poniedziałek, 21 czerwiec 2010 16:46

Polskie tropy w Ameryce (4)Nie tylko Pułaski i KościuszkoUdział Polaków w amerykańskiej rewolcie 1776 roku

Napisane przez

Oprócz Kościuszki i Pułaskiego, Polska dała armii Waszyngtona szereg innych żołnierzy, mniej wprawdzie znakomitych od tamtych, ale zasługujących także na naszą wdzięczną pamięć ze względu na to, że swoim trudem, swoją krwią i życiem przyczynili się do wywalczenia wolności Stanów Zjednoczonych. Tak pięknie i dobitnie podsumował to Mieczysław Haiman,wytrwały badacz kart przeszłości Polonii, który poświęcił wiele wysiłku, aby dotrzeć do drugiego i trzeciego planu wielkiej epopei rewolucji amerykańskiej i ukazać w pełnym wymiarze rzeczywisty wkład Polaków w powstanie Stanów Zjednoczonych. Są to wysiłki, o których niemal zapomniała tutejsza Polonia, a rodacy w kraju wiedzą na ten temat jeszcze mniej...

 

W trakcie obchodów 200-lecia Stanów Zjednoczonych, w roku 1976, wydobyto na swiatło dzienne cały szereg nieznanych dotąd, a wręcz frapujących tropów. Okazało się, że polski szlachcic, były konfederat barski, Feliks Miklaszewicz niepokoił od 1783 r. u wybrzeży Ameryki brytyjską flotę, dokonując swoim szkunerem „Książe Radziwiłł”, wyposażonym w 12 armat, niemałe zamieszanie, jeśli nie dywersję w zamiarach panującego dotąd na morzu niepodzielnie, kolonialnego mocarstwa. Że w kontyngencie Armii Kontynentalnej pod gen. Rochambeau znajdowalo się conajmniej kilku polskich oficerów, z kpt. Janem Kwirynem Mieszkowskim na czele. Że zagrożone interesy finansowe w Europie zbuntowanych kolonii ratował w krytycznych chwilach swoim autorytetem i kredytem, zaprzyjaźniony jeszcze w Polsce z Tadeuszem Kościuszką, Hayman Solomon, polski Żyd, który jedną fortuną stracił na wspieranie Insurekcji w 1794 r., a drugą na promowanie przyszłych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej...

Symboliczny akcent?

W pierwszej fazie amerykańskiej wojny rewolucyjnej (lata 1775-1783 ) w armii kontynentalnej, wojskach stanowych oraz lokalnej milicji, w całym ówczesnym zrywie trzynastu kolonii przeciwko brytyjskim rządom za Oceanem, brało udział ok. 375 do 395 tys. oficerów i żołnierzy. Lista polskich uczestników tamtych walk, odtworzona z wielkim pietyzmem przez Haimana, obejmuje sto kilkadziesiąt polskich nazwisk. A więc "tylko tylu" naszych rodaków trafiło wtedy do szeregów armii amerykańskiej? Powie ktoś, że to zaledwie symboliczny akcent, reprezentacja poniżej jednego procenta uczestników rewolucji. Czy upoważnia to dziś do przypisywania Polakom dostrzegalnego udziału w tamtym wielkim, historycznym wydarzeniu? Haiman nie ma wątpliwości, gdy odpowiada twierdząco i jednoznacznie ? tak. Nie była to wielka liczba, ale dostateczna w rzeczywistości zasługa, aby dać nam prawo do chlubienia się wobec narodu amerykańskiego, ze i myśmy byli przy jego narodzinach. Trudno nie zgodzić się z jego rozumowaniem. Tym bardziej że przypomina on nader charakterystyczny szczegół z tamtych czasów. Otóż kiedy do sztabu gen. Jerzego Waszyngtona, stacjonującego wówczas w swojej głównej kwaterze w Moore House, w West Point, nadeszła wiadomość o śmierci gen. Kazimierza Pułaskiego pod Sawannah, głównodowodzący natychmiast zadecydował, aby tego dnia, 17 listopada 1779 roku, hasłem w wojsku stał się "Pułaski", a odzewem "Polska". Godny zapamiętania przykład, jak wtedy doceniano polski wkład w dzieło tej rewolucji, i jak oceniano zasługi dla niej Kazimierza Pułaskiego.
Polaków, jacy służyli w amerykańskiej armii rewolucyjnej można z grubsza podzielić na dwie grupy ? przypomina Haiman ? jedna z nich to ci, których dopiero wojna zwabiła do Ameryki, z jedynym celem: wzięcia udziału w walce po stronie ideałów wolności i sprawiedliwości. Była to więc emigracja wojenna, w większości też tymczasowa. Drugą stanowili Polacy, lub raczej Amerykanie polskiego pochodzenia, którzy żyli w Ameryce przed wojną i tu już się zadomowili. Także oni nieśli ochotnie swoją krew za swobody przybranej ojczyzny. W rzeczy samej warto napomknąć, że była także trzecia, choć znikoma, kategoria ? lojalistów, czyli polskich pionierów żyjących na lądzie amerykańskim, którzy osiedli tu wcześniej i nie mieli zamiaru brać czynnie udziału w obaleniu brytyjskiego kolonialnego porządku. Solidaryzowali się z reguły ze swoimi sąsiadami i kiedy było trzeba, stawali po ich stronie, nie mieli jednak zamiaru zbrojnie występować przeciwko armii i wojskom króla Jerzego III. Kiedy po ośmiu latach wojny zakończyły się zmagania i stało się jasne, że bunt trzynastu kolonii przyniósł im niezależność od Anglii, nie podjęli jednak decyzji, aby wracać na Wyspy Brytyjskie (jak uczyniła to większość "lojalistów"), ponieważ nie tam była ich ojczyzna. Mieli z tego powodu problemy (jak w opisanym wcześniej przypadku Zborowskiego), ale czas, jak zawsze, załagodził ostatecznie tamte nieporozumienia i kontrowersje.

