piątek, 20 sierpień 2010 11:47

"Kontrola" populacji

Napisane przez

Większość ludzi przejawia zdrowy brak zainteresowania Narodami Zjednoczonymi z ich niekończącym się kołowrotem inicjatyw i konferencji, uznając je za ośrodek nudnej krzątaniny, mającej na celu wyłącznie utrzymanie stale rosnącego grona nieopodatkowanych biurokratów, doradców i ekspertów.

 

Wszystko to prawda. Jednak niedocenianie nikczemności działań tego ciała może być niezwykle niebezpieczne. Pod płaszczykiem męczących głupot kryje się bowiem trwałe i niezmordowane ciążenie ku despotyzmowi ponadnarodowego rządu, wykonawcami którego są pełni arogancji i przed nikim nie odpowiadający anonimowi urzędnicy. Fabiański, kolektywistyczny pęd do władzy tych ludzi jest pozbawiony wszelkich hamulców.

Ostatni przykład to niedawna (słowa pisane w listopadzie 1994 ? dop. tłum.) Konferencja w sprawie Ludności, rok po której nastąpić ma nosząca równie złowieszczą nazwę "Konferencja na rzecz Kobiet". Prowadzona przez ONZ telewizyjna propaganda poświęcona tegorocznej konferencji wyprzedza i następną, co najlepiej unaocznia jedna z najbardziej idiotycznych i oczywistych zarazem wypowiedzi: Podniesienie dobrobytu kobiet spowoduje wzrost dobrobytu wszystkich. By unaocznić absurdalną banalność tego stwierdzenia, wystarczy usunąć słowo "kobiet".
Największy problem i największa luka w założeniach Konferencji w sprawie Ludności wśród agresywnej zawieruchy powstałej wokół kwestii aborcji znika z pola widzenia. Niewielu ludzi podważa podstawowe założenie konferencji: szeroko uznane twierdzenie, że głównym powodem biedy na świecie, a przynajmniej w krajach najbiedniejszych, jest nadmiar zaludnienia.
Zatem proponowane rozwiązanie nosi będące eufemizmem miano "kontroli populacji", w rzeczywistości oznaczające wykorzystanie władzy rządu dla skłonienia lub przymuszenia do ograniczenia wzrostu populacji czy też w ogóle liczby żyjących ludzi. Logicznie rzecz biorąc, ci maniakalni wrogowie ludzi (czymże innym, jak nie zbiorem ludzi, jest "populacja"?) powinni poprzeć zamysł wymordowania przez państwowych planistów znacznej liczby osób, szczególnie w rzekomo przeludnionych krajach zacofanych (czy, by użyć starszego terminu, w Trzecim Świecie). Lecz coś zdaje się ich powstrzymywać; być może, jest to ewentualny zarzut "rasizmu". Pozostaje im jedynie skupić się na redukcji liczby przyszłych narodzin.
W czasach rozkwitu antypopulacyjnych nastrojów skupionych w ruchu ZPG (ang. Zero Population Growth; Zerowy Przyrost Ludności) wzywano do powszechnej likwidacji przyrostu ludności, a przy użyciu amerykańskich modeli rozwoju bazujących na prostej ekstrapolacji ostrzegano, że we względnie niedługim czasie przyrost populacji osiągnie takie rozmiary, że na kuli ziemskiej zabraknie miejsca, by stać.
A jednak, ledwie na wczesne lata 70. przypadł szczyt histerii ZPG w Stanach Zjednoczonych, już spotkał go koniec, opublikowano bowiem cenzus 1970 ukazujący, że zwolennicy ZPG zdołali osiągnąć swój cel i stopa przyrostu populacji chyliła się ku spadkowi.
Co ciekawe, ledwie mgnienie oka wystarczyło tym samym ludziom, by zaczęli narzekać, że niższe stopy przyrostu ludności oznaczają starzenie się społeczeństwa, a kto, lub co, zajmie się utrzymywaniem rosnącej liczby starszych ludzi? W tym momencie lewicowi liberałowie przedzierzgnęli się w kostium apologetów zalet "godnej" i wczesnej śmierci staruszków.
Zwykle stronnicy ZPG apelowali o wprowadzenie przymusowych limitów do dwojga dzieci na kobietę, po przekroczeniu których rząd zmuszałby niepokorną kobietę do sterylizacji lub aborcji. (Komuniści w Chinach, zgodnie ze swoim stałym zwyczajem, poszli o wiele dalej niż ZPG, ustaliwszy obligatoryjną granicę jednego urodzenia na kobietę na całe życie).
Groteskowym przykładem sytuacji, której "wolnorynkowy... ekspert" od efektywności łagodnie zalecaca totalitaryzm, był pomysł fanatycznego wroga zaludnienia, znanego ekonomisty, śp. Kennetha E. Bouldinga. Boulding zaproponował "reformę" typową dla ekonomisty. Zamiast zmuszać każdą kobietę do sterylizacji po urodzeniu dwojga dzieci, rząd powinien wydawać każdej kobiecie (przy urodzeniu? po osiągnięciu dojrzałości płciowej?) dwa pozwolenia na dziecko. Mogłaby mieć ona dwójkę dzieci, zrzekając się przy każdym urodzeniu jednej licencji, lub, gdyby chciała mieć trójkę lub więcej potomków, mogłaby na "wolnym" rynku kupić pozwolenia od innych kobiet, które dwójki dzieci mieć nie chcą. Czyż nie cudownie? Cóż, jeśli naszym punktem wyjścia będzie pierwotny plan ZPG, i wówczas wprowadzimy projekt Bouldinga, to przecież chyba wszyscy będą w sytuacji korzystniejszej, a więc rozwiązanie to będzie miało "przewagę Pareto"?
(?)
Murray Rothbard




 

 

 
Wyświetlony 5379 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.