sobota, 13 listopad 2010 13:10

Niezbędny dialog

Napisała

Natalia Dueholm rozmawia z Wojciechem A. Wierzewskim, red. naczelnym "Zgody"

Ma Pan dobre wspomnienia z tego dialogu polsko-żydowskiego?

  ? Tak. Mimo że potem drogi jakby naturalnie rozbiegły się, kiedy liderzy drugiej strony dość otwarcie chcieli instrumentalnie traktować Polaków w swoich politycznych działaniach i agendzie. Ale dobre wspomnienia, jak zawsze, łączą się przede wszystkim z ludźmi. Od początku koordynatorem dialogu był świetny człowiek, David Roth, węgierski Żyd, pełen entuzjazmu i talentów, który umiał pozyskiwać partnerów do tego przedsięwzięcia i wnosił wigor do każdej rozmowy. Potrafił nawet namówić do dialogu w Chicago i wspólnego wyjazdu do Izraela tutejszych liderów ukraińskich, co wydawało się niesamowicie trudne, wręcz niemożliwe. Niestety, musiał przejść operację i mimo wysiłków lekarzy doszło do jego przedwczesnego zgonu. Okazało się, że jego odejście natychmiast dramatycznie zmieniło dynamikę całego dialogu. Zniknęło kluczowe spoiwo, a mówi się potocznie, że "nie ma ludzi niezastąpionych"! On był rzeczywiście wyjątkową indywidualnością, którego osobista chemia, magiczny talent zbliżył wielu ludzi i dał szansę tamtemu, pierwotnemu dialogowi. Kiedy go zabrakło, także dialog w Chicago stracił całą aurę i przyciągającą siłę.

  Czy David Roth to jedyne takie dobre, pańskie osobiste wspomnienie?

  ? Nie, nie mówiliśmy dotąd o najważniejszej postaci i najciekawszym rezultacie tamtego okresu. Otóż jeszcze podczas spotkań i debat na temat "Shoah" pojawił się na obradach starszy, siwy człowiek, którego mi wskazano jako "lekkiego szaleńca", którego powinienem koniecznie poznać. Dowiedziałem się, że był wziętym prawnikiem, a teraz zajmuje się polskimi Sprawiedliwymi. Oczywiście, podszedłem do niego i rozpocząłem rozmowę, która stała się początkiem "długiej i pięknej przygody". Harvey Sarner nie krył, że jest człowiekiem chorym, który "wypadł z traktu" swojej kariery, po zdiagnozowaniu rozwijającego się Parkinsona. Bardzo go peszyło, kiedy dostawał ataku, nie dającego się opanować ruchu rąk...
Spotkaliśmy się potem w jego domu, gdzie pokazał mi projekty, nad którymi pracował. Ponieważ wiedział, że nie będzie mógł powrócić do kontynuowania zawodu, zajął się intensywnie swoimi historycznymi i literackimi hobby, które uprawiał dotąd prywatnie tylko dla grona znajomych i przyjaciół.

  Jakie miał hobby?

  ? Pisał małe sztuki w duchu G.B. Shawa, kameralne, z małą liczbą osób, oparte na ciętym dialogu i dobitnych pointach, którymi mógł bawić swoje towarzystwo. Pochwalił mi się zwłaszcza tekstem "A&B", czyli "Anders i Begin", w której opisał fikcyjne spotkanie dowódcy i kaprala, Polaka i Żyda, w londyńskim hotelu, w dniu parady zwycięstwa, w maju 1946 roku, w której nie wzięli udziału polscy żołnierze! Obaj mają w sobie wiele żalu i goryczy, do polityki, świata i samych siebie, zaczynają więc jakby zadawnione obrachunki "co Polacy zrobili Żydom", a "Żydzi Polakom". Na dodatek sztuka pomyślana była tak, że w cieniu sceny czatuje historyk, który patrzy się na ten pojedynek słowny Andersa z Beginem ? i raz po raz zatrzymuje akcję, komentuje ich złudzenia lub brak wiedzy, prezentuje materiały i dokumenty, o których istnieniu tamci, w maju 1946 r. nie wiedzieli.

  No i pan, jako miłośnik sztuki, musiał się tym zainteresować...

? Tak, bardzo spodobała mi się idea tej sztuki, dialog słynnego bohatera spod Monte Cassino z żołnierzem jego armii, który miał zostać po latach premierem państwa Izrael. Powiedziałem, by dał mi szanse, abym spróbował dawnych kontaktów w polskiej TV, bo wierzyłem, że w tamtych czasach wiele osób żywo mogło być zainteresowanych w wystawieniu podobnej sztuki, rzucającej ciekawe światło na Andersa i Begina, a także na nagromadzone klisze i wyobrażenia, jakie wzajemnie mają o sobie zarówno Polacy, jak i Żydzi. Nie pomyliłem się, Warszawa zareagowała pozytywnie, reżyserię powierzono Stefanowi Szlachtyczowi, a role główne zagrali ? i to jak! ? Piotr Fronczewski oraz Henryk Talar. Spektakl miał premierę w TV w trakcie obchodów 50-lecia powstania w gettcie warszawskim, co jeszcze bardziej uczyniło zeń wydarzenie. Potem jeszcze dwukrotnie widowisko wznawiano, z czego się ogromnie cieszyłem (mój przyjaciel Sarner ? też.).

