wtorek, 29 czerwiec 2010 17:25

Polskie tropy w Ameryce (1)

Napisane przez

Mam prawdziwą przyjemność przesłać na ręce Kongresu Polonii Amerykańskiej najlepsze życzenia z okazji jubileuszu 350-lecia przybycia pierwszych Polaków na nasz brzeg ? pisał jesienią 1956 r. prezydent Stanów Zjednoczonych, gen. Dwight D. Eisenhower w depeszy skierowanej do prezesa ZNP i KPA, Karola Rozmarka. Od najwcześniejszych czasów Amerykanie polskiego pochodzenia dali naszemu krajowi wiele ze swojego bogatego dorobku kulturalnego, dziejowego i duchowego dziedzictwa. Odgrywają oni nadal żywotną rolę w rozwoju i tworzeniu perspektyw naszego kraju. Najlepsze życzenia z racji tych wspaniałych obchodów.

Po pięćdziesięciu latach, jakie od tamtej chwili upłynęły, w obliczu nadchodzącej 400 rocznicy przyjazdu pierwszych polskich pionierów do Ameryki (całe 12 lat wcześniej niż legendarni pielgrzymi brytyjscy z "Mayflower", w 1622 r.!) życzyć tylko wypada powtórzenia tamtej wymiany depesz pomiędzy Białym Domem a siedzibą ZNP i KPA w Chicago, uroczystości w Jamestown godnej wielkiej historycznej rocznicy i utrwalenia w świadomości Amerykanów, nie tylko środowisk polonijnych, doniosłego faktu, że my byliśmy tu już przed stuleciami! Podobnie warto przypomnieć i szerzej spopularyzować wiedzę o jakże licznych i jakże bogatych polskich kartach w dziejach tego kontynentu, kraju i narodu. Temu służyć będzie seria artykułów, którą obecnie inaugurujemy.
Pierwsi Polacy przybyli za Ocean czterysta lat temu!


Jak Polacy trafili do Ameryki
Było ich podobno ośmiu, przypłynęli do nowej kolonii brytyjskiej w Wirginii, nazwanej Jamestown ? od monarchy, króla Jamesa. Ściągnął ich tam w 1608 r. głośny kapitan John Smith, którego ? dzięki Disneyowi ("Pocahontas") i Malickowi ("Nowy Świat") ? znają dzisiaj wszyscy. Anglia potrzebowała wtedy dramatycznie smoły, dziegciu, potażu i innych produktów z węgla drzewnego, które miały być teraz za Oceanem produkowane przede wszystkim dla brytyjskiego rynku. Eksperyment z kolonią, utworzoną w Jamestown jeszcze w 1606 r., przeżywał tymczasem od samego początku poważne kłopoty. 105 poszukiwaczy szczęścia, którzy przypłynęli tu jesienią wraz 39 marynarzami na trzech statkach ("Constant", "Godspeed" i "Discovery") pod wodzą kapitana Christophera Newporta, nie paliło się zbytnio do "brudnej roboty". Oczekiwali oni raczej złota i innych cennych kruszców, które miały tu leżeć na ulicy, a których tu wcale nie znaleziono. Do Londynu płynęły alarmujące raporty o rozpaczliwie niskim morale pierwszych kolonistów i "dwóch lewych rękach" jakie mieli, co planom wiązanym z Jamestown nie rokowało jakiejkolwiek przyszłości. Potrzebni byli nowi koloniści, tacy, którzy chcieliby serio pracować i znali się przy tym dobrze na fachu.
Wybór Polaków i Holendrów, jako ludzi, na których można liczyć, wydać się może zaskakujący, jeśli nie zna się życiowych doświadczeń Johna Smitha. Otóż w swoim czasie spragniony przygód i awantur młody Brytyjczyk zaciągnął się na służbę u księcia Zygmunta Batorego w Siedmiogrodzie, który toczył zajadłe walki z Turkami. Smith dostał się do niewoli i zobaczył, z jednej strony, jaki los czekał więźniów Turków i Tatarów, a z drugiej, jak wyglądała gościna Polaków, z której korzystał czas jakiś po udanej ucieczce z niewoli. Poznał wtedy wielu dzielnych i serdecznych ludzi, generalnie przekonał się do rzetelności Polaków, dlatego nie miał żadnych uprzedzeń, kiedy przyszło mu w Anglii rekrutować drużynę zdolną ratować przyszłość Jamestown "na nowym lądzie".
Przywódcą grupy Polaków okazał się Michał Łowicki, podobno ze szlacheckiego rodu, a towarzyszyli mu Zbigniew Stefański, Jan Bogdan, Jan Mata i Stanisław Sadowski. Podobno było ich potem znacznie więcej. Są źródła, które dorzucają nazwiska Henryka Bursztyna, Jana Skóry, Tomasza Dęba, Edwarda Wygonia, Jana Kulawego, Tomasza Miętusa, Mateusza Kuty, Jana Leca i Jana Dajmonta, w dodatku z żonami i dziećmi. Pełnej listy Polaków nie udało się do końca odtworzyć z zapisów kompanii brytyjskiej w Jamestown, przekręcającej nazwiska obcokrajowców wręcz nie do poznania.
Faktem pozostaje, że w październiku 1608 r., po długiej podróży morskiej bryg "Mary and Margaret" przywiózł nowych osadników do portu w Jamestown w Wirginii. Wkrótce powstała tam wytwórnia szkła, w której najwięcej do powiedzenia musiał mieć Zbigniew Stefański, szklarz z Włoclawka, a krakowianin Jan Mata uruchomił produkcję mydła, na której najlepiej się znał. Stanisław Sadowski z Radomia znał się na obsłudze tartaku, a Jan Bogdan z Gdańska potrafił budować łodzie i żaglowce. W przeciwieństwie do brytyjskich kolonistów, którzy jako poddani korony brytyjskiej mieli dla niej po prostu pracować (czego nie robili ze zbytnią pilnością, jak świadczą stare raporty), grupa polska i holenderska traktowana była daleko lepiej, jako wynajęci do konkretnych zadań "kontraktorzy". Mieli oni obiecane pieniądze ("36 szylingów miesięcznie") i dobry zarobek, obok rozbudzonej wyobraźni, stanowił zrozumiałą ich motywację. Czy pieniądze te istotnie dostali, i jak w rzeczywistości wyglądała ich przygoda, nie wiemy z braku jakiejkolwiek bardziej całościowej polskiej relacji.

