Wedle przeprowadzonych przed kilkoma miesiącami badań połowa wykształconych ludzi w Polsce jest przekonana, że Galileusz spłonął na stosie. O czym to świadczy? Z pewnością o powszechnej ignorancji. Można podejrzewać, że duża część z tych „wykształconych” osób jest święcie przekonana, że Seneka to grecka filozofka, a były szef ONZ nazywa się Onan Kofan. To wszakże nie powinno nas dziwić, gdyż wraz ze wzrostem liczby wykształconych osób nieuchronnie musi obniżać się poziom wykształcenia. Widać to zresztą po rynku pracy, gdzie do pełnienia najprostszej nawet funkcji wymaga się wyższego wykształcenia. Jeszcze parę lat takiej polityki edukacyjnej, a od kasjerek w supermarketach wymagać się będzie doktoratów z kulturoznawstwa.
Grzegorz Braun, jeden z twórców filmu „Towarzysz generał”, nękany jest kolejnymi absurdalnymi sprawami sądowymi. Ostatnio – o pobicie pięcioosobowego oddziału policji! Albo mamy do czynienia z wyjątkowymi słabeuszami w policji, albo z reżyserem-Supermanem, albo... to wszystko jedna wielka bzdura – skandaliczna, bo oznaczająca bezwstydne wykorzystanie instytucji państwa do zwalczania „niewygodnego” człowieka. Od półtora roku wrocławski sąd waha się pomiędzy pierwszą a drugą wersją. Trzeciej możliwości jakoś nie dostrzega.
Pomimo bogato udokumentowanej spuścizny archiwalnej pozostałej po tzw. sprawie Galileusza (listy, dokumenty procesowe, dekrety, opinie) nie milkną wciąż komentarze dotyczące astronoma z Pizy zarówno w kwestii badań historycznych, jak i ich interpretacji. Postać Galileusza jest niejednokrotnie wykorzystywana w konfrontacji wiary z nauką, jako przykład bezprecedensowego konfliktu, który rodzi się na styku tych dwu struktur. Od czasów oświecenia Galileusz przeobraził się z postaci historycznej, jaką był ten astronom i fizyk, w pewnego rodzaju totem, który niesie się w procesji zwolenników wykluczenia z nauki kontekstu religijnego. I jak to bywa często z symbolami, z każdą próbą umocnienia symbolu w przestrzeni publicznej, oddala się on od prawdy historycznej.
Zadaniem Kościoła jest prowadzenie ludzi do zbawienia, a to, co jest potrzebne do zbawienia, to sakramenty, a nie tytuły naukowe. Nauka – oczywiście poza teologią – nie leży więc w polu bezpośredniego zainteresowania Kościoła; stanowi raczej (podobnie jak sztuka) pewien jego margines. Jest to jednak margines zapisany złotymi zgłoskami.
Niewątpliwie od czasów oświecenia, a zwłaszcza od epoki pozytywizmu, uważa się powszechnie, że wiara i rozum czy też, mówiąc ściślej, Kościół i nauka należą do dwóch przeciwstawnych sfer, które w żadnej mierze do siebie nie przystają. Sfera sacrum utożsamiana jest przeważnie z mitami niepopartymi racjonalnymi przesłankami, a sam Kościół uchodzi za wroga wszelkiej refleksji filozoficznej. Magisterium wielokrotnie wypowiadało się na tematy filozoficzne, a sam Kościół w ciągu wieków wielokrotnie poruszał zagadnienie relacji między wiarą a rozumem.
Celem niniejszego szkicu jest przypomnienie poprawnego (znajdującego oparcie zarówno w oficjalnym nauczaniu Kościoła katolickiego, jak i w klasycznej, tomistycznej tradycji filozoficznej) ujęcia stosunku wiary religijnej do rozumu (pojmowanego jako władza poznawcza uzdalniająca człowieka do tworzenia pojęć, wydawania sądów oraz przeprowadzania rozumowań). Przypomnienie takie wydaje się potrzebne ze względu na rozpowszechnione dzisiaj w tym zakresie błędy. Od wymienienia owych błędów rozpocznie się też niniejsze omówienie tej kwestii.
Tak jak agenci specjalni mają swoją license to kill, tak też artystom przysługuje prawo do własnej wizji rzeczywistości, określane jako licentia poetica. Sprawia to, że świat przedstawiony w dziełach sztuki może zupełnie odbiegać od świata rzeczywistego, jeśli wymaga tego artystyczna wizja. Dzięki temu dzieła sztuki mogą wpływać na emocje, pobudzać do myślenia, trudno jednak oczekiwać od nich, aby zdawały relację z tego, jak się faktycznie rzeczy mają – i dlatego też nikt rozsądny nie czerpie wiedzy o świecie z filmów, powieści czy poematów.
