wtorek, 29 czerwiec 2010 12:20

Czas otworzyć oczy

Napisane przez

Śledząc z niedowierzaniem przebieg wydarzeń po wypowiedzi Benedykta XVI traktującej o przemocy w islamie, pewnej dodatkowej, pogłębionej refleksji, nie potrafię sobie dziś odmówić.

 

Zacznę od deklaracji, że pisząc ten tekst będę stronił od obiektywizmu ? gdyż nie sposób prawidłowo opisać rzeczywistości bez jej wyraźnego oceniania. Nie zamierzam również troszczyć się o polityczną poprawność ? ponieważ uważam ją za cenzurujący wolność i ograniczający swobodę wypowiedzi kaganiec, a chciałbym wydać osąd wartościujący, rozróżniając dobro od zła. Nie będę także gloryfikował tolerancji ? na dobrą sprawę człowiek, który wszystko toleruje, niczego nie ceni. Nie zamierzam też dbać o bezstronność ? jak to bowiem ujmował Oskar Wilde: Tylko w sprawach, które nas zupełnie nie interesują, możemy wydać rzeczywiście bezstronną opinię, dodając: Co niewątpliwie jest powodem tego, że opinia bezstronna jest zawsze absolutnie bezwartościowa. Idźmy dalej. Jestem chrześcijaninem. Wierzę, że istnieje jeden Bóg, i wierzę, że jest to Bóg miłosierny. Ale widzę też, jak krwiożerczy jest dziś islam. Zachód zaś, zamiast postrzegać go takim, jakim jest w istocie, upiera się, by widzieć go w określony sposób, to znaczy w szatach uszytych z politycznej poprawności oraz idei "wielokulturowości".

Na to, na tę euroatlantycką ślepotę, ślepotę wręcz krecią, mojej zgody nie ma. Zachód zasługuje na siarczysty, trzeźwiący policzek. Na kubeł zimnej wody, chluśniętej prosto w twarz. A teraz do rzeczy.


* * *
Otóż poglądy religijne mamy różne. Niektóre z nich wyraźnie sobie przeczą. Co jest dogmatem dla katolików, może ranić uczucia religijne żydów, a zasady wiary wyznawanej przez świadków Jehowy mogą stanowić kamień obrazy dla sunnitów. To, co dla chrześcijanina jest święte, szyita uzna za nonsens, a wahabita za bluźnierstwo czy nawet świętokradztwo. Gdy wysokie wartości popadają w konflikt, trudno szanować uczucia jednych bez obrażania innych, nieuniknionym zaś następstwem ewentualnego sporu jest nienawiść.
W tej sytuacji jedynym sposobem uniknięcia religijnych waśni, dąsów i sporów, jest, po pierwsze, przyjęcie postawy zakładającej troskę o obopólne zrozumienie, a po drugie, tolerancja oparta na wzajemnym i równoważnym poszanowaniu odmienności. Niestety, wydaje się to możliwe wyłącznie w kulturze wyrosłej z chrześcijańskich korzeni, w obszarze etyki i moralności stworzonych przez chrześcijaństwo, a więc w obrębie cywilizacji euroatlantyckiej. Jak sytuację po reakcjach na wypowiedź Benedykta XVI w Ratyzbonie zobrazował George Pell, arcybiskup Sydney: Gwałtowne reakcje w świecie islamu potwierdzają główne obawy papieża. Pokazują one związek między religią a przemocą oraz odmowę odpowiedzi na krytykę racjonalnymi argumentami. Zamiast tego mamy przemoc, demonstracje i pogróżki.


