niedziela, 29 sierpień 2010 06:19

Praca wyjęta spod prawa: Comeback płacy minimalnej

Napisane przez

Nie ma bardziej rozpoznawalnej oznaki faktycznej zgody stronnictw politycznych co do kwestii zasadniczych, jak ich stanowisko wobec płacy minimalnej. Demokraci w Stanach Zjednoczonych optowali za zwiększeniem nakazanego prawem poziomu płacy minimalnej z 3,35 dolarów za godzinę, ustalonego już w 1981 roku, na samym początku wolnorynkowych jakoby rządów administracji Reagana. Republikanie odpowiedzieli dopuszczeniem możliwości uzyskiwania "subminimalnych" zarobków przez nastolatków, w których, jako pracowników marginalnych, (czyli takich, na zatrudnienie których pracodawcy nie mogą sobie pozwolić powyżej pewnego poziomu pensji - przyp. tłum.) najbardziej uderza ustawodawstwo płacy minimalnej.

 

Od stanowiska tego prędko odstąpili przedstawiciele Partii Republikańskiej w Kongresie, opowiadając się za subminimum dla nastolatków na 90 marnych dni, po których płaca ustalałaby się na wyższym minimum Demokratów (4,55 dolarów za godzinę). Jak na ironię, to senatorowi Edwardowi Kennedy'emu przypadło wskazać pożałowania godny skutek takiej propozycji: zachęcenie pracodawców do zatrudnienia nastolatków i wyrzucenia ich po 89 dniach, by przyjąć ich do pracy już następnego dnia.

