poniedziałek, 20 grudzień 2010 22:58

Następny cud gospodarczy? - Kazachstan

Napisane przez

Niełatwo się tam dostać. Mimo zaproszenia od znajomych czekałem prawie miesiąc na jego potwierdzenie. Później wyjazd do Warszawy do konsulatu, kolejka, szczegółowy kwestionariusz, zdjęcie, ksero paszportu, bieg do banku - 100 dol. plus 30 dol. za ekspres, tj. wklejenie wizy od ręki i można jednorazowo odwiedzić Kazachstan. Wiza wielorazowa kosztuje 400 dol., ale przy bardzo sympatycznej obsłudze opłaty jakby mniej bolą. Teraz już tylko bilety. Warszawa-Moskwa-Ałmata, cena w obie strony - 2700 zł.

Czerwiec, tam klimat kontynentalny, wysokie temperatury. Dzwonię do znajomych.

? Weź dużo bawełnianych koszulek, garnitur, parę koszul i jakieś ciuchy na polowanie i połów ryb.
Spakowałem jak zwykle za dużo, ale nauczony doświadczeniem wolę dźwigać walizki, niż potem się męczyć z braku odpowiedniego ekwipunku. Jak zwykle, rzeczy rozkładam do dwóch walizek, w razie utraty jednej druga ratuje mnie zawsze z opresji.
Nigdy tam nie byłem, a wyobrażenie o tym kraju mam na poziomie przeciętnego Polaka. Przed wyjazdem znajomi mi mówili: ? Dokąd jedziesz, tam dziki kraj, niebezpiecznie...
Czemu więc tam właśnie odbywają się spotkania przedstawicieli najbardziej rozwiniętych państw świata?
Wylot z Warszawy, Boeing 737, lot łączony Aeroflot-LOT, dwie godziny szybko mijają. Szeremietiewo, trzeba zmienić terminal, bagaż nie odprawiony. Do kontroli paszportowej czeka tłum. Mogę nie zdążyć na następny lot. Zmieniam piętro, udaję zagubionego, podchodzę do obsługi i mówię po angielsku. Efekt natychmiastowy, nie muszę się odprawiać, bagaż odbiera obsługa, a mnie przez lotnisko przewozi podstawiony samochód. Na właściwym już terminalu przynoszą mi bilet z kartą pokładową i podprowadzają pod właściwą bramkę. Już tylko niespełna pięć godzin i jestem w Almacie.
Ałmata. Piękne lato, słońce. Pierwsze, co wzbudza zachwyt, to ośnieżone szczyty gór. Dworzec lotniczy podobny do Okęcia z lat siedemdziesiątych, ale obok w zaawansowanej budowie nowy ? nowoczesny, w kształcie rogów bawoła. Odbiór bagażu (nic nie zginęło), zawiła deklaracja celna (nie wolno jej zgubić i należy oddać przy wylocie), odprawa.
Płacę pierwszy podatek. Znajomi nazywają go ekologicznym. Dziesięć dolarów za nieutrudnianie życia i nie otwieranie walizek.
Wychodzę z lotniska. Wita mnie rzesza ludzi chętnych do pomocy. Na widok moich przyjaciół odchodzą. Krótkie powitanie i jadę do hotelu. Spoglądam na ulice, domy, zieleń, w której dosłownie tonie miasto.
Jest przepięknie, czysto. Przecieram oczy. Przyjechałem z zaścianka! Rodacy, nie patrzcie z pogardą na skośnookich przybyszów ze wschodu, to już nie dzicz. Granica dziczy przesunęła się, niestety, do Europy.
Ląduję w hotelu. Hotel Kazachstan. Kiedyś najbardziej reprezentacyjny i dzisiaj trzyma klasę. Na froncie flagi wszystkich państw, w tym i Polski. Wnętrze w marmurach i zieleni, obok kasyno. Melduję się, biorę klucze. Cena za dobę ? 60 dol. Jadę na osiemnaste z dwudziestu sześciu pięter.
Prysznic i spać. Ałmata zaczyna wydawać z siebie poranny pomruk. Jest siódma rano. Miasto budzi się ze snu.
