środa, 02 czerwiec 2010 11:57

Polskie tropy w Ameryce (5) - Dwaj kronikarze dawnej Ameryki: J.U. Niemcewicz i T.K. Węgierski

Napisane przez

Z końcem XVIII wieku Ameryka zaczęła stawać się celem coraz bardziej popularnych podróży rosnącej liczby Europejczyków, którzy nie przyjeżdżali tu już, aby walczyć ani wspierać nową republikę, ale po prostu ją zobaczyć i poznać. Dokumentem wiedzy o zamorskim kraju, byłej kolonii brytyjskiej, która odważyła się wybić na niepodległość i teraz miała szybko rosnąć w potęgę, stały się teraz, na przełomie stuleci, XVIII i XIX wieku, listy a także pamiętniki dwójki Polaków, którzy byli znanymi w Oświeceniu ludźmi pióra, a zarazem rzecznikami śmiałych politycznych przemian. Zarówno poeta Tomasz Kajetan Węgierski, jak i Julian Ursyn Niemcewicz, którzy przebywali wówczas na ziemi amerykańskiej, dość intensywnie po tym kraju podróżowali, spotykali czołowych polityków (od George'a Washingtona poczynając), nie marnowali też żadnej sposobności, aby mówić tu o losie Rzeczypospolitej. Starali się jednak przede wszystkim przeżyć, jak najpełniej, swoją "amerykańską przygodę" i dać jej pisemne świadectwo, które trwa, jako klasyka, po dziś dzien. Zawdzięczamy im godne lektury zapiski, dające nam dobre wyobrażenie o kolorycie życia za Oceanem, dalekie od idealizowania obyczajów i zwyczajów wczesnej Ameryki, nie tylko w salonach, ale i na co dzień.

 

Kajetan Węgierski, któremu po 1779 r. ziemia zaczęła się w kraju palić pod nogami (po opublikowaniu szeregu wierszy i tekstów naruszających ?towarzyską poprawność? i ?obrażających carycę? dostał się do więzienia!). Był klasycznym typem poszukiwacza przygód i kolekcjonera doświadczeń tamtego czasu, co przypłacił zresztą przedwczesną śmiercią, na obczyźnie, w nader młodym wieku, 32 lat.

Julian Niemcewicz, niemal jego rówieśnik, z pewnością pozostawał postacią odmiennego kalibru. Przybił do amerykańskiego brzegu w roku 1797, jako adiutant powracającego tu po latach gen. Tadeusza Kościuszki, i z parasola wypływów oraz prestiżu Naczelnika zdecydowanie korzystał. Podjął jednak dalsze, znamienne decyzje o zawarciu tu małżeństwa, potem o przyjęciu obywatelstwa, stał się zatem prawdziwym Amerykaninem z wyboru. Śledził wciąż bacznie wydarzenia w kraju, a kiedy nadeszła chwila wielkich nadziei, związana z powstaniem Księstwa Warszawskiego i sukcesami Napoleona, nie wytrzymał. Zostawił amerykańską żonę i nowy dom, wrócił do Polski i poświęcił się teraz konsekwentnie, do końca życia, sprawom służącym dobru pierwszej jego ojczyzny, w kraju, a potem w Paryżu, na wychodźstwie.

 