W końcu, co symptomatyczne, George Bush wyciągnął Republikanów z pata, wycofując się zupełnie ? wybrał koncepcję Demokratów i już. Rozpostarł się przed nami następujący widok: Demokraci wysunęli otwarcie propozycję dużego wzrostu płacy minimalnej, a Republikanie dopiero po pozbawionej logiki ekwilibrystyce słownej ostatecznie postanowili nań przystać.
W rzeczywistości na płacę minimalną patrzeć można tylko z jednej perspektywy: to przymusowe bezrobocie, koniec i kropka. Zgodnie z prawem, zatrudnienie kogokolwiek przy płacy niższej niż X dolarów za godzinę jest czynem nielegalnym, a więc kryminalnym. Oznacza to najzwyczajniej w świecie, że znaczna liczba dobrowolnych i niewymuszonych umów pracowniczych jest wyjęta spod prawa, stąd bezrobocie rośnie. Trzeba pamiętać, że legislacja płacy minimalnej nie przysparza pracy, a jedynie jej zabrania. Zakaz pracy to wyłączny i nieunikniony rezultat.
Wszystkie krzywe popytu opadają i popyt na pracę żadnym od tej reguły odstępstwem nie jest. Dlatego każda ustawa wykluczająca z rynku zatrudnienie przy pensji mającej znaczenie na rynku (płaca minimalna w wysokości 10 centów za godzinę ma niewielki lub żaden wydźwięk) musi skutkować wyjęciem pracy spod prawa i bezrobociem.
W skrócie, jeśli płaca minimalna wzrośnie z 3,35 do 4,55 dolarów za godzinę, wynikiem będzie trwałe ukrócenie zatrudniania tych, którzy mogliby pracować za pensję określoną w granicach powyższych sum. Ponieważ krzywa popytu na każdy z rodzajów pracy (oraz wszelkie inne czynniki produkcji) formowana jest na podstawie postrzeganej marginalnej produktywności pracownika, oznacza to, że ludzie, którzy stracą zatrudnienie i ucierpią na zakazie pracy, będą właśnie "marginalnymi" (najniżej opłacanymi) pracownikami, jak Murzyni i młodzież, ci sami, których protagoniści płacy minimalnej przysięgali objąć swym wstawiennictwem i opieką.
Obrońcy płacy minimalnej i jej okresowego podwyższania replikują, że takie gadanie to tylko strachy na lachy, że płaca minimalna nie powoduje i nigdy nie powodowała jakiegokolwiek bezrobocia. Odpowiednią ripostą może być podbicie stawki: w porządku, jeśli płaca minimalna to taki wspaniały lek na biedę i nie ma skutków ubocznych w postaci wzrostu bezrobocia, to po cóż to kunktatorstwo? Dlaczego pomagać pracującej biedocie w tak śmiesznym wymiarze? Z jakiej przyczyny zatrzymywać się na marnych 4,55 za godzinę? Czyż nie bardziej odpowiednie byłoby 10 dolarów? 100? 1.000?
Wydaje się oczywiste, że stronnicy płacy minimalnej nie trzymają się własnej logiki, gdyż gdyby posunęli się zbyt daleko, praktycznie cała praca utraciłaby pole dla egzystencji. Krótko i węzłowato: możemy uzyskać tak wielkie bezrobocie, jakiego sobie zażyczymy, jeśli tylko zwiększymy odpowiednio prawny limit minimalnych zarobków.
Ekonomiści przywykli do grzeczności zakładania, że w ekonomii przyczyna błądzenia leżeć może jedynie w omyłce intelektualnej. Zdarza się jednak nieraz, iż galanteria jest zgubna, a, jak napisał niegdyś Oskar Wilde, gdy mówienie tego, co się myśli, przerasta zwykły obowiązek, staje się bardzo pozytywną przyjemnością. Gdyby apologeci podwyższania minimalnego uposażenia zwyczajnie w dobrej wierze błądzili, nie mogliby zatrzymać się na 3 lub 4 dolarach za godzinę, lecz w swej mętnej logice musieliby poszybować ku stratosferze.
Jak widać, zawsze jednak byli na tyle zaradni, by pociągnąć za cugle w tym momencie, w którym dotknięci bezrobociem zostaną jedynie marginalni pracownicy, i gdzie nie istnieje ryzyko pozbawienia pracy, dajmy na to, dorosłych białych pracowników z doświadczeniem związkowym. Gdy dostrzeżemy, że najzacieklejsi zwolennicy płacy minimalnej to członkowie AFL-CIO, i że wymierny skutek regulacji minimum płacowego to upośledzenie nisko zarabiającej konkurencji marginalnych pracowników względem otrzymujących wyższe pensje pracowników ze stażem w związkach zawodowych, wyraźny staje się kontekst prawdziwych motywów stojących za agitacją na rzecz płacy minimalnej.
To zaledwie jeden z wielu przypadków, gdzie pozorne ślepe trwanie w błędach ekonomicznych służy za kamuflaż dla wyzyskiwania szczególnych prerogatyw kosztem tych, którym rzekomo niesie się pomoc.
Zgodnie z aktualną propagandą inflacja ? jakoby powstrzymana przez administrację Reagana ? osłabiła realny wpływ ostatniego podbicia płacy minimalnej z 1981 roku o 23%. Częściowo wskutek tego stopa bezrobocia spadła z 11% w 1982 roku do poniżej 6% w 1988. Prawdopodobnie wskutek wywołanego tym faktem rozgoryczenia AFL-CIO ze swymi poplecznikami naciska, by temu zjawisku przeciwdziałać, podnosząc poziom minimum o 34%.
Raz na jakiś czas ekonomiści oraz co bardziej zorientowani socjaldemokraci z AFL-CIO zrzucają szaty zagubienia ekonomicznego, otwarcie przyznając, że ich działania przyczynią się do wzrostu bezrobocia. Zaraz potem poczynają usprawiedliwiać się, twierdząc, że robotnicy zyskują na "godności," gdy utrzymują się z zasiłku, a nie pracują w zamian za niewielkie pieniądze. To rzecz jasna w wielu przypadkach doktryna tych właśnie ludzi, którzy czerpią środki z pomocy społecznej. Doprawdy, dziwaczny to koncept "godności," wykształcony przez zachodzące na siebie systemy płacy minimalnej oraz opieki społecznej.
Niestety, system ów pozbawia możliwości wyboru tych licznych pracowników, którzy mimo wszystko wolą raczej produkować niż prowadzić życie na cudzy rachunek.

Przełożył Jan Lewiński

Murray N. Rothbard, Outlawing Jobs: The Minimum Wage, Once More w: Making Economic Sense, Ludwig von Mises Institute, Auburn, Alabama (1995).

Wyświetlony 5060 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.