piątek, 12 listopad 2010 15:13

Świadek solidarności i prorok terroru (cz.1)

Napisane przez

Wieżowiec. Ostatnie piętro. Narrator celujący z pistoletu do swojej drugiej osobowości - Tylera Durdena, zostaje przez niego wyśmiany: "W jaki sposób chcesz zabić wymyślonego kumpla?". Bohater waha się, po czym podnosi broń do własnej głowy; pudłuje, przestrzeliwuje sobie tylko żuchwę, lecz jego alter ego znika. W ostatnich kadrach Narrator (ledwo trzymający się na nogach) stoi przy wielkim oknie i widzi, do czego doprowadziło jego szaleństwo. Oto wznoszące się w centrum miasta wieżowce, symbole potęgi gospodarczej i amerykańskiego dobrobytu zostają, jeden po drugim, wysadzone w powietrze.

Tak przedstawia się scena finałowa filmu Davida Finchera Fight Club. Nakręcony dwa lata przed tragedią 11 września, pokazuje to, co jeszcze wtedy prawie nikomu się nie śniło ? mianowicie nadejście nowej ery terroryzmu.

Proroctwo 11 września
Narrator filmu, którego imienia nie znamy, podobnie jak nazwy miasta, w którym wszystko się zaczyna, jest dobrze zarabiającym, przeciętnym Amerykaninem. Ma wszystko: dobrze płatną pracę, w której odnosi sukcesy; rysujące się możliwości awansu; piękne mieszkanie. Dręczy go tylko uczucie niespełnienia i spowodowana tym bezsenność. Poznany przypadkowo człowiek, Tyler Durden, który jest jego zupełnym przeciwieństwem, zmienia jego życie. Ten wściekły anarchista i Narrator, podczas przypadkowej bójki w barze, odkrywają oczyszczającą moc bezinteresownej walki. Zaczynają skupiać wokół siebie ludzi, którzy nie mniej sfrustrowani, chcą zapomnieć o codzienności. Tak powstaje tytułowy "Fight Club" ? nielegalny klub walki: tu w każdą sobotę walczy się na gołe pięści, dla czystej przyjemności; tu może przyjść każdy, od urzędnika bankowego, po pracownika stacji benzynowej ? nie ma podziałów. Walki pozwalają rozładować tłumione emocje, oczyszczają, a klub daje poczucie przynależności do wspólnoty. To ratunek przed samotnością i bezsilnością w ponowoczesnym świecie. Idea oczyszczenia okazuje się jednak niewystarczająca. Zaczynają werbować ludzi i tworzyć własną grupę paramilitarną. Durden jeździ po całych Stanach, od miasta do miasta, zakładając wszędzie filie organizacji, tak, że fala przemocy ogarnia w krótkim czasie cały kraj. Zorganizowana banda dokonuje aktów terroryzmu, których usprawiedliwieniem ma być korporacyjna Ameryka, ponosząca pełną odpowiedzialność za szaleństwo bohaterów.
Ten obraz jest jak proroczy sen. Reżyserowi udało się nie tylko pokazać w wiarygodny sposób narodziny terroryzmu, ale wyprowadził go z ramion demokracji liberalnej. Próbuje nas przekonać, że bezimienność bohatera i miasta to nie przypadek, ale dramatyczna diagnoza superprzemysłowego społeczeństwa; to upadek amerykańskiego mitu. Skoro zło może się narodzić w dowolnym miejscu i przypadkowej osobie, nasza szansa na skuteczną obronę jest niewielka. Porównanie Nowego Jorku do bezimiennego miasta, może jest przesadą, tak samo jak nazywanie ataku 11 września, jednym z najważniejszych wydarzeń nowego stulecia. Prawdopodobnie stanie się ono jeszcze motorem wielu dramatycznych decyzji.
Czy spełnił się najgorszy sen Ameryki? Z pewnością nie ? i bardzo dobrze. Co prawda atak w samym sercu Stanów Zjednoczonych wzbudził wiele emocji, lecz tragedia ta nie zraniła kraju. Czy w kontekście innych, większych tragedii, trzy i pół tysiąca ofiar, to dużo czy mało? Na to pytanie nie ma odpowiedzi. To dużo i mało jednocześnie. Ale to przede wszystkim pamięć każdego nowojorczyka. Wspomnienie ludzi wyskakujących z okien i huk ich ciał uderzających o ziemię, bezsilność ratowników i strach przechodniów, a także nadzieja, że ktoś pod gruzami przeżył. Nadzieja, która zawiodła.
Można dziś powiedzieć, że atak na World Trade Center, nie był wielką tragedią Narodu Amerykańskiego, lecz ogromną tragedią pojedynczych ludzi, którzy stracili swoich bliskich: dramatem jednostek. Może się nasunąć tutaj porównanie z Powstaniem Warszawskim, w którym zginęło około 300 tysięcy ludzi, a byli to najlepsi, najbardziej wartościowi ludzie w Polsce. I to była ogromna tragedia Narodu Polskiego, którą po dziś dzień odczuwamy. Z tym że wtedy była wojna. I chociaż wielokrotnie więcej osób, niż zginęło na Manhattanie, ginie rocznie w wypadkach samochodowych w USA, to należy nieustannie krzyczeć o tym, że w WTC podniesiono rękę na niewinnych, przypadkowych ludzi. Nie można terrorystom wybaczyć ani też przyjąć, że prawda leży pośrodku.

