niedziela, 30 maj 2010 10:23

Starszy sierżant Marian Kulas

Napisane przez

Szef kompanii w batalionie samochodowym, starszy sierżant Marian Kulas, nie był dobrym człowiekiem. I jest to najdelikatniejsze z określeń, jakiego można w jego przypadku użyć, ponieważ on był bardzo, bardzo złym człowiekiem. Gdyby ktoś odważył się pogrzebać mu na żywca w genach, to z pewnością wydobyłby na światło dzienne coś obrzydliwego. Jakiś zepsuty, może zgniły chromosom, czy coś takiego. Jeżeli ktoś inny chciałby sięgnąć do drugiego schematu wyjaśniania ludzkich zachowań, który opiera się na analizie środowiska, to natrafiłby na równie trudne zadanie. Otóż starszy sierżant był małomównym człowiekiem. To, że udawało mu się wyraźnie zaznaczać swoja obecność w świecie zawdzięczał jedynie przekleństwom, których znał dużo i w dodatku chętnie używał. Pomagały mu one, jak maczeta w dżungli, w brnięciu przez mniej i bardziej skomplikowane sprawy. A że głównie miał do czynienia z tymi pierwszymi, zakres jego słownika nie rozwijał się. Biorąc jednak pod uwagę, że zasoby leksykalne Mariana Kulasa kształtowały się w oparciu o interferencje językowe, głównie z rosyjskiego, siłą rzeczy pozostawał on postacią interesującą. By nie być gołosłownym podam przykład. O ile powszechnie używano formy: "K... twoja mać" dla wyrażenia statusu społecznego matki rozmówcy, to starszy sierżant używał rzadko spotykanej, mniej osobistej, a przeto grzeczniejszej formy: "J... mac". Jakkolwiek sam przekaz informacyjny był również skierowany do rozmówcy, wszelako jednak pozostawiał pewien margines swobody do interpretacji.

 

Oczywiście, nie należy przesadzać z oceną kompetencji językowych Mariana Kulasa, gdyż jego przekleństwa po względem semantycznym nosiły cechy typowości. Odwoływały się głównie do męskich i żeńskich zewnętrznych narządów płciowych i ich dynamicznej interakcji. To samo dotyczyło męskich organów w interakcji z innymi męskimi częściami ciała. Chętnie też sięgał do części ciała, które normalnie nie budzą skojarzeń seksualnych, jakkolwiek poprzez pomysłowe ich zestawienie z organami płciowymi lub czynnościami o charakterze seksualnym, takich właściwości nieuchronnie nabierają.
Tak czy inaczej, trzeba przyznać, że żadne z przekleństw używanych przez sierżanta Kulasa nie budziło najmniejszych zastrzeżeń ze strony znawców przedmiotu. A tych w Wojsku Ludowym doprawdy nie brakowało. Starszy sierżant Kulas miał skłonności sadystyczne. Niemiłosiernie znęcał się nad żołnierzami. To robił im długotrwałe zbiórki na mrozie po kąpieli. To gonił na wyczerpujące marszobiegi o świcie ze wszystkim, co ojczyzna dała. Przez rzekę, a potem czołganie się po świeżo zaoranym polu. Niektórzy nie wytrzymywali i dochodziło do prób samobójstw. Ludzie cięli się, wieszali. Ci, którym się udało, szli na Sąd Niebieski, czyli do czyśćca albo do piekła. Ci, którym się nie udało, ponosili surowe konsekwencje swego czynu. Trafiali do Sądu Zielonego, czyli po wydaniu opinii przez komisję lekarską w Wałczu, trafiali pod sąd Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy. A sąd dawał im dwa lata za symulację. Po odbyciu kary wracali do jednostki, by kończyć odbywanie służby.
Jasne jest, że zachowanie sierżanta rodziło uzasadnione reakcje negatywne. Stąd jego życie było pełne niespodzianek. Siedzi on sobie, na przykład, na służbie, gdy dostaje telefon.
? Oficer dyżurny batalionu, starszy sierżant Marian Kulas! ? woła głośno i wyraźnie do słuchawki.
? Czy jesteście sami? ? pada pytanie.
? Tak jest! ? energicznie odpowiada starszy sierżant Marian Kulas.
? To wyciągnij ch..., to będzie was dwóch ? odpowiadał głos w słuchawce.
To jednak nie było najgorsze. Takie różne przekomarzania dałoby się przecież znieść. Każdy przecież lubi się czasami pośmiać, nawet starsi sierżanci sztabowi. Najpoważniejszym, a w dodatku nierozwiązywalnym problemem sierżanta Kulasa było jego nazwisko. Gdyby umieszczano je tylko w encyklopediach czy niesionych na pochodzie transparentach, a jeszcze lepiej, w tajnych raportach różnych służb, to Marian Kulas mógłby spać spokojnie, jak niemowlę przy matczynej piersi. Tak jednak nie było. Nazwisko szefa kompanii musiało być umieszczone w bardzo mało bezpiecznym miejscu, mianowicie na sporych rozmiarów tablicy umieszczonej na drzwiach kancelarii. A to, mówiąc językiem wojskowym, znajdowało się w polu rażenia prawie każdego, kto miał na to ochotę. A chętnych było na nieszczęście Mariana Kulasa nie dwóch, nie trzech tylko znacznie, znacznie więcej.
Kluczem do sprawy była litera ?l? tkwiąca dokładnie w samym środku nazwiska sierżanta. Po względem estetycznym, czyli kształtu oraz brzmienia, nie ustępowała w niczym, innym literom. W odróżnieniu jednak od takich liter jak: ?k?, czy ?w? stwarzała pewne niewielkie mogłoby się wydawać, choć w istocie ogromne możliwości przekształcenia. Dokładniej, idzie o to, że można dostawić krótką kreskę poziomą. Jeżeli dostawimy ją do górnego zakończenia litery ?l?, to otrzymujemy literę ?ł? i wówczas nazwisko sierżanta brzmiałoby: ?Kułas?. Niestety jednak różne dłonie, które przez wiele lat po nocach uzupełniały nazwisko szefa kompanii, z niebywałą precyzją zawsze umieszczały linię poziomą trochę poniżej wierzchołka litery ?l? zamieniając ją tym samym na zbliżoną do litery ?ł? w wyglądzie, literę ?t?. Nawet człowiek uważny mógłby na pierwszy rzut oka nie zauważyć wprowadzonej zmiany. Jednakże zmieniała się wymowa i nazwisko ?Kulas? nabierało mocno obciążonej emocjonalnie treści.

 

(?)
Edward Sołtys
Wyświetlony 3576 razy

Najnowsze od Edward Sołtys

Więcej w tej kategorii: « Wiadomości nieparlamentarne
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.