niedziela, 29 maj 2011 20:00

Cenzura coraz mocniejsza

Napisał

Najważniejsze są priorytety i umiejętność gradacji. Czy w kraju, gdzie nie funkcjonuje podstawowa infrastruktura, a większość zarobków ludzie wydają na jedzenie, można zamartwiać się brakiem wolności słowa i manipulacjami, jakie władza podejmuje ponad głowami społeczeństwa?

 

Telewizja zalewana jest przez prymitywne seriale i głupkowate kabarety rodzimej produkcji. Nie istnieje roaming telefoniczny, bo nie ma zgody na podpisanie umowy z zagranicznym operatorem komórkowym, a krajowe telefony komórkowe i karty są tak drogie, że stać na nie tylko przedstawicieli rządzącej komunistycznej junty wojskowej. Wiele stron internetowych jest blokowane, a te niezablokowane i tak są słabo dostępne, bo połączenia internetowe działają zbyt wolno, by cokolwiek otworzyć. Samo wysyłanie lekkiego listu elektronicznego z publicznej kawiarenki internetowej w największym mieście w kraju trwa? 10-15 minut. Rozmowa telefoniczna do Polski to wydatek nawet 18 złotych za minutę. Podobno ludzie nie mają, co prawda, zakazu wyjazdu z kraju, tak jak to było do niedawna w komunistycznej Kubie, ale nielicznych na to stać, gdyż płace są niewyobrażalnie niskie.

O polityce i gospodarce z miejscowymi lepiej nie rozmawiać, bo można zostać zadenuncjowanym reżimowi. Obcokrajowcowi grozi tylko wydalenie z kraju, tubylcowi z pewnością coś bardziej dotkliwego. Dlatego też zagraniczni dziennikarze i pisarze mają w praktyce zakaz wjazdu. Kiedy na wniosku wizowym delikwent przyzna się do takiego zawodu, to może być pewny, że nie otrzyma wizy. Trzeba zmyślać, a potem w czasie podróży modlić się, by się to nie wydało. Niewielkie lotnisko w Rangunie i port lotniczy w Mandalay są jedynymi przejściami granicznymi, przez które obcokrajowiec może się dostać do Myanmaru. W ten sposób znacznie prościej kontrolować ruch turystyczny. A każdy turysta musi się liczyć z tym, że może być śledzony.

Kiedy wyszliśmy z kawiarenki internetowej w Bago, otoczyła nas grupka mężczyzn z propozycją zwiedzenia miasta trójkołową motorikszą. Jeden z nich nie miał tradycyjnego, kolorowego longyi, lecz był ubrany w dżinsowe spodnie. To znak, że służy reżimowi. Po ustaleniu ceny, ruszyliśmy wraz z kierowcą i towarzyszącymi mu trzema ?przewodnikami? w miasto, by obejrzeć zabytki ? świątynie i klasztory buddyjskie. Wtedy zaczęły się pytania: kim jesteś z zawodu? czy masz żonę? czy masz dzieci? skąd jesteś? czy w Polsce jest demokracja? Po ostatnim pytaniu wolałem nie wdawać się w bardziej szczegółową dyskusję. Czyżby chcieli mnie aresztować i deportować za kłamstwo na wniosku wizowym? Podobne pytania słyszałem na stacji kolejowej w Mandalay. To nie było przypadkowe. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po zakończonej wycieczce motorikszą nasz ?przewodnik? spytał, czy podwieźć nas do naszego hotelu ?San Francisco?? Tylko skąd niby wiedział, w którym hotelu zatrzymaliśmy się?

Sługom birmańskiego reżimu nie podskoczysz, tak jak funkcjonariuszom bezpieki w Polsce Ludowej. Lepiej ich omijać z daleka i nie wdawać się w zbędne dyskusje. Inny współpracownik reżimu w dżinsowych spodniach i marynarce ze skóry nie zgodził się na ustąpienie miejsca w autobusie, mimo próśb obsługi i zagranicznego turysty, a należy zauważyć, że obcokrajowcy w Birmie są przez zwykłych ludzi szczególnie szanowani. Pomocnik kierowcy z góry wiedział, że jego prośby są skazane na porażkę. Wolał odpuścić, pewnie w obawie, by jego firma transportowa nie straciła licencji.

(...)

Wyświetlony 1774 razy
Więcej w tej kategorii: « Pijarowanie
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.