czwartek, 18 luty 2010 21:26

Dwie wizje UE

Napisane przez
Euroentuzjastom, gotowym bez namysłu przyjąć każdy przepis i dyrektywę wydaną przez Unię Europejską, najłatwiej wszystkich przeciwników politycznych zakwalifikować, jako ciemnogród, wrogów Europy, zwolenników zaścianka etc. W bezkrytycznej apologii UE nie zastanawiają się nad możliwymi alternatywnymi kierunkami jej rozwoju, akcentując prosty podział na tych, którzy akceptują UE w tej postaci, co teraz, oraz na tych, którzy nie akceptują jej w ogóle.

Tymczasem w historii UE omawianych było wiele wariantów jej dalszego funkcjonowania. Przyjęty obecnie model, opierający się na tworzeniu europejskiego superpaństwa, federacji, na rzecz której rządy poszczególnych państw zrzekają się coraz liczniejszych kompetencji, nie był bynajmniej jedynym rozważanym.

 
Osobiście najbardziej podoba mi się koncepcja Europy narodów (Europy ojczyzn) Charlesa De Gaulle?a. Po jego wdrożeniu współpraca między państwami opierałaby się na wolnym przepływie towarów, usług, otwartych granicach i wspólnym rynku, a nie odgórnym narzucaniu norm kulturowych.
 
Krajowe prawodawstwo powinno wynikać z kultury i tradycji danego państwa, a nie z odgórnie narzucanych unijnych norm. Powinno być dostosowane do Francuza, Greka, Polaka itd., a nie abstrakcyjnego ?człowieka? czy ?Europejczyka?. Jak napisał hrabia Joseph de Maistre:
 
(?) nie ma wcale człowieka na świecie. Widziałem w swoim życiu Francuzów, Włochów, Rosjan, etc. Wiem nawet, dzięki Montesquieu, że można być Persem; ale co do człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go w życiu; jeśli istnieje, to nic o tym nie wiem.
 
Nakazująca przestrzeganie wielkiej ilości narzuconych praw Unia musi być silnie zbiurokratyzowana, gdyż do egzekwowania każdego z nich (np. to o określonym kącie nachylenia drzewa czy banana) potrzebni są nowi urzędnicy.
 
Narzucająca określone podejście do kwestii obyczajowych Wspólnota Europejska pozbawia państwa członkowskie elementarnej suwerenności i zmusza narody do respektowania norm sprzecznych z tradycją każdego z nich. Przykłady narzucania określonych postaw suwerennemu teoretycznie państwu polskiemu zawarł w swoim tekście Jan Pospieszalski:
 
Sędziowie orzekli: po pierwsze ? prezydent Warszawy (obecnie głowa państwa) nie miał prawa zakazać Parady Równości, po drugie ? były działacz SLD uznany za kłamcę lustracyjnego nie miał zagwarantowanych równych praw podczas procesu, po trzecie ? Alicja Tysiąc otrzyma od państwa odszkodowanie w wysokości 25 tys. euro za urodzenie córki, bo ryzykowała utratę wzroku. Jakkolwiek patrzeć, UE ? Polska 3 : 0!
 
Powyższe przykłady nie robią wrażenia, gdy zestawimy je choćby z sytuacją z Austrii, na którą, po wyborczym sukcesie przeciwnika UE ? Jorga Haidera został wywarty olbrzymi wpływ, mający na celu jego marginalizację. Władimir Bukowski porównał postawę przywódców UE w tej kwestii do ataku wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Zachowując proporcje, mamy do czynienia z podobną logiką ? jeżeli w ?bratnim? państwie rozwój wypadków nie przebiega tak, jak sobie tego życzy ?centrala? ? trzeba zainterweniować. Fakt, że Haider osiągnął sukces dzięki głosom Austriaków nie ma tu znaczenia.
 
Tu dochodzimy do kolejnej cechy UE ? antydemokratyzmu. Występując pod płaszczykiem natrętnej apologii ?wartości demokratycznych?,
 
 
Wspólnota jest silnie antydemokratyczna
 
Może nieco przesadzone, lecz dosyć trafne porównanie poczynił wspomniany Bukowski. Otóż, zwrócił on uwagę, że Unią Europejską, podobnie jak niegdyś ZSRS rządzi kilkunastu przez nikogo niewybieranych dygnitarzy, a jedyny demokratycznie wybierany organ UE, tj. Parlament Europejski nie ma praktycznie żadnej władzy.
 