W 1925 r. nauczanie teorii ewolucji w szkołach i na uniwersytetach w stanie Tennessee było zabronione ustawą Butlera. Za jej złamanie sąd skazał Johna T. Scopesa na 100 dol. grzywny. W późniejszym czasie sytuacja odwróciła się – amerykańskie sądy musiały bronić teorii ewolucji przed kreacjonizmem, a potem teorią inteligentnego projektu.
Licząca dwadzieścia wieków instytucja, najbardziej trwała i niezmienna budowla kultury zachodniej, zachowuje się dziś jak skarcony uczniak. Szuka pokrętnych usprawiedliwień, przeprasza za rzekome błędy, pragnie poklasku cyników i sceptyków, łasi się do medialnych bossów i nadstawia nie tylko drugi policzek, ale i inne części ciała.
Kilka lat temu Polska bardzo aktywnie zaangażowała się w pomoc ukraińskiej „pomarańczowej rewolucji”. W ciągu kolejnych lat prezydent Lech Kaczyński ogromnie dużo zainwestował w „przyjaźń” z Wiktorem Juszczenką. Wydarzenia ostatnich tygodni dobitnie pokazują, że popełnione zostały dwa błędy.
Pozornie wygląda to na abstrakcję. Chciałoby się powiedzieć: gdzie Rzym, a gdzie Krym? Czy można rurociągiem dostarczać gaz z USA do Polski? Oczywiście, że jest to nonsens. Niemniej amerykańskie interesy gazowe w naszym kraju są rzeczywistością, a nie tylko fantazją.
Trudno zmienić świadomość człowieka, latami prowadzanego na manowce rozumności. Niemniej przekonanie, że nie ma sensu próbować, jest błędem o charakterze fundamentalnym. Próbować warto i próbować należy. Grzechem byłoby nie próbować. Albowiem kropla drąży kamień nie siłą, lecz kapaniem.
JE ks. biskup Pieronek po długiej przerwie dał o sobie znać. I to z mocnym przytupem. Jeden z czołowych „telewizyjnych hierarchów”, który od wczesnych lat 90. niestrudzenie wykazywał się na odcinku medialnym w tropieniu niewłaściwych poglądów i postaw i nie cofał się nawet przed publicznym krytykowaniem, a to prymasa Glempa, a to całego episkopatu (w 2008 r. nagrodzony Orłem Jana Karskiego za krytykę „ekstremizmu” Radia Maryja), powraca i to w wielkim stylu.
Szary polski obywatel nie cieszy się zbytnim poważaniem elit. Ale podszepty jego politycznej intuicji bywają celniejsze niż wysublimowane debaty intelektualistów.
Komentator gospodarczy, były redaktor „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Klaus Peter Krause krytykuje rząd Niemiec za kupno danych skradzionych z jednego z banków szwajcarskich. Szwajcarzy, którzy mają na temat opodatkowania i praw obywateli inne wyobrażenia, mianowicie o wiele bliższe ideałom wolności, niż Niemcy, zderzają się z zaciśniętą pięścią niemieckiej władzy państwowej, czyli niezadowolonego konkurenta, któremu każda oaza wolności przeszkadza, więc najchętniej by ją „osuszył”.
Czym byłaby Rosja bez Syberii? Nie tylko Polakom z genetycznie uwarunkowaną martyrologią zesłańczą Moskwa kojarzy się ściśle z olbrzymimi i niegościnnymi obszarami, jakimi włada na północy azjatyckiego kontynentu. Syberyjski przestwór wzbudza podziw – czy też raczej respekt – oraz umacnia przekonanie o wyjątkowej naturze jego mieszkańców: kiedyś wierzono, że żyją tam przedziwne monstra, współcześnie zaś krążą opowieści o sybirakach potrafiących znosić warunki dla człowieka cywilizowanego na sposób zachodni zabójcze. Rosyjskie „niedźwiedzie” sypiające na śniegu i żywiące się samogonem pokonały przecież niezwyciężone armie Napoleona i Hitlera.
Ponieważ 10 marca przypada w USA Dzień Uznania Providerów Aborcji, z tej okazji warto napisać trochę o lobbowaniu aborcjonistów w amerykańskim Kongresie. A konkretnie o staraniach organizacji walczącej o tzw. prawa kobiet, która reformę sektora zdrowia przerobiła na okazję do zwiększenia zysków z aborcji.
