wtorek, 21 grudzień 2010 15:52

Polityka regionalna czy polityka regionów?

Napisane przez

Od 1980 roku słowo "region" zaczęło się Polakom kojarzyć z antykomunizmem - wszak na Regiony podzieliła Polskę "Solidarność", by odróżnić się od nadużywanego przez nomenklaturę partyjną (tej jedynie słusznej partii) pojęcia "wojewódzkości".

Czasem jeszcze ktoś półgębkiem wspomniał o ekonomicznym podziale Polski na makroregiony - i to było mniej więcej na tyle - jak powiada Genialny Klasyk Mniemanologii. Po 1989 roku o regionach zaczęto przebąkiwać coraz głośniej w miarę przybliżania się realnej wizji przystąpienia Polski do Wspólnoty Europejskiej: od 1995 roku działał Podkomitet Polityki Regionalnej i Rozwoju Obszarów Wiejskich (przekształcany kilkakrotnie nazewniczo i funkcyjnie) przy Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów, nie miał on jednak żadnych uprawnień poza opiniodawczymi.
W tym samym roku powstał Zespół Zadaniowy ds. Rozwoju Regionalnego w Polsce ("Task Force") jako wspólna inicjatywa Rządu RP (a czy pamiętamy kto w 1995 roku pełnił funkcje rządowe, he he?) i Komisji Europejskiej. To kosmopolityczne ciało przedstawiło raport ("Zarys strategii rozwoju regionalnego w Polsce") zawierający rekomendacje i zalecenia (czytaj: dyrektywy) dla Rządu RP, sprowadzające się do maksymalnej decentralizacji państwa. W zasadzie jest to temat tabu, choć nie można powiedzieć, że nieznany - oto w wydanym w 1999 roku "Almanachu wiedzy powszechnej" czytamy ze zdziwieniem, iż powszechnie pojmuje się samorząd terytorialny jako instytucję decentralizacji państwa. I o to chodzi - "Słownik rozwoju regionalnego" (podtytuł "publikacja sfinansowana ze środków Unii Europejskiej") podaje, iż region to podporządkowana bezpośrednio szczeblowi centralnemu jednostka terytorialna posiadająca reprezentację polityczną pochodzącą z wyborów, wspólnotę interesów gospodarczych i więź społeczną opartą na poczuciu wspólnej tożsamości. W zasadzie nic dodać, nic ująć - autorzy (pochodzący nomen omen ze środowisk kierowniczych Polskiej Agencji Rozwoju Regionalnego) zapomnieli jedynie dodać, iż w warunkach politycznych panujących obecnie w RP regiony charakteryzują się silną tendencją odśrodkową i dążeniami decentralizacji państwa, co mnie - jako w swoim przekonaniu typowemu konserwatyście, dla którego państwo jest jednym z symboli prawicowego porządku świata - oczywiście się nie podoba. Niekiedy dążenia te przeradzają się w niebezpieczną (a może groteskową?) formę: byłem niedawno na konferencji poświęconej polityce regionalnej odbywającej się oczywiście w warszawskim hotelu "Mariott" z udziałem większości biorących udział w rankingach popularności polityków i zaproszonych europejskich oficjeli. W przerwie między bogato zaopatrzonym bufetem (czyli w czasie obrad) reprezentant jednego z "wiodących" (jak to się w dawnej socnowomowie mówiło) regionów gospodarczych Polski, polityk o znanym nazwisku, ubolewał nad faktem, że regiony nie mogą prowadzić własnej polityki międzynarodowej, ponieważ reprezentowany przez niego region nawiązałby pełniejszą niż dotychczas współpracę z analogicznymi regionami niemieckimi (tak! nie europejskimi, lecz właśnie niemieckimi!). Ponieważ i tak od 1985 roku istnieje organizacja nosząca miano "Zgromadzenie Regionów Europy", do której bez większego rozgłosu przystąpiły niektóre części naszego Państwa (!) rodzi się pytanie: od jakiego momentu kończy się decentralizacja, a zaczyna demontaż? Europa ojczyzn (narodów) czy Europa, w której wartości narodowe zatracają się na rzecz geograficznie pojmowanych Euroregionów?
Senator I kadencji, późniejszy wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji Jerzy Stępień tak kilka lat temu w wywiadzie udzielonym (późniejszemu) posłowi Janowi Marii Jackowskiemu charakteryzował wizję państwa zawartą w senackim projekcie konstytucji: Państwo powinno być służebne w stosunku do obywateli, ale musi być także gwarantem praw jednostki, praw rodziny, możliwości obywateli do zrzeszania się (...) Jestem za państwem silnym gwarantującym prawa obywateli, jednak zdecydowanie wkraczającym tam, gdzie wolność jest nadużywana. W teorii taki pogląd popierają wszystkie polskie partie przyznające się do korzeni prawicowych - od Unii Polityki Realnej do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego (które w "Programie" ma wręcz umieszczony zapis o silnej władzy wykonawczej). Tymczasem ma się to nijak do wypowiedzi prawicowych polityków reprezentujących nie tyle swoje regiony, co sejmowe "lobby samorządowe" i mających wręcz bałwochwalczy stosunek do idei samorządności terytorialnej. Należy pamiętać, iż kilkadziesiąt tysięcy (niektórzy mówią nawet, że powyżej stu tysięcy!) radnych samorządowych wszelkich szczebli utrzymywanych za nasze - podatników - pieniądze, stanowi niemałą grupę społeczną, połączoną wspólnymi interesami niezależnie od koloru opcji politycznej - widać to choćby na przykładzie walk o ustrój Warszawy.
Im większa decentralizacja, tym większe uprawnienia samorządów terytorialnych poszczególnych regionów, większy etatyzm i - delikatnie mówiąc - większa możliwość zawirowań wszelkiego rodzaju zasobów finansowych od pieniędzy budżetowych po środki pomocowe. A czy rzeczywiście chodzi o zakonserwowanie takiego stanu?
Do tej pory nie było rządowej jednostki odpowiedzialnej za politykę regionalną: wszelkie Komitety miały wyłącznie uprawnienia doradcze, a prerogatywy były porozrzucane po poszczególnych ministerstwach: gospodarki, skarbu, pracy, spraw wewnętrznych i administracji, Komitecie Integracji Europejskiej, Rządowym Centrum Studiów Strategicznych oraz - last but not least - Kancelarii Premiera. Brak gospodarza powoduje czasem niekontrolowany przepływ środków finansowych - a mówimy tu choćby o milionach ECU przeznaczanych przez Unię Europejską corocznie jako środki pomocowe na rozwój regionalny. Dlatego też z zadowoleniem należy powitać inicjatywę powołania Ministerstwa Polityki Regionalnej, które być może (oczywiście po otrzymaniu odpowiednich prerogatyw, których jak słychać wciąż jeszcze brakuje) skoordynuje to, co często dzieje się "na żywioł" i RP dochowa się wreszcie polityki regionalnej z prawdziwego zdarzenia, choćby na wzór (naprawdę dobry!) Irlandii.
Grzegorz Jan Grabski
Wyświetlony 18009 razy
Więcej w tej kategorii: « To nie tak miało być! Ideolo »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.