  Jak dalej potoczyła się z Pańską znajomość z Sarnerem?

 ? Ach, ale mi pani przerywa... To był to dopiero początek naszego prywatnego dialogu, który swoimi rezultatami przerósł z miejsca wszystko to, co wydarzyło się w oficjalnym dialogu polonijno-żydowskim w Chicago, i stanowi dla mnie odpowiedź, gdzie tkwią realne szanse rezultatów "dialogowania", jeśli się go serio i uczciwie traktuje. Główna przygoda miała dopiero nastąpić: Harvey Sarner podjął na własną rękę akcję uhonorowania polskich Sprawiedliwych, którym nie było dane doczekać się wyjazdu do Izraela i zasadzenia symbolicznego drzewka w Yad Vashem.

  Zupełnie prywatnie?

  ? Również mnie zdziwiło, że taką inicjatywę podejmuje ktoś prywatny i funduje ją z własnej kieszeni. A tak rzeczywiście było. Mój znajomy postanowił na własną rękę dopomóc dziejowej sprawiedliwości, a ponieważ miał majątek, zdecydował się go zużyć w pożytecznym, publicznym celu. Każdy ma do tego prawo. Zajęło mi sporo czasu, obserwacji i przemyśleń, aby dojść w końcu do tego, dlaczego on tak to zrobił i co właściwie miał na celu. Nie chcę przez to kwestionować altruistycznej natury samej decyzji zainicjowania po latach takiej akcji zadośćuczynienia dla Polaków (ale także osób innych narodowości) i sprowadzenia do Izraela już nie dziesiątków, a setek ludzi na uroczystości ich uhonorowania jako Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Nie ulega natomiast kwestii, że Harvey Sarner chciał tez coś publicznie zademonstrować i pokazać swoim współbraciom ? że skoro rządy ani organizacje nie zajęły się same losem ludzi, którzy dali ze swej strony tak wiele, ryzykowali życiem ratując Żydów ? i zostali pozostawieni w zapomnieniu, on się tym zajmie. I to rzeczywiście dobitnie zrobił.

  Czy pan, jako człowiek mediów, próbował nagłośnić działania tej wyjątkowej osoby?

  ? Tak, pisałem o tym do prasy polonijnej i polskiej, jako o zdumiewającym wydarzeniu, już po wyjeździe pierwszej grupy do Jerozolimy, w oparciu o relacje, zdjęcia i wideo Sarnera. Nie brałem pod uwagę tego, że sam pojadę z grupą następną, aby na własne oczy to zobaczyć. Kiedy otrzymałem taką propozycję, byłem w pierwszej chwili zaskoczony, ale odebrałem ją jako sygnał zaufania i zachętę do dalszej prasowej promocji, którą uważałem za bardzo ważną. Choćby dla przekonania także wielu Polaków, że istnieją gesty życzliwości i chęć prawdziwego dialogu ze strony żydowskiej. Cała wyprawa była czymś niezapomnianym. Pomijam wrażenia, jakie sprawia Jerozolima, miasto tylu legendarnych znaczeń dla każdego z nas, czy Betlejem. Bohaterami rzeczywiście byli sami Sprawiedliwi, wśród których przeważali ludzie bardzo sędziwi, schorowani, ale duchem dzielni i wspaniali. Wielu z nich nie wyjechało nigdy za granicę, nie leciało samolotem, nie mieszkało w hotelach Marriott. To był dla nich ? jak mi mówili ? istny cud. Tak jak gościnność i serdeczność zupełnie nieznanego im człowieka, który ich zaprosił. Historie, jakie od nich usłyszałem (i zapisywałem kamerą) były na miarę oczekiwań. Niespodzianką natomiast stała się dla mnie część osób w wieku znacznie młodszym, synowie i córki tych, którzy ratowali. Od nich nauczyłem się najwięcej, ba, to oni własnie poznali mnie z Izraelczykami, z którymi byli w kontakcie, i tam otrzymałem najciekawszą cześć materiału filmowego, na którą w istocie bardzo liczyłem.

  Proszę opowiedzieć trochę o tym filmie.

