niedziela, 29 sierpień 2010 08:21

Dziesięć największych mitów ekonomii

Napisane przez

Kraj nasz (Autor pisze, odnosząc się do swych ojczystych Stanów Zjednoczonych, lecz prawa ekonomii, które prezentuje, odnoszą się do każdego kraju ? J.L.) brodzi wśród ekonomicznych mitów, wykrzywiających społeczne postrzeganie istotnych problemów, prowadząc nas do akceptacji wadliwych i groźnych rządowych programów politycznych. Poniżej przedstawiam dziesięć najbardziej niebezpiecznych mitów, a także pokazuję, co z nimi jest nie tak.
Murray Rothbard

 

Mit pierwszy: Przyczyną inflacji są deficyty; deficyty nie mają z inflacją nic wspólnego.
W ostatnich latach mieliśmy nieustannie do czynienia z deficytami federalnymi. Partia nie znajdująca się u władzy, jakakolwiek by była, zawsze obwiniała deficyty za ciągnącą się w nieskończoność inflację. Natomiast partia u władzy nieodmiennie odpowiadała, że deficyty nic wspólnego z inflacją nie mają. Obydwa przeciwstawne stanowiska to mity.
Deficyt oznacza, że rząd federalny wydaje więcej, niż pobiera w podatkach. Deficyt opłacany być może na dwa sposoby. Jeśli finansuje się go ze sprzedaży społeczeństwu obligacji skarbowych, wtedy nie kreuje on inflacji. Nie utworzono żadnego nowego pieniądza ? ludzie po prostu wycofują swoje oszczędności z kont, a skarb federalny te pieniądze wydaje. Własność pieniędzy zwyczajnie przeniesiono ze społeczeństwa na urząd skarbu federalnego, a następnie przeznaczono dla innych członków tego społeczeństwa.
Z drugiej strony deficyt może być spłacony poprzez sprzedaż obligacji systemowi bankowemu. Jeśli taki fakt zachodzi, banki kreują nowy pieniądz tworząc nowe depozyty bankowe i wykorzystując je do wykupu obligacji. Nowy pieniądz w formie depozytów bankowych jest wtedy wydatkowany przez federalny urząd skarbu, a tym samym trwale wpada w strumień wydatków gospodarki, zwiększając ceny i powodując inflację. W złożonym procesie rezerwa federalna umożliwia bankom kreację nowego pieniądza poprzez generację rezerw bankowych w wysokości jednej dziesiątej jego wielkości. Zatem jeśli banki mają kupić nowe obligacje warte nominalnie 100 miliardów dolarów w celu sfinansowania deficytu, Fed (rezerwa federalna ? J.L.) skupi stare obligacje w przybliżeniu nominalnie warte 10 miliardów dolarów. Zakup ten zwiększy rezerwy bankowe o 10 miliardów, pozwalając bankom na stworzenie, na zasadzie piramidy nowych depozytów bankowych, pieniądza o dziesięciokrotnie większej wielkości. W skrócie ? rząd i system bankowy kontrolują dzięki temu "druk" nowego pieniądza dla spłacenia deficytu federalnego.
Tym samym deficyty są inflacyjne, jeśli tylko finansuje się je z pomocą systemu bankowego; nie są inflacyjne, jeśli ich poręczycielem będzie społeczeństwo.
Niektórzy politycy wskazują na okres lat 1982-1983, gdy wzrost deficytów przyspieszał, natomiast inflacja słabła, jako na statystyczny "dowód" twierdzenia, zgodnie z którym deficyty i inflacja nie są ze sobą w żaden sposób powiązane. Nie jest to żaden dowód. Ogólne zmiany cen określane są przez dwa czynniki: podaż pieniądza oraz popyt nań. Podczas wspomnianego okresu Fed wytwarzał nowy pieniądz w bardzo szybkim tempie, ok. 15% rocznie. Znaczną jego część pochłonął ekspansywny deficyt. Jednak, z drugiej strony, poważna depresja tych dwóch lat wpłynęła na wzrost popytu na pieniądz (tj. zaniżyła potrzebę przeznaczania pieniędzy na dobra) w odpowiedzi na dotkliwe straty biznesowe. Ta tymczasowo rekompensująca wzrost podaży zwyżka popytu na pieniądz nie sprawia, że deficyty są choćby po części mniej inflacyjne. W istocie w czasie odbudowy gospodarki wydatki wzrastały, popyt na pieniądz spadał, a wydatkowanie nowego pieniądza przyspieszało inflację.