Islam a demokracja
Termin "islam" tłumaczyć można jako uległość, pokorę, posłuszeństwo człowieka wobec Boga, bezwarunkową akceptację i całkowite poddanie się Bożej woli. Sami muzułmanie ręczą, że ich wiara stanowi kontynuację religii monoteistycznych, judaizmu i chrześcijaństwa, z tym zastrzeżeniem, iż podług nich są to religie zniekształcone: Boga objawionego Abrahamowi Żydzi zbytnio zantropomorfizowali, chrześcijanie zaś "zbłądzili", przystając na koncepcję Trójcy Świętej. Tak więc jedynie islam jest "prawdziwy".
Bez wątpienia jest to religia z ambicjami uniwersalistycznymi, podobnie jak chrześcijaństwo, jednak muzułmanie pragną urządzić świat odmiennymi metodami i według zupełnie innego porządku. Podstawowe wartości cywilizacji euroatlantyckiej (takie jak wolność ekonomiczna i wyznaniowa czy równouprawnienie kobiet i mężczyzn) oraz zachodzące w jej obrębie procesy (sekularyzacja, czyli kwestionowanie zwyczajowych form religijności, desakralizacja życia codziennego oraz postępująca laicyzacja społeczeństw), obce są idei islamu. Wielu komentatorów przyznaje bez ogródek, że sama demokracja to dla muzułmanów twór obcy i niezrozumiały ("demokrację od islamu dzieli przepaść" ? twierdzą), przy czym za koronny dowód uznają niezgodność doktryny islamu ze światem myśli demokratycznej.
W istocie, z punktu widzenia interesów sunnickich mułłów, wolność, równość, braterstwo i tolerancja to bzdury. Chyba że hasła te można wykorzystać przedmiotowo, we własnym interesie ? wówczas właśnie one stają się argumentem przetargowym, przemawiającym za prawem do tworzenia w Europie zamkniętych islamskich szkół wyznaniowych, których w imię tolerancji, a jakże, domagają się muzułmańscy fundamentaliści. Czego w islamskich szkołach naucza się dzieci muzułmańskich imigrantów? Tylko nie wmawiajmy sobie, że szacunku dla idei wielokulturowości czy demokracji. Proces ów postępuje przy niemal całkowitej nieświadomości zachodnich społeczeństw. Fundamentalistyczna propaganda upowszechniana jest bez przeszkód od co najmniej trzydziestu lat w centrach islamistycznych w Europie i Ameryce. Nie kryje się w niej ani źródeł, ani też metod działania na rzecz zwycięstwa nad niewiernymi ? zauważa Bat Ye’or w pracy "Islam a upadek wschodniego chrześcijaństwa". To jedna z nielicznych, trafnych diagnoz, poprawnie naświetlających sytuację. Podobnie brzmią przestrogi Waldemara Łysiaka, sformułowane przez niego już w 1994 roku: Ktoś, kto nie rozumie, że siła islamu, siła fanatycznego "dżihadu", to największe ze wszystkich zagrożeń, jakim cywilizacja chrześcijańska będzie musiała stawić czoło w wieku XXI ? ten nic nie rozumie.
Tożsame w tonie opinie są ignorowane, a głoszących je traktuje się niczym zidiociałych fanatyków, zarzucając im ksenofobię i rasizm. Taki los spotkał między innymi niedawno zmarłą dziennikarkę Orianę Fallaci, która w swoich książkach podała szereg bulwersujących przykładów braku szacunku dla wartości judeochrześcijańskich ze strony napływających do Europy muzułmańskich imigrantów, po czym swój krzyk w obronie tych ideałów zamknęła w konstatacji: Pertraktować z nimi jest rzeczą niemożliwą. Dyskutować ? nie do pomyślenia. Traktować ich z wyrozumiałością, tolerancją lub nadzieją jest samobójstwem. A kto myśli inaczej, jest naiwny.

Mieczem po szyi
Przesłania pozwalające ekstremistom muzułmańskim uzasadniać przemoc zawarte są w samej naturze islamu. Islam wzrastał kosztem chrześcijaństwa, rozwijając w atmosferze wojny. Polityczna interpretacja doktryny islamu opiera się na założeniu, że muzułmanie odniosą zwycięstwo, wiara głoszona zaś przez proroka Mahometa posiądzie Ziemię. Stąd w zakres znaczeniowy dżihadu wchodzi walka zbrojna z tymi, którzy w objawienie Mahometa nie wierzą lub uwierzyć nie zechcą, a argumenty na rzecz walki zbrojnej z nimi znajdziemy u samego Mahometa.
Zwalczaj niewiernych i obłudników i bądź względem nich surowy!; Bijcie ich więc po karkach! Bijcie ich po wszystkich palcach; Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, to uderzcie ich mieczem po szyi; a kiedy ich rozbijecie, to mocno zaciśnijcie na nich pęta ? koraniczne wezwania do gwałtu pojawiły się u zarania tej religii. To właśnie one stały się zarzewiem konfliktu islamu z chrześcijaństwem i sprowokowały średniowieczną Europę do stworzenia własnej idei wojny sprawiedliwej, jako reakcji na ekspansywną politykę militarną islamu ? podkreśla ksiądz Krzysztof Kościelniak w książce zatytułowanej "Dżihad ? święta wojna w islamie". Autor dementuje też stereotyp o "zaborczości" chrześcijan, mianowicie zwraca uwagę na fakt, że krucjaty podjęto kilkaset lat po tym, gdy w trzech z pięciu głównych ośrodków chrześcijaństwa, to znaczy w patriarchatach Jerozolimy, Antiochii i Aleksandrii, władzę przejęli muzułmanie. Tak więc "wyprawy krzyżowe" prowadzono bynajmniej nie dla ekspansji chrześcijaństwa, lecz przeciwko najeźdźcom, w reakcji na zaborczość islamu. Warto o tym pamiętać: pierwsze krucjaty miały uwolnić chrześcijan, nad którymi władzę sprawowali muzułmanie oraz oswobodzić święte dla chrześcijaństwa miejsca w Palestynie.
Niemiecki historyk Egon Flaig, w artykule "Islam chce podbić świat", opublikowanym we wrześniu na łamach "Frankfurter Allgemeine Zeitung" (wwiezienie tego wydania gazety do Egiptu jest obecnie zakazane), pisze: Gdyby Konstantynopol upadł w roku 1100, olbrzymia potęga militarna armii tureckiej nękałaby Europę czterysta lat wcześniej. W takim przypadku różnorodna kultura europejska nigdy by prawdopodobnie nie powstała: nie byłoby praw miejskich, nie byłoby debat o takich prawach, nie byłoby katedr, renesansu, naukowego postępu, gdyż w świecie islamu niezależna ? grecka! ? myśl właśnie wtedy umierała. To łut szczęścia, że Europa jako całość zdołała odepchnąć islam i oznacza tyle, że jesteśmy dłużnikami krucjat tak samo, jak greckiej wygranej nad Persami.
Rafał Dawidowski

Wyświetlony 5761 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.