wtorek, 23 luty 2010 12:38

Czas racjonalnego myślenia

Napisane przez
 
Krzysztof Ligęza w artykule Czas kręcenia lodów? (?Opcja na Prawo?, 12/84) krytykuje reformę służby zdrowia, którą proponuje obecny rząd. Zgadzam się z tezą autora, że reforma może być kamuflażem dla machinacji służących wzbogaceniu się establishmentu. Nie zgadzam się z jego tezą, że prywatyzacja szpitali byłaby z istoty niekorzystna dla pacjentów.
 
O tym, że gospodarka wolnorynkowa lepiej zaspokaja potrzeby ludzi, niż państwo, napisano tak wiele książek i artykułów (polecam choćby króciutki, napisany w 1993 roku tekst H.H. Hoppego, A Four-Step Health-Care Solution, www.mises.org), że przytoczę tylko kilka najbardziej oczywistych argumentów ? po to, by Czytelnicy nie zostali z przekonaniem, że tezy pana Ligęzy są niepodważalne.
 
Autora artykułu niepokoi to, czy właściciele sprywatyzowanych szpitali nie zamykaliby oddziałów, które świadczą tzw. usługi niskowartościowe, czyli np. przedłużające życie pacjenta, ale nieleczące. Otóż z jakiegoś powodu takie oddziały teraz istnieją, a jeśli tak, to znaczy, że komuś na ich istnieniu zależy. Skoro są ludzie (np. minister zdrowia i pan Ligęza), którym zależy na istnieniu takich oddziałów, to dlaczego nie mieliby ich prowadzić, jako prywatnych przedsiębiorstw albo instytucji charytatywnych utrzymywanych z dobrowolnych datków?
 
Pan Ligęza pyta: dlaczego prywatne szpitale nie powstają w Polsce jak grzyby po deszczu (...)? Odpowiadam: z tego samego powodu, z którego nie powstają liczne szkoły prywatne, a mianowicie dlatego, że konkurencja systemu państwowego utrzymywanego z podatków jest zbyt silna i z zasady nieuczciwa.
 
Kolejna troska autora artykułu skrywa w istocie tezę czysto marksistowską: dostęp do metod leczenia (w sprywatyzowanej służbie zdrowia) uzależniony zostanie od zawartości portfela. Jest to nieprawda, podobnie jak nie jest prawdą, że biedniejsi członkowie społeczeństwa są skazani na prowadzenie pojazdów po pijanemu i związane z tym konsekwencje. Dostęp do takich czy innych metod leczenia na wolnym ryku usług medycznych zależałby od potrzeb i rozsądku potencjalnego pacjenta, a nie od jego zamożności. Ludzie przezorni ubezpieczaliby się, zwłaszcza gdyby wykonywali niebezpieczną pracę czy podróżowali do niespokojnych zakątków świata. Nieubezpieczeni ryzykanci rzeczywiście mieliby ograniczone możliwości leczenia w razie wypadku lub choroby. Skłaniałoby to ludzi do większej odpowiedzialności i przezorności, a w tym nie ma chyba nic złego?
 
Nie widzę żadnych istotnych argumentów przeciwko prywatyzacji szpitali (i innych usług medycznych) jako takiej. Jedzenie i spanie, podobnie jak zdrowie, są niezbędne do życia, a jednak nie wynika z tego, że chleb i łóżka powinien produkować rząd. Nie oznacza to wcale, że konkretny projekt prywatyzacji szpitali, który proponuje rząd czy Sejm, jest pozbawiony wad. Być może jego celem jest rozkradzenie majątku wspólnego. Jednakże z tego, że po świecie chodzą złodzieje, nie wynika, że w celu zapobieżenia kradzieży należy znieść własność prywatną. Oczywiście, każdą reformę można tak przeprowadzić, by zamieniła się w swoje przeciwieństwo. Analizując poczynania polityków, trzeba jednak koniecznie odróżnić istotę problemu (prywatyzować czy nie?) od jego aspektów technicznych (jak i kto ma prywatyzować?). Jeśli się nie przestrzega tej zasady, powstaje chaos semantyczny ? a chaosu mamy już nadmiar.
 
Autor jest prezesem Instytutu Misesa
 
Wyświetlony 2873 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.