Trzydziestego stycznia oficjalnie rozpoczął się, planowany na 40 dni transportowy sezon świąteczny. Miliony Chińczyków udają się w masową wędrówkę do domów rodzinnych, by tam, w towarzystwie bliskich, spędzić początek chińskiego nowego roku. Zgodnie z decyzją rządu przerwa świąteczna trwać ma od 13 do 19 lutego, a 20 ludzie mają wrócić do pracy. Praktyka jednak pokazuje, że czas wolny potrafi być znacznie dłuższy, gdyż wiele firm na własną rękę planuje przerwę świąteczną.
Ostatnio powyklinałem na łamach na „pomoc” dla Afryki, podążę więc dalej tym tropem. Ponad rok temu przestałem oglądać wiadomości w telewizji zimbabweńskiej. Wspominam o tym, bo w poszukiwaniu felietonowej inspiracji wyjątkowo dopuściłem się oglądania TV. Żałość. Jeszcze gorzej niż kiedyś. Naprawdę brak słów. Dostali od Chińczyków jakiś serial i puszczają go na okrągło. Jak się skończy, to się znowu zaczyna (może, by lepiej zrozumieć, kilka razy trzeba obejrzeć). W przerwach tańce i śpiewy lokalne albo mecze (ciekawe, że pokazują wszystkie ciekawe mecze – to musi dużo kosztować). I więcej tańców i śpiewania. Jedyna inspiracja, jaka mnie naszła, to taka, jak w piosence: zostawcie Titanica, niech sobie tańczą i śpiewają. I ich nie wyciągajcie.
Nowa skala szkolnych ocen od A do E – na F
Tak zatytułowany artykuł ukazał się po zatwierdzeniu zasad interpretacji skali ocen obowiązującej w szkołach stanu Wiktoria. Najpierw ministerium edukacji na szczeblu federalnym (Partia Liberalna) zażądało, żeby oceny z przedmiotów były obowiązkowe i zagroziło wstrzymaniem pieniędzy dla opornych, a potem na szczeblu stanowym Partia Pracy dorzuciła swoje. Przez wiele lat standardowo ocena A oznaczała wynik od 90% w górę, w niektórych szkołach od 95% . Ocena C była przeznaczona dla średniaków. W wersji najnowszej C ma oznaczać, że student bardzo dobrze opanował przeznaczony dla niego w danym roku materiał. Np. uczeń klasy IX, żeby dostać B na koniec roku szkolnego, musi wykazać się opanowaniem wiedzy na poziomie połowy klasy X („wyprzedza o 6 miesięcy”), natomiast na A wymagana jest wiedza typowo oczekiwana od dobrego ucznia kończącego klasę X („wyprzedza o 12 miesięcy”).
Z pewnością przedmiotem dyskusji pozostaje to, czy Nietzsche był po prostu symptomem późnej nowoczesności, czy też aktywnie przyczynił sie do wielu zawirowań – np. wśród pionierów koncepcji „świata bez granic” – oraz czy był z gruntu najbardziej nowoczesnym (ponowoczesnym?) myślicielem, czy raczej najgłębiej antynowoczesnym (postmodernistycznym?) krytykiem schyłku nowoczesności.
Ósmego marca mija 110. rocznica urodzin włodarza Archidiecezji Lwowskiej w latach 1944-1962, Eugeniusza Baziaka (1890-1962). Rzymskokatolicką metropolię we Lwowie ustanowiono w 1412 r., jako drugą w Polsce po arcybiskupstwie gnieźnieńskim, Baziak zaś był jej ostatnim historycznym włodarzem przed nadejściem komunistycznego „potopu”. Dopiero w 1991 r. Ojciec Święty Jan Paweł II reaktywował ją w nowej już rzeczywistości politycznej. Przy tej okazji warto przypomnieć tę nieco zapomnianą sylwetkę gorliwego arcypasterza, poprzednika Karola Wojtyły na stolicy krakowskiej oraz ofiary represji najpierw sowieckich, a potem w okresie PRL-u.
Licząca ponad dwa tysiące lat zdolność narodu żydowskiego do przetrwania w rozproszeniu wywołuje zdumienie i szacunek. Jeśli jednak przyjrzeć się temu bliżej, okazuje się, że na terenach Polski i Rosji, od XVI do połowy XIX wieku, owa jedność osiągana była dzięki naciskowi kahałów i trudno powiedzieć, czy należy je szanować za to, że odwoływały się do tradycji religijnej. W każdym razie nam, Rosjanom, zarzuca się w związku z tym fatalną winę izolacjonizmu.
Na Wileńszczyźnie miał zdarzyć się cud, całe zdarzenie opisał Józef Mackiewicz .
