wtorek, 29 czerwiec 2010 12:36

Polskie tropy w Ameryce (2) Prominentni nasi rodacy nad Hudson Polacy w dawnych koloniach holenderskich

Napisane przez

Jeżeli Brytyjczycy sięgnęli po polskich rzemieślników, aby ratować przyszłość swojej osady za oceanem, w Jamestown, w Wirginii, to Holendrzy, którzy również wiązali z kolonizacją Nowego Świata określone nadzieje, postawili wręcz na elitę Polaków, którzy znaleźli się w XVII wieku w Niderlandach ze względów religijnych. Protestantyzm, kalwinizm i arianizm miał także na ziemiach polskich swoich zwolenników i wręcz entuzjastów, właśnie w kręgach mieszczaństwa i arystokracji, często kierujących się przy wyborze wiary określonymi, koniunkturalnymi korzyściami politycznymi. Kiedy jednak nasiliła się kontrreformacja i bycie "odszczepieńcem" wobec nauk Kościoła postawiło dysydenckie kręgi pod publicznym pręgierzem, wielu zasobnych mieszczan, profesjonalistów i oficerów armii zdecydowało się na emigrację z Rzeczypospolitej do zachodnich krajów, gdzie sytuacja była często zgoła odwrotna i znajdowali tam chętnie wspierających ich sojuszników w środowiskach współwyznawców protestanckich czy ariańskich tamtej epoki.

 

Wraz z manifestacyjną emigracją angielskiej sekty purytanów, którzy wyruszyli na amerykański brzeg szukać tam dla siebie pełnej swobody religijnej (głośna wyprawa brygiem "Mayflower", który przybił do Plymouth, w dzisiejszym Massachussetts w 1620 r.), Nowy Świat stał się symbolem kierunku, gdzie szukać powinni wolnego życia wszyscy dysydenci. W ich ślady poszli niebawem Holendrzy, których wybór padł na dolinę i ujście rzeki Hudson. Wznieśli tam osadę nazwaną Nowym Amsterdamem, która stanowiła przez kilka dziesięcioleci największe centrum handlowe na Nowym Lądzie. W 1664 r. wyrugowali ich stamtąd Brytyjczycy, ustanawiając swoją fortecę Nowy Jork. Holendrzy podjęli w 1673 roku jeszcze jeden wysiłek, aby swoją kolonię odebrać, ale po dyplomatycznym porozumieniu z Anglikami, pozostawili im to miejsce, kierując swoją uwagę i wysiłki na Amerykę Południową.