Polacy w wirze rewolucji
Polaków pamięta się w Ameryce jako bojowników za niepodległościową sprawę, nie jako obrońców ancient regime’u. Tym bardziej że, jak dowodzi badacz tego tematu, nie ilość, ale jakość wkładu Polaków w wojnę rewolucyjną o utworzenie Stanów Zjednoczonych stanowi o głębokim jego znaczeniu. Polacy bardzo znacząco pomogli w zwycięstwie odniesionym przez Jerzego Waszyngtona i jego popleczników. Jednym skrzydłem tej wiktorii były błyskotliwe innowacje militarne, wniesione przez kawaleryjski legion gen. Kazimierza Pułaskiego, którego współcześni nazywali wtedy "piorunem wojny". To on swym konnym manewrem uratował życie głównodowodzącego pod Warren Tavern. Drugim, solidnym i jakże efektywnym skrzydłem końcowego zwycięstwa były naprawdę śmiałe rozwiązania inżynieryjne drugiego generała, Tadeusza Kościuszki, który bardzo pomógł Waszyngtonowi pod Saratogą, podobnie jak nad Hudson, w uczynieniu z West Point prawdziwej fortecy wojsk kontynentalnych. Amerykanie dziś zdają sobie sprawę z rozmiaru dokonań obu słynnych Polaków, dlatego w tak wielu, i w tak eksponowanych miejscach znajdują się ich pomniki. A przecież żadnej wojny nie wygrywają tylko generałowie. Do zwycięstwa potrzebni są adiutanci i oficerowie, nade wszystko zaś walczący w masie, w polu, żołnierze. Tych wśród Polaków było najwięcej i choć nie otaczała ich długo ani sława, ani uznanie, doczekali się w końcu zasłużonego uplasowania na kartach naszej narodowej pamięci. Za sprawą właśnie polonijnych "strażników tradycji", takich jak Mieczysław Haiman, który przed 75 laty poświęcił im całą książkę, wydaną zresztą w Chicago, która w okaleczonej przez czas postaci trafiła dopiero ostatnio w moje ręce. Jest to prawdziwy skarb!
Dla lepszego zrozumienia całej sytuacji trzeba na nowo spojrzeć, jak zorganizowane były siły armii amerykańskiej, zwanej kontynentalną. Otóż kiedy w 1775 r. wybuchła rewolta w koloniach brytyjskich, jedyną siłą zbrojną, na jaką mogli liczyć spiskowcy, była lokalna milicja, stworzona dla ochrony porządku przez samych kolonistów, dająca się porównać najlepiej do naszego "pospolitego ruszenia". Po pierwszych już potyczkach z siłami brytyjskimi, pod Lexington i Concord, na terenie dzisiejszego stanu Massachussets, stało się więcej niż jasne, że walka będzie jednak ciężka, a marzenie o zwycięstwie nad Anglikami, dysponującymi armią zawodowych żołnierzy, tak długo będzie mrzonką, dopóki nie przeciwstawi się im podobnie fachowego i doświadczonego wojska pod sztandarami rewolucji. Tylko jak taką armię można było stworzyć?
Już w czerwcu 1775 r. amerykański Kongres Kontynentalny (bo tak nazwały się nowe władze) podjął słuszną decyzję o konieczności stworzenia regularnej armii i na jej czele postawiły Jerzego Waszyngtona. Wybór głównodowodzącego okazał się nad wyraz trafny. Haiman powiada: Tylko osobistym zaletom Waszyngtona zawdzięczała Ameryka to, że armia kontynentalna nie rozleciała się, lecz wśród strasznych nieraz warunków stawiała czoła przeciwnikowi i zwycięsko przetrwała osiem lat wojny. Należało jednak pilnie zacząć werbować na kontrakty roczne, potem półtoraroczne i dwuletnie, chętnych, ale i doświadczonych wojskowych, a tych na miejscu nie było zbyt wielu. Wartość wojenną lokalnej milicji szybko oceniono jako "marną". Pułaski przy różnych okazjach otwarcie głosił, że to raczej balast niż pomoc. Jeszcze dosadniej wyraził się o niej sam Waszyngton w maksymie, która przeszła do historii: polegać na naszej milicji to jak opierać się na złamanej lasce. Formacje te nie miały po prostu wojskowej szkoły i bitewnego doświadczenia. Co gorsza, okazały się mało zdyscyplinowane, a nawet nieobliczalne. Milicja nierzadko nie pojawiała się na wezwania, kiedy zachodziła konieczność szybkiej mobilizacji sił militarnych, to znów rozchodziła się po domach, kiedy uznawała, że nie jest dłużej potrzebna. Stało się dla wszystkich jasne, że istotna pomoc nadejść może głównie za sprawą werbunku emigrantów i pilnego ściągnięcia posiłków (przede wszystkim w postaci kadry oficerskiej) z Europy i Francji.
(?)
Wojciech A. Wierzewski

Wyświetlony 4519 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.