niedziela, 30 maj 2010 09:29

Clinta Eastwooda dwie perspektywy batalii o Iwo Jima

Napisane przez

Do jakiego stopnia nastroje społeczne w tym kraju (usilnie sterowane przez środowiska, które pomogły demokratom odzyskać większość w Kongresie i szykują się teraz do objęcia Białego Domu) mogą zadecydować o sukcesie bądź klęsce premiery filmowej, mógł ostatnio przekonać się także Clint Eastwood, który nie miał powodu narzekać na wiejący mu od dawna w żagle wiatr.

Ten 78-letni dziś aktor, od kilkudziesięciu lat także reżyser i producent, który dorobił się dość okazałej kolekcji oskarowych statuetek, nie zamierza jeszcze przechodzić na emeryturę. W minionym roku nakręcił dwa okazałe, wysokobudżetowe filmy, nawiązujące do głośnej batalii z końca II wojny światowej na Pacyfiku, zmagań o wyspę Iwo Jima. Pierwszy z nich, ?Flagi naszych ojców?, mówiący o losach grupy amerykańskich żolnierzy, którzy zatknęli flagę narodową na szczycie Suribachi, miał premierę tuż przed listopadowymi wyborami, i postrzegany wtedy jako ?produkcja patriotyczna?, przepadł z kretesem! Drugi, ?Listy z Iwo Jima?, wprowadzony na ekrany z początkiem tego roku, ukazujący ten sam teatr wojny z perspektywy Japończyków broniących fanatycznie wyspy przed amerykańską inwazją, okazał się nagle nadspodziewanym sukcesem! Nie tylko znalazł pełne uznanie Akademii Filmowej w L.A., został bowiem nominowany w kategorii ?najlepszego filmu roku? (co nie stało się udziałem poprzedniego), Clint Eastwood zaś trafił też do grona kandydatów do Oskara ?za reżyserię?. Mniej dziwić może wiadomość, że w Japonii epika o obronie przez nich wyspy Iwo Jima, sfilmowana przez Jankesow, bije rekordy powodzenia. Obejrzało ją na wyspach już 44 miliony widzów, notabene kilkakrotnie więcej, niż w Ameryce wybrało się na ?wersję o naszych chłopcach?, czyli ?Flagi naszych ojców?. Jest w tym krańcowo odmiennym potraktowaniu dwóch filmów tego samego realizatora na ten sam temat, rzucający się w oczy element dziwnej aberracji emocjonalnej, w sumie także myślowej. ?Flagi naszych ojców? najwyraźniej ?odpuściła sobie? tutejsza publiczność kinowa, błędnie sądząc, że jest to hołd złożony heroizmowi amerykańskich żołnierzy, skoro Iwo Jima doczekała się monumentalnego pomnika w Waszyngtonie, a film zrealizował człowiek znany raczej z konserwatywnych poglądów. Krytyka, która film wysoko ceni, bezskutecznie pisała, że rzeczy mają się tam dokładnie odwrotnie. ?Flagi naszych ojców? stanowiły gorzką rewizję wyobrażeń o samej bitwie, a zwłaszcza o losach jej bohaterów. Nic nie pomogło!