Podróż po Kresach warto zacząć niekonwencjonalnie, od kolei. Jest to oprócz tzw. marszrutek najpopularniejszy chyba środek lokomocji na Ukrainie. Nie zawsze najszybszy, lecz często najwygodniejszy.
Dwieście osiemdziesiąt kilometrów, które dzieli stolicę Katmandu od miejscowości Bhairawa na granicy z Indiami, autobus pokonuje w szaleńczym tempie… 14,5 godziny. Nasz rozklekotany autobus marki tata z bagażami, a także kilkoma pasażerami na dachu jakoś doturlał się do celu.
Jak strasznym krajem jest obecnie Szwecja, doskonale pokazuje pierwszy tom bestsellerowej trylogii Millennium Stiega Larssona: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.
Świat za pięć lat należy do tych rzadkich książek, przy lekturze których można zaśmiewać się do rozpuku, lecz śmiech ten nie będzie jedynie relaksującym rozbawieniem. Każda opisana w niej sytuacja jest obrazem tendencji narastających w naszej rzeczywistości jak najbardziej serio.

Omawiany zbiór artykułów poświęconych różnym aspektom polskiej (przede wszystkim) i europejskiej myśli zachowawczej, wcześniej rozproszonych po wielu wydawnictwach ostatnich dwóch dekad, tworzy spójną i interesującą całość. Prof. Bogdan Szlachta, autor fundamentalnych prac o ideach politycznych i państwie prawa, uwypuklił cechy wspólne myślenia zachowawczego, równocześnie nie zamazując różnic między odmiennymi sposobami rozumienia konserwatyzmu i jego praktycznych konsekwencji. O ile bowiem konserwatyści generalnie zgadzają się w poszanowaniu państwa i sprzeciwie wobec jego omnipotencji, kluczowej roli autorytetu Kościoła i religii katolickiej w zdrowym społeczeństwie, rozumieniu wolności i jej granic, odrzuceniu partyjnictwa, politycznego radykalizmu i oświeceniowego absolutyzmu, praktyka działania politycznego (co szczególnie odnosi się do konserwatyzmu polskiego w XIX wieku) niejednokrotnie prowadziła do ostrych sporów, surowych ocen, a nawet wzajemnego kwestionowania „autentyczności” postawy ideowej.
Zadziwiające to wiersze, delikatne, a zarazem mocne w wyrazie, smutne, ale i pełne nadziei, bogate tematycznie i migające wieloma znaczeniami.
„Rzeczpospolitej” (12 lutego 2010) ukazał się list gen. Wojciecha Jaruzelskiego, którego autor podejmuje polemikę z artykułem Rafała Ziemkiewicza („Rz” z 3 lutego 2010) i filmem „Towarzysz generał”, pokazanym w TVP1 w dniu 1 lutego br. Pełna wersja tego listu opublikowana została na internetowej stronie gazety.
Historia, jak wiadomo, powtarza się ustawicznie, ale przeważnie – jako farsa. Farsa, czyli rodzaj komedii, polegający na sprowadzeniu każdego problemu do błahostek, w następstwie czego żadnych problemów już nie ma, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by – jak śpiewał Wojciech Młynarski – mienił się wkoło śmiech perlysty. Inna rzecz, że kiedy już się tak wszyscy ze wszystkiego wyśmieją, to później też się śmieją, tyle że baranim głosem, ale widać taki już los wypadł nam. Bo oprócz śmieszków są też ludzie traktujący różne sprawy serio, i to przeważnie oni osiągają swoje cele.
Kochaj bliźniego
Podczas gdy fundacji coraz to przybywa, to fundatorów jakoś nie widać. Bo organizuje się je nie po to, by przekazać swój majątek na jakiś zbożny cel, lecz po to, by wyciągnąć pieniądze z budżetu (centralnego czy samorządowych) bądź odwoływać się do dobroczynności społeczeństwa, korzystając ze stronniczej przychylności mediów. Zapewne dlatego filantropijni biznesmeni nazywają swe organizacje pozarządowymi, choć drenując budżety, są właściwie redystrybutorami publicznych pieniędzy. W konsekwencji płynące z nich charytatywne pożytki trzeba pomniejszyć o koszty utrzymania pracowników i biura fundacji.
Ponad pół wieku temu francuski filozof i historyk nauki Georges Canguilhem w trakcie swoich badań nad zjawiskami normy i patologii zaproponował następujące określenia: organizm normalny to taki, który jest w stanie dostosować się do otoczenia, natomiast anormalny to taki, który, aby przeżyć, musi dostosowywać otoczenie do siebie.
|
|