O tym, jak wyzbyć się własnego dorobku
| Komentarze niedrukowane |
Kiedy Ronald Reagan w sędziwym wieku zaczął tracić pamięć, jego otoczenie zadbało o to, by w przestrzeni publicznej nie zaczęły funkcjonować niefortunne i niepożądane wypowiedzi tak zasłużonego człowieka. W efekcie pogarszającego się stanu zdrowia mogłyby mieć one bowiem charakter dalece niespójny, nielogiczny czy wręcz absurdalny. Czyli wypowiedzi takich, jakich sam prezydent nigdy by nie wygłosił, gdyby nie okoliczność radykalnie pogarszającego się z wiekiem stanu zdrowia.
Zwyczaj przedstawiony powyżej jest niestety w Polsce słabo znany a skutki tego bywają bardzo smutne. Pamiętają Państwo postać Aleksandra Małachowskiego? Przez całe dziesięciolecia jeden z najaktywniejszych dziennikarzy, radiowiec – reportażysta, autor licznych książek, twórca i prowadzący jednego z najbardziej znanych programów w dziejach TVP pt. „Telewizja Nocą”. Od 1989 r. jeden z najbardziej płomiennych mówców Sejmu. Był tak wszechobecny, a jednak jakoś stało się tak, że od momentu jego śmierci nie przypomina o nim nawet najściślej z nim związane środowisko. Przyczyna tego jest bardzo prosta. Jeśli ktoś zechciałby sięgnąć do szlachetnych kart z życia Aleksandra Małachowskiego, najpierw musiałby się przedzierać przez „dorobek” ostatnich kilku lat jego życia. I tu, niestety, wiele jest tego, o czym nawet najbliżsi przyjaciele zmarłego woleliby zapomnieć. Nie stanęli bowiem na wysokości zadania i nie wykazali się prawdziwą przyjaźnią, nie powstrzymując sędziwego i zasłużonego kiedyś człowieka przed wygłaszaniem żenujących parlamentarnych tyrad czy publikowaniem nonsensów. Scripta manent, verba volant – szczęśliwie nie funkcjonują w powszechniejszej świadomości wspomnienia np. o wygłoszonych na otwarciu kolejnej kadencji Sejmu laudacji na cześć posła Oleksego, okraszonych stekiem najpotworniejszych kalumni, bez końca miotanych pod adresem wszystkich ośmielających się rzucić cień podejrzenia na męża tak nieziemskiej szlachetności. Gorzej w przypadku felietonistyki Aleksandra Małachowskiego. Ta, uprawiana przez lata na łamach postkomunistycznego tygodnika, ciągle jest niestety dostępna. Tego, co ten autor wypisywał w ostatnich latach swojego życia, nie polecam do czytania nikomu. Niech wystarczy, że nie brakowało tam i wypowiedzi furiackich i zachwytów nad kanclerzem Ottonem Bismarckiem. Wolałabym, by ta część „dorobku” Aleksandra Małachowskiego nie powstała nigdy. Ponad wszelką wątpliwość lepiej byłoby, gdyby pozostała pamięć o nim jako człowieku Solidarności, internowanym działaczu opozycji, autorze tekstów pełnych humanizmu, bo i takie wcześniej były…
Ze smutnego okresu „późnej twórczości” Aleksandra Małachowskiego żadnych wniosków nie wyciągnęli ci, którzy kolejne sędziwe postacie o szlachetnej przeszłości ciągną dziś na mównice. Zachęcają do wypowiedzi, o których wiadomo, że siłą rzeczy mogą być dla tych ludzi kompromitujące. Czynią to w imię politycznego interesu i gotowi są zaryzykować utratę twarzy przez ludzi, w których życiu były liczne szlachetne karty. Wśród książek, na których się wychowałam, były i prace Władysława Bartoszewskiego. Za pierwszej Solidarności codziennie nagrywałam nadawane przez Polskie Radio kolejne odcinki „Dni walczącej stolicy”. Będąc uczennicą liceum, w latach stanu wojennego zaczytywałam wydawane przez NOW-ą wykłady Towarzystwa Kursów Naukowych. Dziś mam żal do działaczy Platformy Obywatelskiej, że w czasie organizowanych przez nią kampanii doprowadzają do kompromitacji autora tych tekstów. Ilekroć słyszę wypowiadającego się w otoczeniu liderów PO Władysława Bartoszewskiego przeraża mnie cynizm jego rzekomych przyjaciół. Oby autor książek o Powstaniu żył sto lat i dłużej. Jeśli jednak ma się przyjaciela po dziewięćdziesiątce – powinno się mieć na uwadze także dobro takie, jak pamięć, jaką człowiek ten po sobie pozostawi.
Starzejący się Ronald Reagan miał stokroć prawdziwszych i szlachetniejszych przyjaciół, niż Aleksander Małachowski czy Władysław Bartoszewski.