Co ciekawe, europejscy przywódcy nigdy nie przyznają się do tego, ukrywanego za fasadą haseł typu ?głos ludu ? głosem Boga?, antydemokratyzmu. Wciąż będą urządzać referenda, nie przestaną też sprawiać wrażenia, że głos każdego członka UE jest równie ważny.
 
Tyle że referenda będą robić do momentu, aż lud zdecyduje tak, jak chcą oni (np. w Szwajcarii już pięć razy organizowano referendum ws. wejścia do UE i za każdym razem Szwajcarzy byli przeciw; spodziewam się kolejnych głosowań), a głos każdego członka będzie równie ważny pod warunkiem, że głosuje on tak, jak największe państwa.
 
Doskonałym przykładem na potwierdzenie powyższej tezy jest ostatnie zamieszanie wokół irlandzkiego ?nie? dla traktatu z Lizbony. Z ust unijnych polityków dało się słyszeć komentarze, że jeden kraj nie może blokować ratyfikacji traktatu przez pozostałe 26, a już zwłaszcza tak mały kraj, jak Irlandia. Zupełnie nie zwrócili oni uwagi na fakt, że kilka lat wcześniej przywódcy wszystkich krajów UE podpisali traktat nicejski, zawierający przepis o jednomyślnym głosowaniu w sprawach najważniejszych i gwarantujący każdemu państwu prawo veta. Bez względu na to, czy tym państwem byłaby Irlandia, czy np. Niemcy.
 
Czyli ? europejscy możni popierają demokrację1 , ale pod warunkiem, że sprzyja ona ich interesom, a lud głosuje tak, jak oni sobie tego życzą.
 
W przypadku traktatu z Lizbony, forsowanego wcześniej jako traktat konstytucyjny (inna nazwa, treść bliźniaczo podobna) metody demokratyczne są dla przywódców UE wyjątkowo niewygodne. Wszystkie trzy społeczeństwa, które otrzymały możliwość wzięcia udziału w referendum i zdecydowania, czy są za, czy przeciw przyjęciu traktatu, traktat odrzuciły (nb. jest to zaiste zastanawiające, że w ?demokratycznej? Unii na 27 społeczeństw ledwie trzy mogły decydować o przyjęciu lub odrzuceniu traktatu). Przez wzgląd na powyższe, przywódcy UE wiedzą, że nie ma innej metody zatwierdzenia traktatu niż jego odgórne narzucenie. Oczywiście, byłoby to sprzeczne z prawem unijnym, ale fakt ten na ludziach zarządzających Unią widocznie nie robi większego wrażenia.
 
Reasumując, jeśli jakiś traktat nie zostanie przyjęty przez społeczeństwo w referendum, to albo należy to referendum powtórzyć, albo zmienić nazwę tego traktatu i dalej go forsować, albo zmienić prawo, stwarzające możliwość odrzucenia traktatu.
 
(?)
 
                Przypis:
 
1) Zwróćmy uwagę, w jaki sposób w ostatniej kampanii wyborczej do PE polskie media i politycy bez mała wszystkich opcji zgodnie i ponad podziałami budowali atmosferę podejrzeń wobec Libertasa. Bez zahamowań uzasadniano rzekomą antyeuropejskość tej partii jej sprzeciwem wobec traktatu lizbońskiego! Wykluczenie Libertasa okazuje się nawet ważniejsze niż kreowanie świętości Wałęsy, ten ostatni spotkał się więc z krytyką za występy przed zwolennikami owej partii. Libertas może i nie mówi głośno, że jest antyeuropejski, ale akurat w Polsce reanimuje najgorsze antyeuropejskie kreatury z naszej polityki ? całkiem poważnie napisał socjolog Uniwersytetu Warszawskiego Ireneusz Krzemiński, wnosząc swoją cegiełkę do demokratycznej semantyki naszych dni. (przyp. red).
Wyświetlony 3310 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.