czwartek, 30 wrzesień 2010 09:41

Jarmark ludzkich szaleństw i przywar

Napisane przez

Czterdzieści lat zajęło mi osiągnięcie tego celu, ale marzenie zostało ostatecznie spełnione. Mam w końcu na ścianie obraz, w który wpatruję się codziennie po kilka razy, niczym inni w domowe zwierciadło.

Jest to jeden z tych zagadkowych i fascynujących rebusów, jakie na temat ludzkiej natury pozostawili nam genialni artyści epok poprzednich. Rzecz nazywa się "Przyslowia niderlandzkie", a jego autorem jest słynny Peter Breugel Starszy, malarz flamandzki późnego średniowiecza i wczesnego renesansu. Niezwykle dramatycznej epoki przejściowej dziejów w Europie, o której Johan Huizinga napisał wspaniały traktat "Jesień średniowiecza".
Książka ta, czytana u progu moich studiów, zrobiła na mnie ogromne wrażenie, poprzewracała bowiem wszystkie dotychczasowe wyobrażenia i pojęcia o przeszłości. Holenderski historyk kultury postawił tam tezę, że ludzka natura, pełna sprzecznych dążeń, nawet ściskana gorsetem nakazów i zakazów, zawsze stara się przelać poza te ograniczenia, aby jak najpełniej korzystać z życia. Przestańmy zatem współczuć ofiarom "mroków średniowiecza", bo, być może, miały one w sumie z życia więcej niż my!
Mądrość autora "Jesieni średniowiecza" wiedzie do przeorania naszych stereotypów na temat kultury, ludzi i społeczeństw przed nami. Huizinga twierdził, że w średniowieczu, a więc w czasach, kiedy straszono piekłem i wiecznym potępieniem, a hieratyczna struktura feudalnego społeczeństwa trzymała każdego na łańcuchu swojego pochodzenia, ograniczając pole awansu i manewru, życie nie było wcale godne ubolewania. Gdy świat był młodszy o pół tysiąclecia, zewnętrzne formy wszystkich przypadków ludzkiego życia rysowały się o wiele ostrzej niż dzisiaj ? twierdzil Johan Huizinga. Dystans pomiędzy cierpieniem i radością, między nieszczęściem i szczęściem wydawał się wówczas o wiele większy; wszystkie przeżycia miały wtedy ten stopień żywiołowości i wyłączności, jaki dziś radość i cierpienie osiągają jeszcze tylko w umyśle dziecka. Wielkie wydarzenia: urodziny, małżeństwo, śmierć ? opromieniał dzięki sakramentowi ? blask boskiej tajemnicy. Ale również i drobniejszym sprawom, takim jak podróż, praca, odwiedziny, towarzyszyły tysiące błogosławieństw, ceremonii, przysłów i form towarzyskich. I tu sypią się zdumiewające opowieści i przykłady, po które zainteresowanych odsyłam do tej przepięknej książki.
Jeśli zatem myślimy o wcześniejszych epokach ludzkości przed nami, nie ma potrzeby im współczuć, raczej już można im swoiście wielu rzeczy pozazdrościć. Postęp ludzkości nie przebiegał bowiem wcale tak, jak mnie wówczas w szkole uczono. "Postęp" raczej stawał się dość dwuznaczny i względny, co wiem teraz, im bliżej naszych czasów. Słuchając choćby w młodości moich rodziców, pogłębiało się we mnie uczucie, że dziś tracimy zbyt dużo z miłych zwyczajów i sytuacji, jakie były dość powszechne jeszcze w latach ich młodości. Oglądając "Kabaret Starszych Panów", w którym dziwnym trafem przeszmuglowali się do PRL-owskiej telewizji przedwojenni artystokraci w sztuczkowych spodniach i w cylindrach, przynosząc wyjątkowy powiew innej delikatności uczuć i poezji życia, wzdychałem, i to nie jako jedyny: "I komu, panie, to przeszkadzało!".