Dzisiejsze, ultrakrytyczne nastawienie do wojny toczącej się w Iraku, podsycane w każdym wystąpieniu demokratycznych kandydatów na urząd prezydenta, kreuje, jak widać, obezwładniające nastroje totalnego pacyfizmu, który w istocie urąga zdrowemu rozsądkowi i instynktowi samozachowawczemu każdego narodu. Natomiast, kiedy w grę wchodzi narodowy punkt widzenia Japończyków, broniących wtedy ?piędzi swojej ziemi? (z okrutnym, fanatycznym uporem), wszystko nagle okazuje się OK. Ta sama batalia o Iwo Jima z miejsca staje się tematem godnym oglądania i nagradzania, zapomina się tylko w Hollywood, że ofiarami brutalnego militaryzmu Japonii byli żołnierze Stanów Zjednoczonych, o których opowiadały ?Flagi naszych ojców?! Antypatriotyczne nastawienie skutecznie dominuje i działa dziś praktycznie jako faktor przesądzający o sukcesie, bądź klęsce filmowej produkcji nawet tego samego realizatora, Clinta Eastwooda, choć, jak postaram się za chwilę wykazać, rzeczywista wartość artystyczna i myślowa każdej z tych propozycji jest dokładnie ?odwrotnie proporcjonalna? do ich publicznego uznania i rozgłosu.
?Flagi naszych ojców? to misternie skonstruowany, nader znaczeniowo bogaty epos wciąż budzącego tyle emocji i konkluzji rozdziału historii tego kraju, łączącej się z latami II wojny światowej. Clint Eastwood daje w nim wyrazistą panoramę wielu środowisk ówczesnej Ameryki, nie gubi jednak nawet na moment pięknych, jakże prawdziwych sylwetek kilku żołnierzy, kapitalnie charakteryzujących całe tamto pokolenie. Kino amerykańskie nie ma w tej mierze zbyt wielu dokonań równych temu utworowi. Na naszych oczach powstała rzecz wręcz klasyczna, wybitne osiągnięcie całego zespołu, który, czuje się to w każdej scenie, nie szczędził wysiłku, aby złożyć dojrzały, mądry hołd prawdziwie ?wielkiej generacji?, walczącej pół wieku temu na tylu frontach, aby nastał po tej ogromnej ofierze ?lepszy świat?. Jeśli słowo ?patos? ma wciąż jeszcze miejsce w naszym słowniku, to odpowiada to uczuciom, jakie wypełniają nas w bardzo wyciszonej, poetyckiej konkluzji filmu, pokazującej grupę młodych chłopców, którzy po 30-dniowej gehennie bitwy bez litości, mogą zrzucić mundury i wskoczyć w morskie fale, baraszkując i figlując, jak na ich wiek przystało. Kluczowe słowa narratora, że nikt z nich nie czuł się bohaterem, bo tak mówiono o nich tylko na innych szczeblach armii, podobnie jak nikt z nich nie uważał, że umiera za sztandar czy za ojczyznę, bo cokolwiek robili, to tylko i głównie za swoich braci w mundurach, kolegów z szeregu, za których i dla których gotowi byli na wszystko. Takie jest, jakże proste i jakże głęboko prawdziwe, przesłanie ?Flag naszych ojców?.
Kontrastujące tamten film (na bardzo szczególnej zasadzie ? woli pozostawienia całego bagażu przeszłości poza sobą i otwarcia się na dialog z dawnymi wrogami), ?Listy z Iwo Jima?, oparte z kolei na książce japońskiej autorki, Iris Yamzashita, korzystającej z niewysłanych listów żołnierzy, jacy zginęli często samobojczą śmiercią ?dla zachowania lojalności wobec Cesarza i narodu?, to wielkoduszny gest zrozumienia i tolerancji amerykańskich producentów i realizatorów wobec ludzi z drugiej strony barykady, widzących dziś ich losy w tragicznym uwikłaniu. Czuje się, jaką rolę w tym przedsięwzięciu najwyraźniej odegrał Ken Watanabe (nominowany do Oskara za wyrazistą kreację w ?Ostatnim Samuraju?) i jego koledzy. Grając tu rolę głównodowodzącego obroną Iwo Jima (jednocześnie wojskowego, który studiował przed wojną w Stanach Zjednoczonych). Watanabe akcentuje zgoła nieortodoksyjne (dla militarnej elity Japonii) poglądy i opinie. Przy wszystkich aspiracjach tak ryzykownie pomyślanej produkcji, także przemyślanej, wygaszonej w barwach fotografii oraz galerii naprawdę interesujących aktorów, ?Listy z Iwo Jima? nie są wciąż dokonaniem porównywalnym z pierwszym filmem. Ale... z pewnością ten wariant historii bitwy o Iwo Jima, za sprawą japońskich realiów, mentalności, fanatyzmu i okrucieństwa ? wygląda dziś na ?bardziej antywojenny?!

 

(?)
Wojciech A. Wierzewski

Wyświetlony 3309 razy
Więcej w tej kategorii: « Zróbmy P2 Obława na kapłanów »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.