wtorek, 07 grudzień 2010 16:33

Nieuleczalna choroba bezalternatywności

Napisane przez

Z nowym rokiem nowym krokiem. Kilkadziesiąt lat temu kroczyliśmy na Wschód, do Moskwy. Teraz natomiast krok nasz mamy kierować na Zachód, do Brukseli. Paradoks historii polega na tym, że na Zachód prowadzą nas ci, których ojcowie z wielkim zapałem oddawali przed laty Polskę na łaskę i niełaskę Wschodu.

Szczerze mówiąc, wolę Zachód. Co w żadnym calu nie znaczy, że Zachód równa się Unia Europejska. Zachód to obszar cywilizacyjny, na który składa się coś znacznie więcej, aniżeli tylko sztuczny twór polityczny, wymyślony i "udoskonalany" przez wszelkiej maści utopijnych romantyków oraz zwykłych kretynów. Zachód to także Szwajcaria, Stany Zjednoczone, Norwegia, Australia, a te nijak do Unii Europejskiej nie należą. Czy Polska może być Zachodem, nie należąc do brukselskiego molocha? Przy mądrej i roztropnej polityce wewnętrznej może ? jak najbardziej. Czy Polska wstępując do Unii Europejskiej od razu, jakby z urzędu stanie się Zachodem? Niekoniecznie. A niekoniecznie dlatego, że kierunek, w którym podąża Unia Europejska, coraz bardziej oddala ją od wartości typowych dla Zachodu. Jeszcze kilka lat, a pod hasłem "Zjednoczona Europa" kryć się będzie drugie Bizancjum, w którym najważniejsza będzie nie wolność żyjących na jego terenie ludzi, lecz sterująca wszystkim biurokracja, nad wszystkim mająca kontrolę i decydująca o najdrobniejszych życiowych sprawach.
Większość czołowych polskich mediów zachwyca się "sukcesem" rządu Leszka Millera w Kopenhadze. Cóż, pisma te żyją w końcu z dodatków pro-unijnych, które zamawia u nich rządowy Komitet Integracji Europejskiej. Nie są to małe pieniądze, a w czasach zastoju na rynku reklam, każde ogłoszenie, nawet jeśli jest to rządowa propaganda, dostarcza niezwykle cennej gotówki. Stąd też i "Gazeta Wyborcza", i "Rzeczpospolita" pieją jednym głosem, jak to wspaniale będzie w Unii Europejskiej, gdy już do niej wejdziemy. Wśród zalewających nas zewsząd zachwytów nad tym, jak to cudownie nasz kochany rząd wyrwał Brukseli kilka litrów mleka więcej, niż Bruksela gotowa nam była przyznać, nie słychać jakoś zadumy nad jedną kwestią: czy nie jest uwłaczającym dla naszego kraju, dla wszystkich Polaków błaganie biurokratów obcych organizacji o zgodę na produkcję polskiego mleka? Czy ktoś zadał sobie to pytanie albo zadał je naszym euroentuzjastom? Czy fakt, że przedstawiciele polskiego rządu skomlą u brukselskich urzędasów, by ci byli łaskawi zezwolić nam na produkcję serów, wódki, wina, na łowienie ryb, na produkcję stali itp. nie jest dla nas upokarzający? Czy wyborcy SLD i PSL-u wybierali swoich przedstawicieli do władz z myślą o tym, że ci będą ich wkrótce upokarzać w Brukseli? Osobiście niewiele mam wspólnego z wyborcami SLD i PSL-u, ale jakoś wierzyć mi się nie chce, aby byli to aż tacy masochiści. Z elektoratem SLD sprawa może mieć się różnie, jednak polscy chłopi mają chyba jeszcze jakąś godność. Czy nie nakazuje im ona pokazać panu Kalinowskiemu i jego ferajnie, gdzie raki zimują?

(?)
Paweł Sztąberek
Wyświetlony 8711 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.