sobota, 13 luty 2010 21:15

Edukacja, egalitaryzm i strata czasu

Napisał
Parę miesięcy temu na łamach prasy toczyła się dyskusja na temat kondycji polskiego szkolnictwa wyższego. Wśród wielu głosów  "w przeważającej mierze krytycznych" pojawiła się również opinia pewnego filozofia, który w oparciu o kuriozalne wypowiedzi swoich studentów postawił prowokacyjną tezę, że większość polskich studentów to półanalfabeci, około dziesięciu procent zaś to analfabeci kompletni. Towarzyszyła temu diagnoza, w myśl której za fatalny stan wiedzy słuchaczy studiów wyższych odpowiada fatalny stan edukacji licealnej. Podejrzewam, że diagnozę tę można rozwijać i winą za ten ostatni obarczyć fatalną edukację gimnazjalną, która z kolei spowodowana jest beznadziejnym przygotowaniem na poziomie podstawowym.

W pierwszym odruchu poczułem solidarność z tymi tezami, co zresztą nie jest niczym dziwnym, albowiem ludzi najłatwiej jednoczy możliwość kolektywnego narzekania na rzeczywistość. Ostatecznie sam dysponuję bogatą kolekcją dowodów na to, że spora część słuchaczy wyższych uczelni znalazła się tam kompletnie przypadkowo: a to pewna pani twierdzi, że ?Seneka? była grecką filozofką, a to inna przekonuje mnie, że w XIX wieku w Niemczech żyła znana myślicielka ?Helga?, autorka ?Fonologii ducha?, a to znów jeszcze inna tłumaczy, że wkład Keplera w rozwój astronomii polegał na tym, że w miejsce kopernikańskich orbit kołowych wprowadził orbity ?epileptyczne?. Podejrzewam, że w obliczu takich wypowiedzi każdy ?doktor rehabilitowany?, jak to określiła pewna stara góralka, może załamać ręce i dołączyć do chóru utyskujących na fatalną kondycję polskiego szkolnictwa.

 
Zanim jednak zacznie się rozdzierać szaty ? co bez wątpienia jest absorbującym, lecz intelektualnie jałowym zajęciem ? warto zadać sobie pytanie, czy ta negatywna ocena stanu edukacji wyższej, połączona z dramatycznym wezwaniem do jego naprawy, nie jest aby skutkiem błędnej oceny rzeczywistości. Innymi słowy, czy rozczarowanie nie wynika po prostu z nadmiernych oczekiwań. Czy nie jest tak, że przyjęliśmy bezzasadnie aprioryczne twierdzenie, że wszyscy obywatele (bądź spora ich część) powinni mieć wyższe wykształcenie, a następnie, kiedy praktyka nie spełnia tych teoretycznych założeń, złorzeczymy na fakty?
 
Problem ten warto zbadać, wiąże się on bowiem z założeniami leżącymi u podstaw obowiązującej dziś na Zachodzie wizji świata. Nie są to jakieś naukowe twierdzenia, empirycznie potwierdzalne prawa czy choćby hipotezy, lecz postulaty ? polityczne, etyczne, antropologiczne ? które z różnych powodów traktuje się jako pewniki. Najłatwiej zrozumieć ich funkcję, traktując je jako mity, podobne do tych, które spotykamy w dawnych społeczeństwach, tyle że wyrażone w znajomej i przyjaznej metaforyce, przez co zwykle umyka nam ich mityczny charakter. Nie zmienia to wszakże faktu, że tak jak ludzie starożytni czy średniowieczni, tak też ludzie współcześni mają swoje mitologie, dzięki którym łatwiej im ogarnąć przy minimalnym wysiłku złożoność świata. Nowoczesna mitologia obejmuje wiele wątków ? znajdziemy w niej między innymi mit postępu, mit rewolucji, mit globalnego ocieplenia (który zastąpił mit globalnego ochłodzenia, królujący jeszcze w latach pięćdziesiątych), mit demokracji jako idealnego systemu, mit praw człowieka jako czegoś ?naturalnego?, a także mit masowej edukacji jako pewnego dobra. I jemu właśnie chciałbym się przyjrzeć.
 