Duch solidarności
Panuje, niestety, w Polsce i całej Europie, pewna moda na antyamerykańskość ? jest na to milczące przyzwolenie. Przyzwolenie, by problemy świata i związane z nimi nasze frustracje zwalać na Amerykę. Jest to stan patologiczny: nienawiść do kraju, który jednocześnie wciąż przedstawiany jest jako symbol demokracji, symbol wolności jednostki. Tymczasem chodzi o to, by podtrzymywać ducha solidarności. Ducha, który narodził się w obliczu nowego zagrożenia, którego żadne państwo samotnie nie pokona. Wyrazem tego jest m.in. fakt, że media amerykańskie przez te dwa lata powstrzymywały się przed analizowaniem tamtych wydarzeń, m.in.: technicznych wpadek, braku łączności między policją, strażą pożarną i wojskiem, chaos i brak koordynacji między ekipami ratowniczymi w pierwszych dniach po ataku, błędy konstrukcyjne dwóch wież itp., itd. Słowem, 11 września stał się tabu w świecie mediów w USA, gdzie normalnie nic nie podlega ochronie. Pamiętajmy jednak, że takie rozliczenie mogłoby pozbawić to wydarzenie symbolicznego wymiaru, wydrzeć go z przestrzeni sacrum. Utracone zostałoby poparcie dla wielu politycznych i społecznych decyzji, a także wystąpień religijnych.
Fakt, że mamy do czynienia z fundamentalizmem religijnym, spowodował wzrost liczby agresywnych wystą-pień przeciwko muzułmanom w USA, głównie jednak w wielu krajach demokratycznej Europy, choć wielu z nich również zginęło w wyniku ataku. Amerykanie to naród składający się z imigrantów. W WTC przebywali ludzie z 83 krajów, nie był to więc atak wyłącznie na Amerykę, lecz na większą część świata. Tymczasem terroryści nie mają własnego kraju, a jedynie ideał: nienawiść.
Wraz z 11 września 2001 roku weszliśmy w nową fazę terroryzmu. Atak organizacji Osamy ben Ladena, Al Quidy, stał się jej wyznacznikiem i jest pewne, że będzie ona już z nim kojarzona. Mamy tu bowiem do czynienia z zupełnie nową formą aktywności terrorystycznej ? wysoce zorganizowaną grupą przestępczą, działającą ponad granicami, korzystającą ze wszystkich zdobyczy współczesnej cywilizacji, mającą doskonale wykształconych ludzi na najlepszych uczelniach świata, gotowymi w każdej chwili na śmierć, w imię szaleństwa. Bez międzynarodowej solidarności, pewnego rodzaju wirtualnej wspólnoty, szansa na utrzymanie ładu społecznego może być niewielka. W obliczu zagrożenia bronią biologiczną, którą można tanio, w krótkim czasie i w dużych ilościach wyprodukować, nie ma miejsca na dyskusję. Wąglik to broń idealna. Jest przenośna, łatwiej ją uzyskać niż broń jądrową, a jednocześnie trudniej wykryć. Nie można czuć się bezpiecznie, myśląc o nadzorze nad bronią biologiczną w Rosji i krajach byłego Związku Radzieckiego. Trudny może być do wytropienia zestaw urządzeń do produkcji broni biologicznej, o czym przekonał się zespół inspektorów rozbrojeniowych ONZ w Iraku, po wojnie w Zatoce Perskiej, jak i obecnie.

(...)

Mateusz Braun
Wyświetlony 5491 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.