nim na wojnie tej nie walczyli zwyczajni bojcy, ale niepokalani żołnierze wolności. Zatem sowiecki/rosyjski wojownik może być tylko przedstawiany jako rycerz bez skazy i zmazy, pomnikowo, na wzór górującego nad berlińskim Treptower Park monumentu krasnoarmiejca z wielkim mieczem i ocaloną z pożogi dziewczynką, depczącego połamaną raz na zawsze swastykę. Jak wiadomo, witezie owi najpierw w braterstwie broni z Trzecią Rzeszą oswobodzili wschodnią połowę Rzeczypospolitej, a kilka lat później w śmiertelnych zmaganiach z tymi samymi Niemcami, także pozostałą część Polski. Jednak takimi faktami oficjalnie nikt w Rosji nie zaprząta sobie głowy, aby przypadkiem nie doznać kłopotliwego dysonansu poznawczego.

Jak wyglądały czerwonoarmijne realia podczas wojny, ukazują znane książki Włodzimierza Wojnowicza, Bazylego Grossmana czy Efraima Seweli. Jeśli ktoś uważa, że autorzy ci przesadzili z fikcją literacką albo też jako reprezentanci pewnej sowieckiej mniejszości z jakichś pobudek celowo zohydzili szlachetny wysiłek słowiańskich wyzwolicieli, może sięgnąć chociażby do świadectwa Mikołaja Nikulina, który w swoich wspomnieniach o wojnie (w Polsce wydanych parę lat temu pod tytułem „Sołdat”) przedstawił naturalistycznie frontowe realia, w jakich pijani i opływający w luksusy tępogłowi dowódcy gnali na oczywistą masakrę swoich żołnierzy.

Skoro jednak fundamentem idei imperialnej dzisiejszej Rosji pozostaje triumf z roku 1945, naturalne jest zatem gloryfikowanie – wbrew faktom – zwycięskiej wówczas armii. Stąd krok już tylko do wymuszonej groźbą pozbawienia wolności ochrony „dobrego imienia” zarówno dawnego wojska sowieckiego, jak i jego współczesnej kontynuacji. Kara za oskarżanie Armii Czerwonej o popełnianie zbrodni podczas II wojny światowej czy w ogóle kwestionowanie kluczowej roli, jaką odegrał ZSRS w ocaleniu świata przed faszyzmem, może sięgać nawet pięć lat łagru. Warto przy okazji wspomnieć, że żołnierze sowieccy interweniujący poza granicami swojej ojczyzny po 1945 roku zazwyczaj wypełniali po prostu swój „internacjonalistyczny obowiązek”.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Wykreowanie bezwzględnie pozytywnego wizerunku czerwonoarmisty jest dla kremlowskich speców od manipulacji sporym wyzwaniem. Na rynku wewnętrznym oczywiście ich zabiegi odniosły pożądany sukces: ogromna większość Rosjan jest dumna z wojennych przewag swoich ojców i dziadów. Gorzej z terytorium poza przestrzenią posowiecką, gdzie jednak kanoniczna rosyjska wersja wypadków XX stulecia spotyka się z krytyką, której stopień intensywności zależy od wielu czynników. Przecież tylko w ciągu pierwszej połowy bieżącej dekady doświadczyliśmy w naszym kraju zmiany oficjalnej polityki wobec Moskwy – od żałosnej i poniżającej próby „historycznego pojednania” z Rosjanami (jej kulminacją miało być podniosłe odsłonięcie pomnika poległych czerwonoarmistów w 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej) aż po kolejne ogłaszanie zamiarów likwidacji monumentów upamiętniających „wyzwolicieli”. Elementarna wiedza dotycząca zmagań sowiecko-niemieckich uniemożliwia akceptację rosyjskiej narracji. No bo co w takim razie począć z zagradotriadami złożonymi z wojsk NKWD, które z bronią w ręku pilnowały, aby posyłane na pewną zagładę mięso armatnie nie uciekało z pierwszej linii (taki sposób dyscyplinowania żołnierzy armii robotniczo-chłopskiej wymyślił zresztą jeszcze Leon Trocki)? I cóż począć z niezliczonymi świadectwami mordów, gwałtów, podpaleń, bezmyślnych dewastacji zabytków, dzieł sztuki itd. dokonywanych przez armię wyzwolicieli nie tylko na ziemiach nieprzyjaciela? Wreszcie – nie zbrodnia to może wprawdzie, ale bezsprzecznie ujma dla munduru, rozumianego jeszcze tu i ówdzie jako nie tylko ubiór – co z całymi górami ukradzionych zegarków i rowerów? A co z literaturą – czy na stos rozpalony na Placu Czerwonym powędrują książki Jerzego Thorwalda czy Sergiusza Piaseckiego? I Ferdynanda Goetela, który przecież napisał w swoich memuarach wojennych: ...krasnoarmiejcy, przedzierający się na zachód przez polską Orawę, pogwałcili wszystkie kobiety, a wiele domostw puścili z dymem. Okazuje się, że gwałty były tylko pomyłką, gdyż żołnierze rosyjscy sądzili, że są już na terenie Słowacji.

Czytany 1298 razy
Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.