Dwie godziny snu i pobudka. Idę na śniadanie. Restauracja w kształcie okręgu na dwudziestym szóstym piętrze. Panorama miasta imponująca.
Szwedzki stół ? poezja. Od typowego śniadania europejskiego do gorących dań: ryby, mięsa, kasze, ryż w kilku odmianach, makarony i owoce. Pieczywo i ciasta bez żadnych ulepszaczy. Mógłbym mieszkać na stałe na tym piętrze.
Już są moi opiekunowie, nie dają mi wiele czasu na przebranie. Wskakuję w garnitur i odjazd. Duży ruch na ulicach, przeważnie sześciopasmowych. Dużo przestrzeni. Piesi bez żadnych praw. Nawet na światłach nie są bezpieczni. Może przesadna dbałość o zieleń spowodowała, że gałęzie drzew zasłaniają semafory. Auta..., szkoda gadać, wielu modeli próżno szukać na polskich drogach. Terenowy lexus to żadna sensacja. Najdroższe marki świata mieszają się z ładami i żigulami. Ogólnie wartość średnia przejeżdżających pojazdów bardzo wysoka.
Oglądam zabudowę. Wszędzie remonty i budowy. Co chwila nowa budowa. Nowoczesna architektura. Większość parterów adaptowana na restauracje, sklepy i biura. Skala inwestycji niewyobrażalna. Przypomina to kraj odbudowujący się po wojnie, lecz według świetnego pomysłu i planu.
Dojeżdżamy do gór. Powietrze staje się bardziej rześkie. Nagle szlaban i człowiek w mundurze. Auto staje. Krótka rozmowa, jedziemy dalej. Czyżby państwo policyjne? Okazało się, że wjechaliśmy na podgórski teren, gdzie prywatni inwestorzy wybudowali około dwieście pięćdziesiąt restauracji. Latem gdy jest gorąco, tysiące ludzi przyjeżdżają tu, aby odpocząć w niższych temperaturach. Do dyspozycji mają także baseny i wszelkie urządzenia służące rekreacji. Kim był mężczyzna w uniformie? Po prostu od szlabanu do kompleksu jedzie się jeszcze parę kilometrów i w tym czasie powiadamia on konkretną restaurację o przyjeździe gości lub potwierdza rezerwację. Nie ma niespodzianki, rzeczywiście czeka na nas rząd kelnerów w strojach ludowych. Dla nas przygotowano przyjęcie w dużej jurcie. Egzotyka, wybór dań, kultura obsługi ? imponujące. Moi opiekunowie nakładają mi na talerz różne smakołyki i pilnują, aby mi niczego nie zabrakło. Punkt kulminacyjny: kelnerzy przynoszą na tacy głowę barana. Z pewnością zjedliśmy jego dużą część. Jest upieczona. Umiejętność właściwego podzielenia jej i nakładania kawałków we właściwej kolejności może jeszcze bardziej skonsolidować przyjaźń, jak również zerwać kontakty. Kazachowie są narodem bardzo dbającym o tradycję i, jak zauważyłem, lekko przesądnym.
Chce mi się spać. Dźwięk telefonu komórkowego przerywa miłą ciszę. Jedziemy na ważne spotkanie. Dla mnie najważniejsze. Od niego bowiem zależy, czy uda mi się coś zwojować w Ałmacie, czy nie. Jedziemy bardzo szybko. Kierowca łamie wszystkie przepisy. Raczej nie widać po nim, aby się czegoś bał.