Wróćmy jednak do Petera Bruegla i jego "Niderlandzkich przysłów". Otóż zobaczyłem je po raz pierwszy w pełnej krasie na okazałej reprodukcji w domu mojego promotora, profesora polonistyki warszawskiej, który słynął z niewiarygodnej pamięci strof poetyckich z różnych czasów i przy każdej rozmowie, zajęciach i wykładach, sypał nimi niczym bujnym kwieciem. Miał za sobą kawał życia, w tym okupację niemiecką za drutami obozu koncentracyjnego. Po takim doświadczeniu inaczej patrzy się potem na nową, odzyskaną wolność i szanse życia. Nie zdziwiło mnie zatem, dlaczego spośród tylu epok i płócien, mój mentor wybrał właśnie Bruegla. Kiedy patrzyłem na ten zdumiewający obraz, kłębowisko ludzkich postaci uwikłanych w karnawał szaleństwa uprawianych zabobonów i przywar, głupoty i fanatyzmu, uchwyciłem też od razu wisielczy, rubaszny humor malarza, który raczej mrugał znacząco jednym okiem, bawił się słabością ludzkiej natury, niż ją krytykował, moralizował czy potępiał. Był to absolutnie fenomenalny atlas dewiacji, jakim podlegać może ludzka natura, oczywiście jawiąca się w strojach i kostiumach tamtej epoki, sprzed prawie pięciu wieków, a jednak wciąż dająca się zaaplikować i nieźle przystająca do naszych czasów, cudownie współcześnie surrealistyczna przez bystrość oka, wyobraźnię i narracyjną swadę wspaniałego malarza.
Pokochałem ten obraz od pierwszego spojrzenia, tak jak stałem się od razu fanatycznym tropicielem śladów i dokonań flamandzkiego malarza. Upłynęło jednak sporo wody, zanim stanąłem wreszcie "twarzą w twarz" z oryginałami Breugla w Londynie i w Monachium, przede wszystkim jednak w wiedeńskiej galerii Kunsthistorisches Museum, gdzie można dostać obłędu, widząc na raz tyle wspaniałości, bo są tam i "Dziecięce zabawy", "Walka karnawału z postem", i "Strzelcy na śniegu" czy jego "Wiejskie wesele". Moje dawne warszawskie mieszkanie zdobiły odtąd głównie duże reprodukcje arcydzieł Breugla, i kiedy po latach znalazłem się w Ameryce, najbardziej ze wszystkiego, co pozostawić musiałem w kraju, żałowałem ich właśnie... Marzenie o "Przysłowiach niderlandzkich" na własnej ścianie domu jednak trwało. Z wielką radością odkryłem też, że nie jestem w tej pasji odosobniony. Henryk Skwarczyński pisał o "Krainie szczęśliwości" Breugela dokładnie tak, jak czułem to w Polsce, odkrywszy to zastanawiające studium męskich marzeń zamknięte w obrazie leniuchujących po posiłku, rozwalonych pokotem pod stołem, flamandzkich "królów życia". Rzecz w tym, że oryginał "Przysłów" znajdował się w berlińskim Staatlische Museum w Dahlem, a tam jakoś nigdy nie było mi po drodze…
Ubiegłoroczne święta pozostaną na zawsze w mojej dobrej pamięci, bo właśnie wtedy, prawie "pod choinkę", nadeszła z Berlina cylindryczna tuba, wysłana mi przez uczynną współpracowniczkę "Opcji na Prawo", którą tam z mężem rzucił zawodowy los, przesyłka zawierająca wymarzone "Przysłowia niderlandzkie". Obrazy Breugla są spore, ten stanowi prawie kwadrat, 117 cm na 163 cm, i zaludniony jest gęsto przez prawie dwieście postaci uosabiających aż 120 słynnych przykładów tradycyjnej "ludowej mądrości" Niderlandów. Jak każdy opasły słownik bądź leksykon, tak i ten obraz czytać można od a do zet lub na wyrywki. Tłem jest metaforyczny pejzaż flamadzkiej prowincji, z drogą prowadzącą po przekątnej, ku rzece i otwartemu morzu. Podróż tak długo nie będzie skończona ? czytam w komentarzu ? aż nie będzie widać kościoła i jego wieży. Tu ich nie ma!
Wieś z charakterystyczną gospodą, na której dachu suszą się (stygną?) placki przypominające kształtem dzisiejszą pizzę (symbol "krainy mlekiem i miodem płynącej"?), a przez okno poddasza widać wyraźnie figlującą radośnie parę (która wystawiła na zewnątrz miotłę, znak niechybny, że podniety, jakich zażywają, nie są bynajmniej, małżeńskie!) wypełniona jest kolorowym, wibrującym tłumem, jak podczas świątecznego jarmarku.

(?)
Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 9428 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.