Mit drugi: Deficyty nie działają wykluczająco na prywatne inwestycje (czyli nie ma tzw. efektu wypychania).
W ostatnich latach dało się dostrzec zrozumiałą troskę o zbyt niską stopę oszczędności i inwestycji w Stanach Zjednoczonych. Jednym ze zmartwień jest przypuszczenie, że kolosalne rozmiary deficytów federalnych odciągną oszczędności w stronę bezproduktywnych wydatków rządów, wykluczając tym samym inwestycje produktywne, skutkując kumulującymi się kłopotami długoterminowymi w rozwoju czy nawet utrzymaniu standardów życia społeczeństwa.
Niektórzy twórcy programów politycznych próbowali odeprzeć ten zarzut przy użyciu statystyki. Między 1982 a 1983 rokiem, zgodnie z ich twierdzeniami, deficyty były wysokie, podczas gdy stopy procentowe spadały, co miałoby wskazywać, że deficyty nie wywierają na prywatne inwestycje szkodliwego wpływu.
Taka argumentacja po raz kolejny uwidacznia zgubny wpływ prób obalania logiki za pomocą statystyki. Stopy procentowe spadały ze względu na spadek skali zaciągania pożyczek przez przedsiębiorców w czasie recesji. "Urealnione" stopy procentowe (stopy procentowe minus stopa inflacji) pozostawały niespotykanie wysokie, ale częściowo ze względu na to, że większość z nas oczekuje powrotu inflacji, częściowo ze względu na efekt wypychania. Tak czy inaczej statystyka nie jest zdolna zaprzeczyć logice, a ta mówi nam, że jeśli oszczędności powędrują ku obligacjom rządowym, wtedy bezsprzecznie zmniejszą się możliwości przeznaczania oszczędności na inwestycje produktywne. Jeśli deficyty opłacane są z pieniędzy społeczeństwa, wtedy zmiana ostatecznego celu oszczędności jest ewidentna i jawna. Jeśli deficyty przy użyciu inflacji bankowej, wtedy zmiana ta jest utajona, a efekt wypychania oddziałuje poprzez nowy pieniądz, "wydrukowany" przez rząd walczący o zasoby rynkowe ze starym, oszczędzonym przez społeczeństwo pieniądzem.
Milton Friedman stara się zadać kłam twierdzeniom o istnieniu efektów wypychania spowodowanych deficytami, twierdząc, że wszelkie wydatki rządowe, nie jedynie deficyty, w równym stopniu dyskryminują prywatne oszczędności i inwestycje. Jest bez wątpienia faktem, że pieniądz wyssany przez podatki mógłby również stać się elementem prywatnych oszczędności oraz inwestycji. Jednak deficyty znacznie silniej wykluczają prywatne inwestycje niż całość sumy wydatków, jako że, gdy finansuje się je za pomocą pieniędzy społeczeństwa, w oczywisty sposób nałożone są na oszczędności i tylko oszczędności, podczas gdy podatki obciążają tak społeczne oszczędności jak konsumpcję.
Deficyty więc, z jakiejkolwiek by patrzeć perspektywy, są źródłem groźnych problemów gospodarczych. Gdy są opłacane poprzez system bankowy, stanowią powód inflacji. Nawet jednak spłacane pieniędzmi obywateli mają poważne konsekwencje, wykluczając z rynku prywatne przedsięwzięcia inwestycyjne, pochłaniając na rzecz niegospodarnych rządowych projektów oszczędności, które w innym przypadku mogłyby być przeznaczone na produktywne inicjatywy prywatne. Co więcej, im większe deficyty, tym większy trwały balast podatku dochodowego ciążący na amerykańskich obywatelach mających spłacać lawinowo narastające odsetki ? problem zaogniony wysokimi stopami procentowymi powstałymi przez inflacyjne deficyty.

Mit trzeci: Podwyżki podatków są remedium na deficyty.
Słusznie zmartwieni deficytem czasem nieszczęśliwie opowiadają się za rozwiązaniem, które jest nie do przyjęcia: zwiększeniem podatków. Leczenie deficytów przez wzrost podatków jest jak leczenie zapalenia oskrzeli za pomocą krzesła elektrycznego. "Lekarstwo" jest o wiele gorsze niż choroba.
Po pierwsze, jak wskazywało już wielu krytyków, wzrost opodatkowania przynosi po prostu rządowi więcej pieniędzy, politycy i biurokraci mają więc skłonność do dalszego zwiększania wydatków. Słynne "prawo" Parkinsona głosi, że wydatki rosną, równając do przychodów. Jeśli rząd zechce mieć dwudziestoprocentowy deficyt, poradzi sobie z wyższymi przychodami, podnosząc skalę wydatków dla zachowania stałej proporcji deficytu.
Nawet jednak pomijając ów zręczny osąd psychologii polityki, dlaczego mielibyśmy wierzyć, że podatek jest lepszy od wyższej ceny? Fakt, że inflacja jest formą podatku, za pomocą którego rząd i inni wcześni adresaci strumienia nowego pieniądza mogą wywłaszczyć członków społeczeństwa, których dochód wzrośnie inflacyjnie dopiero po czasie. Lecz w warunkach inflacji ludzie nadal zbierają część plonów wymiany. Jeśli cena chleba wzrośnie do dziesięciu dolarów za bochenek, nie jest to przyjemne, lecz przynajmniej nadal można ów chleb zjeść. Jeśli jednak wzrosną podatki, twoje pieniądze są zabierane i przekazywane politykom oraz biurokratom, nie dając możliwości skorzystania z usługi bądź dobra. Jedyny efekt takiego działania to zabór mienia producentów na rzecz biurokracji, co czyni wywołaną już szkodę jeszcze dotkliwszą, jako że jest to wykorzystanie raz skonfiskowanych pieniędzy dla dodatkowego pomiatania społeczeństwem.
Zatem stanowcze "nie": jedynym rzetelnym remedium na deficyty jest to, co najprostsze, a jednocześnie tak często pomijane milczeniem, czyli cięcia budżetowe. Gdzie i jak? Zawsze i wszędzie.
(?)
Przełożył: Jan Lewiński
Wyświetlony 5338 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.