Nie da się zaprzeczyć, że masowa, a na dodatek przymusowa edukacja na poziomie podstawowym traktowana jest dzisiaj jako bezdyskusyjne dobro. Świadczy o tym chociażby fakt, że nikt w zasadzie o kwestii tej nie dyskutuje, choć nasza epoka szczyci się tym, iż jest w stanie łamać każde tabu. Otóż, jak widać, nie każde, gdyż, o ile mi wiadomo, żaden z krytycznie nastawionych intelektualistów, skłonnych łamać stereotypy, tego stereotypu nie odważył się tknąć. Można do woli krytykować ideę powszechnej służby wojskowej, ale ? podjęty choćby jako forma intelektualnej prowokacji ? atak na masową i przymusową edukację jako przesąd wydaje się dziś czymś nie do pomyślenia. Ten, kto by się nań zdecydował, spotkałby się zapewne z podobną reakcją, jak osoba, która podważa słuszność walki z rasizmem czy szowinizmem. Widać więc, że opinie o krytycznym potencjale naszych czasów są zdrowo przesadzone, a obszar kulturowych tabu jest równie silny, jak w dawnych społeczeństwach, których przesądy tak chętnie się krytykuje.
Nie będę się tutaj jednak zajmował ani edukacją podstawową, ani też szkolnictwem na poziomie średnim, lecz edukacją wyższą. Co prawda, w naszej kulturze nie osiągnęliśmy jeszcze poziomu, na którym uważalibyśmy ją za przymus ? choć granica wiekowa obowiązkowego kształcenia nieubłaganie rośnie ? niemniej jednak zdążyliśmy już przekonać się do idei, że jest ona bezdyskusyjnym dobrem. Dowodem jest choćby fakt, że w Polsce mamy czterysta pięćdziesiąt szkół wyższych (więcej niż w zamieszkanych przez niemal półtora miliarda ludzi Chinach!), wspieranych częściowo przez państwo i żyjących w dużej mierze z czesnego ludzi, którzy wydają niebagatelne sumy na kształcenie siebie i swoich dzieci. A skoro tak robią, muszą być głęboko przekonani, że taka inwestycja ma sens. I tak w istocie jest. Tak jak uznajemy za niepodważalną wartość masową umiejętność czytania i pisania (co pozwala nam litować się nad czasami średniowiecza, kiedy była ona przywilejem niewielu, choć ? jak zauważył Chesterton ? człowiek średniowiecza mógłby słusznie litować się nad naszą epoką, w której tylko nieliczni potrafią władać mieczem), tak też uważamy, że lepiej jest studiować niż nie studiować. Ale właściwie dlaczego?
 
Zacznijmy od prostego pytania: czy liczba osób z wyższym wykształceniem przekłada się na ogólne zdolności intelektualne danego narodu czy wspólnoty, objawiające się między innymi w tym, ilu wielkich myślicieli, uczonych, wynalazców czy artystów jest on w stanie wydać? Historia pokazuje, że nie istnieje tego rodzaju prosta zależność. Starożytna Grecja, w której powszechna edukacja była czymś niewyobrażalnym i większość społeczeństwa stanowili analfabeci, w ciągu stu lat, mniej więcej od połowy V do połowy IV wieku pne., wydała kilku filozoficznych gigantów: Sokratesa, Platona, Demokryta i Arystotelesa. Obecnie od niemal wieku obowiązuje w naszym kraju powszechna edukacja, w wyniku czego liczba ludzi z wyższym wykształceniem stale rośnie, jednak w tym czasie nie pojawił się żaden nowy, warty uwagi grecki myśliciel. Włoscy geniusze renesansu ? tacy jak Leonardo, Rafael, Michał Anioł, Petrarka, ale też Galileusz ? pojawili się w epoce, kiedy edukacja była dostępna nielicznym. Jednak od tamtej pory Włosi nie wnieśli do światowej kultury nic o podobnym kalibrze.
 
Takie przykłady można by mnożyć, zresztą nie trzeba daleko ich szukać. W Polsce pod zaborami, kiedy edukacja była na fatalnym poziomie, pojawili się tacy literaccy geniusze, jak Mickiewicz, Słowacki, Krasiński czy Norwid. W okresie międzywojennym mniej więcej jedną czwartą społeczeństwa stanowili analfabeci (od 33 procent w 1921 roku do 15 w 1939), a na wyższych uczelniach studiowało jedynie kilka procent ludności, jednak to w tamtym czasie działały we Lwowie i w Warszawie szkoły filozoficzne i matematyczne na światowym poziomie. Dzisiaj, kiedy studiuje około dwóch milionów ludzi, czyli niemal jedna trzecia populacji w wieku przedprodukcyjnym, analfabetyzm zaś skutecznie wypleniono, polska nauka nie ma wiele do powiedzenia, a poziom studiujących zmusza powściągliwych nawet komentatorów do użycia mocnych słów.
 
(?)
Wyświetlony 2690 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.