Uroki życia w Ameryce
Natomiast z zachowanych zapisków i pamiętników kapitana Johna Smitha wynika jednak kilka istotnych rzeczy. Nie narzeka on nigdzie na pracę Polaków ani nie żałuje swojej decyzji. Jeśli w sumie kolonia w Jamestown okazała się niewypałem, powodem był, jego zdaniem, nadmiar nierealnych oczekiwań w Londynie, a nie wina samych kolonistów. Pierwszy zimny, a potem gorący prysznic spadł już w pierwszych sezonach egzystencji kolonii. Szybko okazało się, po prostu, że nie ma co jeść, a potem, że trudno będzie przetrwać małej osadzie, narażonej na nieuchronne ataki miejscowych Indian. Zapasy przywiezione na statkach okazały się wysoce niewystarczające, a nie zdołano w porę zadbać o uruchomienie takiego gospodarstwa, aby produkować wystarczająco dużo żywności dla rosnącej wciąż liczby kolonistów. Zimy przynosiły po prostu dotkliwy głód, w desperacji gotowano i spożywano skóry z pasów, butów czy ubrań. W dodatku swary i konflikty pomiędzy oficerami kierującymi Jamestown doprowadziły do serii bratobójczych starć, a raniony w nich kapitan Smith został odprawiony statkiem do Anglii, w obawie utraty życia.
Produkowany przez Polaków ług, potaż, smołę i dziegieć eksportowano systematycznie na wyspy brytyjskie, choć produkcja ta byla ilościowo mała, prawie symboliczna. Kapitan Smith słał charakterystyczne raporty do centrali Kompanii Wirginia w Londynie: Wynajęcie Polaków i Holendrów do wyrobu smoły, dziegciu, szkła czy ługu byłoby naprawdę celowe, gdyby kraj tutaj się bardziej zaludnił i został zaopatrzony we wszystkie konieczne do życia rzeczy. Ale kierowanie tu siedemdziesięciu ludzi bez żywności nie było należycie doradzone i rozważone. Pisał później, coraz wyraźniej zirytowany: Jeśli zamierzacie dalej wysyłać tu ludzi, to tylko rolników, ogrodników i rybaków, kowali i murarzy, ludzi umiejących karczować drzewa... Niestety, nikt nie traktował jego rad i postulatów dostatecznie serio. Zasadnicza pomoc ani poprawa zaopatrzenia nie nadchodziła w następnych sezonach.
(?)
Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 3529 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.