Samo centrum. W małym parku komunistyczny monumentalny budynek. Wprowadza nas młody człowiek, który wcześniej w czasie posiłku próbował mnie przeszkolić w sposobie rozmowy z naszymi rozmówcami. Biura urządzone bogato i ze smakiem. Podobizny prezydenta, premiera i ich współpracowników. Jedna z tych osób ma być moim rozmówcą i siedzi przy stole konferencyjnym na głównym miejscu. Wymieniamy się wizytówkami. Rozmowę ze mną prowadzi jednak młody człowiek. Może około trzydziestki. Rozmowa w języku rosyjskim nie bardzo się nam klei. Przechodzimy płynnie na angielski. Przede mną siedzi nie byle przeciwnik. Niebywałe wykształcenie i bardzo duże doświadczenie (jak na ten wiek) i intuicja. Czasami nie zdążę zapytać, a już otrzymuję odpowiedź lub informację. Później dowiaduję się, że trzęsą przed nim portkami prezesi największych koncernów. Prezencja i zachowanie bez zarzutu. U nas taki nie miałby szans. Za dobry. Temat mojego biznesu powoli pada. Licencja niemiłosiernie droga. Szybkość zwrotu kapitału niewielka. Nie ma tematu! Twarz z fotografii bierze dokumenty i wychodzi. Młody zmienia ton na lżejszy i też szykuje się do wyjścia. Od niechcenia rzuca, jak to załatwia inwestycje (w branży, którą prezentuję) w stu procentach finansowane z innych krajów i jeszcze jego kraj otrzymuje procenty. Podaje mi przykład. Krew mnie zalewa. Tłumaczę mu dobrodziejstwa takich prezentów. Myśmy to w Polsce też przeżyli. Parę milionów w prezencie dla kraju, miliardy zysku i inwestor znika. Mój wybuch spowodował, że mój rozmówca położył teczkę na stole, zainteresował się tym, co mówię. Akurat w tej konkretnej sprawie nie orientował się, jaką kopalnię złota oddać chcą za czapkę śliwek. Po mojej burzliwej wypowiedzi, a było mi już wszystko jedno, powiedział mi krótko: wy, Polacy macie podobną mentalność, jak my, nie lubicie oddawać obcym. Zdziwił się, ponieważ była możliwość, że przy tej inwestycji zarobić mogła i moja firma, a mnie na sercu leżał bardziej ich interes. A co do obcych, to my Polacy rzeczywiście nie lubimy dzielić się z obcymi poza pewnymi wyjątkami, są tacy którzy w naszym imieniu oddadzą im wszystko, byle spaw na stołku i konto były nienaruszalne. Rozmawialiśmy też chwilę o Rosji. Pokazywałem efekty wprowadzenia podatku liniowego. Mój rozmówca powiedział z dumą, że twórcą jego był ich przodek Dżingiz Chan, a oni też chcą go wprowadzić, lecz w wymiarze dziesięciu procent, ponieważ chcą się szybciej rozwijać. Finał rozmowy był pozytywny. Zostałem zaproszony na obiad, a stwierdzenie, że nasze świeże doświadczenia mogą im być pomocne, było budujące.
Samodzielność Kazachstanu trwa od niedawna i według mojej oceny ich szczęście polega na tym, że starsi ludzie znają się w zasadzie na polowaniach i hodowli baranów, więc do udziału we władzy dopuszczono młodych, bardzo wykształconych i odpowiedzialnych ludzi, którzy szukają wzorów właściwych do naśladowania. Im nie zależy na przypodobaniu się komukolwiek. Liczy się efekt. Z Kazachstanu pogoniono wiele koncernów, których dewizą jest piosenka ?..grali sobie równo...?, tam nie przeszłaby zagrywka typu Elwro czy kabel w rurze. Im się marzy drugi Hong-Kong. Przykładem na to jest projekt stworzenia w okręgu Atrału (wydobycie ropy) wolnej strefy ekonomicznej. Na przyszły rok na rozwój tej strefy przeznaczono półtora miliarda dolarów. U nas, niestety, zamiast uwalniać ? wymyśla się coraz to nowe przeszkody.
 
Rafał Nowacki
Wyświetlony 5984 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.