piątek, 20 sierpień 2010 12:36

Beztroska odchodzenia w niebyt

Napisał

Jeszcze na początku XX wieku gołąb wędrowny (ectopistes migratiorius) był w Ameryce Północnej gatunkiem pospolitym. Jego liczebność szacowano w XIX stuleciu na dziesiątki, a nawet setki milionów. Ptaki te spotykano wszędzie, nie do wyobrażenia były zarówno miasta, wioski, jak i pustkowia pozbawione tego "skrzydlatego planktonu". Dziś gołąb wędrowny nie jest nawet gatunkiem chronionym. Ten gatunek nie istnieje. Sto lat temu ornitolodzy, przerażeni błyskawicznym zanikaniem wszechobecnego elementu krajobrazu, podjęli dramatyczne próby jego ocalenia. Na przekór ich spóźnionym wysiłkom, w specjalnie stworzonej hodowli, ostatni ectopistes migratiorius padł w roku 1914.

 

Gołębie te miały zwyczaj latania na wysokościach atrakcyjnych z punktu widzenia hobbystów strzelectwa. Taniej było ćwiczyć oko na wszędobylskich ptakach, niż nabyć urządzenie ze sprężyną do "rzutków". Zniknięcie całego gatunku nie oznacza, że Amerykanie wystrzelali wszystkie ptaki co do jednego. Szacuje się, że ukatrupiono nie więcej, niż 15-20% ich populacji. Lecz utrata piątej ? szóstej części gatunku wystarczyła, by cały on w krótkim czasie odszedł do przeszłości. Okazało się, że faktem permanentnym był codzienny ubytek tego ptactwa z różnorakich przyczyn, np. w wyniku aktywności drapieżników. Tylko populacja odpowiednio dużych rozmiarów dawała szansę przetrwania. Nawet nieznaczne jej zmniejszenie powodowało swego rodzaju "reakcję łańcuchową". Im mniej było gołębi, tym większa ich część musiała np. stać się pokarmem sokołów. Poniżej pewnej liczebności gatunek nie był zdolny regenerować swych ubytków i zaczął kurczyć się w postępie geometrycznym.

Zanik sympatycznego ptactwa może przywodzić na myśl znane z historii agonie narodów i cywilizacji. Egipcjan czy Sumerów nie unicestwił ani pomór, ani eksterminacja. Wystarczyło zachwianie proporcji sąsiadujących populacji, by wspaniałe, stare kultury roztopiły się wśród ustępujących pod każdym niemal względem, lecz silniejszych demograficznie. Także Rzymianie znajdowali się na znacznie wyższym etapie cywilizacyjnego rozwoju, niż otaczające ich Imperium plemiona. Upowszechnili jednak wśród siebie styl życia, w którym szczęście rodzinne w hierarchii wartości ustępowało wygodzie oraz wyzwoleniu od trudów i trosk. W czasie, gdy ludy barbarzyńskie rozrastały się w szybkim tempie, pośród Rzymian zapanowała moda na ograniczanie liczby posiadanych dzieci. Nie znano dzisiejszej skrobanki, więc noworodki zabijano lub porzucano. Czy sytuacja ta nie przypomina dzisiejszych zjawisk? Eutanazja, aborcja i "programowo bezpłodne" homoseksualne "małżeństwa" zyskują akceptację nie w krajach biednych, głodujących, w których takie formy "ograniczania zaludnienia" mogłyby być motywowane walką o przetrwanie. Pływająca "klinika aborcyjna" przybyła do nas z jednego z najbogatszych krajów świata. Niewiele państw w stopniu podobnym, jak Holandię, stać też na opiekę nad najstarszym pokoleniem. A jednak to właśnie ci najzamożniejsi zdecydowali, że zbyt dużym kosztem jest dla nich utrzymywanie przy życiu schorowanych staruszków.
(?)
Artur Adamski

Wyświetlony 5325 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.