Podopieczni Petera Stuyvesanta

Zapobiegliwy gubernator Nowego Amsterdamu werbował w Holandii najlepszych ludzi, aby wlać prawdziwe życie do swojej kolonii. Widać, że musiał mieć dobrą opinię o Polakach, skoro tak liczne ich grono postawiło stopę na nowym kontynencie, i co ważniejsze, szybko doszło do znacznej pozycji i środowiskowej prominencji. W porównaniu z trwalszymi śladami brytyjskiej kolonizacji Holendrzy bili Anglików na głowę. Wprowadzili bowiem na nowej ziemi szkoły z językiem łacińskim, dali podwaliny pod przyszłe Buffalo nad jeziorem Erie, a nade wszystko przenieśli europejskie systemy bankowego kredytu, tak ważne dla inwestowania w nowym kraju!
W tym ruchliwym i ceniącym profesjonalizm środowisku rychło zjawili się Polacy, i nie zmarnowali szansy, jaką im dano. Już w roku 1643 francuski jezuita Izaak Jogues wspomina w swoim sprawozdaniu z wizyty w Nowym Amsterdamie, że istniała tam wręcz cała osada polska! Miasto wprawdzie nie było od razu taką metropolią, jak późniejszy Nowy Jork, a jedynie portem, wciąż żyło tam kilka tysięcy osadników, często o znaczących nazwiskach, które miały zapisać się potem głośno w historii Stanów Zjednoczonych (jednym z nich był chociażby Claes Martenzsan Roosevelt, "praszczur" przyszłych amerykańskich prezydentów).
W tym to właśnie środowisku Polak, dr Aleksander Kurcjusz, zwerbowany przez holenderską Kompanię Zachodnich Indii w r.1658, zdobył sobie rychło renomę pierwszego konowała, jak to utrwalił John Shrady w swoich "Zapiskach z dziejów Nowego Jorku", czyli najlepszego w tym mieście lekarza, rezydującego na dolnym Manhattanie, przy ulicy Broad Street. Miarą jego popularności, a także uznania, stał się fakt, że Kurcjusz założył w rok później, właśnie w Nowym Amsterdamie, własną szkołę medyczną, w dodatku subsydiowaną przez miasto w wysokości 500 guldenow rocznie, a więc silnie popieraną przez gubernatora. Działo się to całe sto lat przed założeniem w Nowym Jorku dziś znanego i prominentnego uniwersytetu Columbia College (1754). Obok Kurcjusza kroniki wymieniają dalszych polskich wykładowców i nauczycieli w Nowym Amsterdamie, Kazimierza Butkiewicza oraz Jana Rutkowskiego, ale brak nam szczegółów o ich zainteresowaniach, pracy i osiągnięciach. Wiemy natomiast o działalności Jana Laskowskiego, filozofa i teologa, który czynny był w ruchu reformacji do tego stopnia, że odziedziczył zbiory książkowe słynnego Erazma z Rotterdamu.
Peter Stuyvesant, postać barwna i swoiście renesansowa, utrwalona na wielu obrazach z błyskiem w oku i w charakterystycznym rozkroku (miał protezę po stracie jednej nogi) starał się o Polaków w Holandii i jego patronatowi niewątpliwie zawdzięczamy tak liczną i znaczącą gamę postaci, jakie pojawiły się wtedy w Nowym Amsterdamie. Jego zaufanym adiutantem został Daniel Liczko, urzędnik miejski, który wspierał skutecznie Stuyvesanta w jego licznych sporach i walkach z holenderskimi notablami i właścicielami posiadłości, starającymi się prowadzić własną politykę. Uważany był za "prawą rękę" gubernatora w całej inicjatywie stworzenia kolonii Nowa Szwecja w roku 1655. Liczko ostatecznie wylądował jako właściciel znanej tawerny przy 125 Pearl Street w Nowym Amsterdamie, miejscu, gdzie odbywały się ważne polityczne wiece i narady popleczników Stuyvesanta. Pewnym znakiem prominencji tej rodziny wydaje się także fakt, że córka Liczki, Anna, została żoną pułkownika Williama Peartree, którego obrano mayorem (burmistrzem) Nowego Jorku w roku 1703.
Kto wie, czy największej kariery z wszystkich Polaków w holenderskiej kolonii na amerykańskim brzegu nie zrobił kapitan Marcin Krygier, uczestnik legendarnej wyprawy admirała Krzysztofa Arciszewskiego do Brazylii (pod holenderską flagą). Krygier trzykrotnie wybierany był na zastępcę mayora Nowego Amsterdamu za czasów Stuyvesanta, co tylko potwierdza zaufanie, jakim cieszył się u holenderskiego gubernatora. Jeszcze lepszym potwierdzeniem pozycji Krygiera stała się decyzja powierzenia mu budowy fortu obronnego w Nowym Amsterdamie, który w dodatku nazwano "Fort Casimir" (ani chybi na cześć polskiego monarchy, Jana Kazimierza!). Umocnienie to przebiegało wzdłuż dzisiejszej Wall Street, co warto polecić uwadze dzisiejszych polskich turystów poruszających się po dolnym Manhattanie.

Saga rodu Zborowskich
Za najbardziej barwną postać tamtych czasów uchodzi wszakże Olbracht Zborowski, potomek głośnego Samuela Zborowskiego (bohatera dramatu Juliusza Slowackiego, polskiego magnata z czasów króla Zygmunta Augusta, który porwał się na kasztelana przemyskiego, za co skazany został na banicję, a potem brał udział w spiskach politycznych, raz z carem Rosji, to znów z Habsburgami, ostatecznie ścięty z rozkazu monarchy za zdradę). Samuel Zborowski musiał się chronić ucieczką aż do Holandii przed ciągnącą się intrygą i zemstą polskiego dworu, aż trafił ostatecznie na brzeg amerykański w r.1662. Tutaj figuruje głównie jako "Zabriskie", ale to zamerykanizowane rodowe nazwisko polskiego arystokraty znaleźć można, jak rzadko które (poza Sadowskimi ? Sanduskie) na mapie w wielu miejscach w Stanach Zjednoczonych.
Powodem tego była niezwykła pozycja, jaką zdołał na tym kontynencie osiągnąć Zborowski, a wszystko to dość nieoczekiwanie zaczęło się od oryginalnej, jak na tamte czasy, fascynacji życiem oraz obyczajami tutejszych Indian. Zborowski bowiem nie tylko opanował szybko język plemienia Algonquin, ale wszedł też w zażyłe przyjaźnie z jego wodzami. Kiedy syn Zborowskiego, Jakub dostał się w szczególnych okolicznościach do niewoli u czerwonoskórych, ojciec po namyśle zawarł porozumienie dotyczące nie tyle jego uwolnienia (bo to celowo opóźnił), ale właśnie, przyszłości. Chciał, aby chłopiec zamieszkał z Indianami, nauczył się dobrze ich języka, podobnie jak zgłębił ich mentalność. Wszystko to z myślą o tym, aby kiedy dorośnie, mógł działać jako tłumacz i pośrednik, mediator rządowy pomiędzy czerwonoskórymi a białymi kolonistami. Jakub w rezultacie spędził całe siedem lat w obozie Indian i spełnił potem wszystkie oczekiwania swojego ojca. Sprawdzianem tego pozostaje fakt, że podpis Jakuba znajduje się pod wszystkimi traktatami, jakie w latach późniejszych kolonizatorzy zawarli z Indianami.
(?)
Wojciech A. Wierzewski


 

Wyświetlony 3516 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.