  ? Kiedy zmontowałem swój film "Sprawiedliwi w Jerozolimie" i posłałem uczestnikom wspólnej wyprawy ? nie mówiąc o Harvey’u Sarnerze ? miałem prawdziwą satysfakcję, że te wspaniałe chwile nie tylko zostały dla potomności utrwalone, ale mam dowód do pokazywania innym, że rzeczywisty dialog polsko-żydowski może istnieć, że istnieje i bywa wręcz fascynujący w swoich indywidualnych przypadkach. Doświadczenie realizatorskie, jakie przy tym zyskałem, pozwoliło mi rychło wykorzystać następną wizytę w Izraelu (która była już skutkiem inicjatywy chicagowskiego dialogu) do nakręcenia pasjonującego reportażu o tym kraju i jego tradycjach: "Ziemia Święta ? studnia dziejów", o którym wcześniej wspominałem.

  Czy po powrocie z Izraela nadal miał pan z nim kontakt?

 ? Tak, i wciąż jeszcze daleko do końca mojej prywatnej przygody z Harvey'em Sarnerem. Pracował on przez lata nad swoją książką o II Korpusie i generale Władysławie Andersie. To był jego ulubiony osobisty projekt, w którym pragnął przełamać mity i uprzedzenia swojego środowiska wobec Polaków i Andersa. Mocował się z literaturą historyczną, w której znalazł tak wiele dokumentów i wręcz wspomnień tak wrogich i tak podstępnych wobec Andersa i jego rodaków. Chciał dociec nie tylko prawdy w konkretnych sprawach i sytuacjach, ale i wyjaśnić (przynajmniej sobie), skąd brała się tak częsta zajadła niechęć do Polaków, prowadząca nawet do przekłamywania relacji i historii, byle tylko im dopiec. Myślę, że wstęp do "Generała Andersa i żołnierzy II Korpusu", książki wydanej ostatecznie po latach, w roku 1997, a w roku ubiegłym w Polsce, daje niemal pełną odpowiedź na to pytanie ? i rzuca na wszystkie działania Sarnera ogromnie ciekawe światło.

I jak się ta przygoda zakończyła?

  ? Po zakończeniu akcji honorowania Sprawiedliwych (wśród których ostatecznie znaleźli się też Amerykanie polskiego pochodzenia, Grecy, Rosjanie) mój przyjaciel podjął decyzję wyprowadzenia się z Chicago do pięknej samotni w Palm Springs w Kalifornii. Kontakt przez to bardzo się rozluźnił, stał się coraz rzadszy i sporadyczny. Wprawdzie Sarner zapraszał mnie do Los Angeles na wielkie przyjęcie, kiedy władze III RP (nie bez moich starań i wysiłków) przyznały mu wysokie odznaczenie, Krzyż Komandorski Orderu Zasługi, tak jak przysyłał mi swoje dalsze sztuki i próby pisarskie, z których jedna ("Proces gen. Andersa") została kilka lat później wystawiana przez Stefana Szlachtycza w Polskiej TV, choć nie stała się takim wydarzeniem, jak wcześniejszy "A&B".

  A jak zakończył się dla pana polsko-żydowski dialog w Chicago?

  ? Jak już wspomniałem, po zgonie Davida Rotha grupa dialogowa przestała być taka sama. Czegoś ważnego zabrakło, wygasała pierwsza ciekawość, gromadziły się natomiast różne przykre doświadczenia z nasilającej się wówczas antypolskiej kampanii, histerii wokół sprawy Krzyża na Żwirowisku, przyszłości całego Oświęcimia, Marszów Żywych, stanowiących niepotrzebną prowokację, a nie zachętę do dialogu. Po jakimś czasie dawna grupa została zaproszona do prywatnego mieszkania, gdzie ku memu szczeremu zdumieniu poddano publicznemu osądowi moją działalność dziennikarską i publicystyczną w minionych sezonach. Było to też przygotowane co najmniej dziwnie. Nikt nie znał tematu spotkania, poza wąską grupą, z nowym koordynatorem żydowskim na czele, który powierzył zebrane tłumaczenia szeregu moich krytycznych tekstów o antypolonizmie w filmach, książkach czy komiksach (słynny przykład "książki dla młodzieży" o Holokauście pt. "Maus") moim polskim koleżankom, rozdając te tłumaczenia tylko swojej grupie zaufanych osób. Zebranie przypominało legendarne ZMP-owskie sądy nad "wrogami ludu". Nie wierzyłem własnym oczom ani uszom. Sugerowano, że sprzeniewierzyłem się grupie dialogowej i jej posłannictwu, przechodząc na "obce pozycje", które określono jako "polsko-patriotyczne". Nie wygłosiłem ku ich rozczarowaniu żadnej samokrytyki ani nie zdecydowałem się pokazowo bić we własne piersi. To było nasze ostatnie spotkanie w tym gronie. Nie słyszałem, by odbyły się potem jakieś zebrania dialogu, przynajmniej oficjalnie, w Chicago.

(?)
Wyświetlony 5808 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.