Nasz lekkoduch w Ameryce
Zaledwie 27-letni Tomasz Kajetan Węgierski wyprawił się za Ocean w maju 1783 r., zachęcony modą panującą wtedy wszechwładnie w salonach paryskich. Ameryka i trwająca tam rewolucja, którą Francja wspierała wszelkimi sposobami, głównie aby dopiec Anglii i jej interesom, była ?hot?, czyli tym, o czym bez przerwy się mówi, w czym miał także swój udział przebywający tam od 1778 r. w roli ambasadora Stanów Zjednoczonych Benjamin Franklin. Czy to on pchnął Węgierskiego w tym kierunku? Młody bywalec elitarnych przyjęć mógł go tam z pewnością poznać i ?złapać amerykańskiego bakcyla?. Charakterystyczne, że Węgierskiemu, który należał do typowych lekkoduchów ? całą młodość strawił przy kartach, ?lubił młode kobiety oraz winko stare? ? do samych Stanów aż tak się nie spieszyło. Wybrał drogę okrężną, przez Martynikę i Hispaniolę (czyli Dominikanę), w efekcie podróżował przez całe pół roku po Atlantyku, zanim przybił do portu w Filadelfii. Musiał mieć listy polecające, skoro tak szybko nawiązał kontakty z ?pierwszymi osobami w tym państwie?. W Princetown odwiedził gen. Nataniela Greena, który znał się z T. Kościuszką (nie wiadomo jednak nic o ewentualnych kontaktach z samym Naczelnikiem) i w jego asyście dostał się do Rocky Hill, gdzie zatrzymał się wówczas pierwszy prezydent republiki, George Washington.
Opis tej audiencji wiele mówi o samym Węgierskim: Wszystkie portrety Waszyngtona, jakie widzialem w Europie ? kadzi nasz poeta ? nie są prawie nic do niego podobne. Jest to jeden z najpiękniejszych ludzi, jakich spotkałem. Jego postać jest szlachetna, twarz wojownika, sposób zachowania się swobodny. Czyżby liczył na to, że ktoś z otoczenia Washingtona jego komplementy głośno ?Bogowi wojny? przeczyta? Prezydent okazał mu w każdym razie wspaniałomyślne względy: słysząc o dalszych planach Węgierskiego, podróży po Stanach, dał mu listy polecające, a te otworzyły Węgierskiemu drogę do West Point, które zwiedził, płynąc po rzece Hudson, a także Albany, w stanie Nowy Jork. Miał sposobność spotkać kilku wybitnych polityków, w tym gronie b. kanclerza republiki, Roberta R. Livingstona czy Aleksandra Hamiltona. Ktoś ze współczesnych skomentował jednak trafnie, że jak dzisiejsi dziennikarze, tak i Węgierski chciał zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Rzeczywiście, w ciągu zaledwie kilkunastu tygodni zdołał zajrzeć do każdego z trzynastu ówczesnych amerykańskich stanów. Zapiski i notatki są bystre, cięte i przynoszą posmak wielkiej przygody, jaką przeżywał Węgierski, doświadczając tyleż niewygód, co zdecydowanie miłych niespodzianek.
Z pobytu w Poughkeepsee, w domu gubernatora, pozostawił chociażby takie refleksje: Przyzwyczaiłem się tutaj zadowalać apetyt, a nie tylko go drażnić. I dalej: Najbiedniejszy farmer w Ameryce je więcej mięsa w jednym tygodniu, aniżeli wielu chłopów w europejskich w krajach w ciągu całego roku, gdzie im się najlepiej powodzi. Zwiedzał też pobojowisko pod Saratogą. Zafascynowany był przede wszystkim bogactwem natury, jezior i rzek, a także mnogością bobrów, które miały tam swoje królestwo. Doświadczył również swoistej egzotyki i dziwactw życia prowincjonalnej Ameryki. W stanie Nowy Jork oglądał poruszony orgiastyczną ceremonię członków jakiejś religijnej sekty z kobietami w transie. W stanie Rhode Island zatrzymano go i oskarżono o ?bezczeszczenie Sabatu?, ponieważ podróżował w dniu purytańskiego święta. Widział także historyczny moment opuszczania Nowego Jorku przez wojska heskie, służące Brytyjczykom, nieomylny znak końca starej epoki.
Pisał, jak w modzie w tamtej epoce bywało, po francusku, zatem notował swoje obserwacje głównie z myślą o przyjaciołach w Paryżu i o polskiej elicie salonowej, władającej tym językiem, jako ?prawdziwie kulturalnym?. Rodacy otrzymali sposobność zapoznania się z jego amerykańskimi pamiętnikami i listami dopiero cały wiek później: ukazały się one we Lwowie, w roku 1908, w tamtejszym ?Przewodniku Naukowym i Literackim?, za sprawą wysiłków i starań Stanisława Kossowskiego. Przeziera przez jego amerykańskie zapiski przaśny obraz na wpół dzikiego wciąż kraju, cywilizacyjnie pozostającego daleko w tyle za Europą, a przecież ciekawego, głównie jednak za sprawą spotykanych tam ludzi, ich filozofii, wiary i prywatnych pasji. To, co ujmuje nas po tylu latach, to charakterystyczny dla całego pokolenia Węgierskiego ton troski o własną ojczyzną i potrzeba pozyskiwania dla niej mądrych sojuszników. Przed ostatecznym odpłynięciem ze Stanów (w grudniu 1783 r. z Bostonu) wystosował jeszcze list do Johna Dickinsona, polityka i publicysty, z takimi oto, bardzo charakterystycznymi refleksjami: Kiedy pomyślę, że z trzema zaledwie milionami mieszkańców i praktycznie bez pieniędzy zrzuciliście jarzmo takiej potęgi jak Anglia, i zdobyliście ogromny obszar do życia, i że Polska z jej pięcioma milionami ludzi oraz krajem dość rozległym dała sobie wszystko odebrać, wyznaję, że czuję się nieświadom przyczyn tak bardzo odmiennego postępowania. Mówiąc jednak między nami: od dawna już starożytni Sarmaci stali się zaledwie Polakami.
(?)
Wojciech A. Wierzewski

Wyświetlony 6431 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.