sobota, 31 lipiec 2010 15:02

Gra interesów

Napisał

Ludzie zawsze byli i zawsze będą głupiutkimi ofiarami oszustwa i oszukiwania samych siebie w polityce, dopóki nie nauczą się pod wszelkimi moralnymi, religijnymi, politycznymi, społecznymi frazesami, oświadczeniami, obietnicami odnajdywać interesów tych lub innych klas. Tak nauczał w 1908 roku Lenin. Dziesięć lat później mógł już nie nauczać, lecz z całą surowością poddać Rosjan egzaminowi, który wykazałby, kto ile się nauczył. W wyniku tego egzaminu spora ich część musiała powtarzać klasę (w łagrze), a wielu wyrzucono ze szkoły (do głębokiego dołu). Ci natomiast, którzy przetrwali do końca nauczania i mniej więcej pojęli, o co chodzi, mogli sobie zadawać pytanie: w czyim interesie było rozpętanie rewolucji bolszewickiej? Robotników? Bądźmy poważni, niewielu ich wówczas w Rosji było. Chłopów? Chyba nie za bardzo, skoro rozdaną im ziemię natychmiast skolektywizowano, wyrzynając przy tym parę milionów kmieci i tyle samo doprowadzając do śmierci głodowej. A może chodziło o interes inteligencji, warstwy specyficznie rosyjskiej, której głównym hobby było rozprawianie o zbawieniu świta? Cóż, chyba nie do końca. A czy nie mieli interesu w wywołaniu rewolucji Niemcy? W końcu pokój w Brześciu był im na rękę. Być może. Jednak największy interes na rewolucji zrobiła zbieranina ludzi, która żadną klasą nie była i dopiero miała się przerodzić w nową klasę panów: Partia.

 

Niestety, minęły już czasy, kiedy w środowiskach lewicowych w dobrym tonie było powoływać się na Lenina. Dziś głos ojca rewolucji brzmi cokolwiek ostro dla delikatnych uszu kawiorowej lewicy, która woli podpierać się pokrętnymi frazami Gramsciego, Foucaulta czy mistrzów ze szkoły frankfurckiej. Niemniej jednak nie zaszkodzi przyjrzeć się rzeczywistości przez pryzmat politycznych rad Włodzimierza Ilicza, zwłaszcza że rzeczywistość ta dla postronnego obserwatora staje się coraz bardziej skomplikowana.

Weźmy na początek takie ogólne i często powracające pytanie: w czyim interesie było podpisanie porozumienia przy okrągłym stole? Sygnatariusze tego układu od razu odpowiedzieliby z patosem: w interesie Polski, rzecz jasna. Ale, ale... Co to znaczy "w interesie Polski"? Czy to samo, co "w interesie Polaków"? A jeśli tak, to których Polaków? Na pewno tych, którzy układ podpisywali, to jasne. Gdyby nie mieli interesu, to by się nie dogadywali. A co z pozostałymi? Cóż, można powiedzieć, że też coś tam zyskali. Jest im lepiej niż było, więc saldo wyszło dodatnie. Słuszne rozumowanie, czy aby jednak nie przypomina trochę obrony PRL-u, zgodnie z dewizą "za Niemca było gorzej"? Hm... A czy mogłoby być lepiej? Czy moglibyśmy ubić lepszy interes? To pytanie o możliwości, a nie o fakty, ktoś powie, a w polityce liczą się te ostatnie. Nie zastanawiajmy się więc nad tym, co by było gdyby, tylko, zgodnie z Leninowską radą, próbujmy pod wszelkimi moralnymi, religijnymi, politycznymi, społecznymi frazesami, oświadczeniami, obietnicami odnajdywać interesy.
Pytania można mnożyć: kto zyskał na obaleniu rządu Olszewskiego? Jaki interes miał Wałęsa, zatrudniając Wachowskiego? Co zyskał na tym sam Wachowski? W czyim interesie działała fundacja Jolanty Kwaśniewskiej? Kto miał zarobić na propozycji Rywina? Jaki interes miał Michnik w tym, aby pół roku ukrywać Rywinowską propozycję? Zresztą można wznieść się na ogólniejszy poziom: kto ma interes w tym, żeby podatki były wysokie? Kto zyskuje dzięki obowiązkowym składkom emerytalnym, rentowym itd.? Jakie interesy leżą za promocją homoseksualizmu? Kto zyskuje na powielaniu hasła o "polskich obozach koncentracyjnych"? Jaki interes mają polscy publicyści powielający w niemieckiej prasie negatywny obraz Polski? Kto zyskałby na odsunięciu od władzy na Białorusi prezydenta Łukaszenki?
Przyjrzyjmy się jednemu z takich pytań. Jaki, na przykład, interes mają feministki w tym, co robią? Czyżby działały w interesie kobiet prześladowanych przez okrutnych samców? Czyżby miały zamiar ulżyć ich roli i dokonać zemsty na szowinistycznych białych heteroseksualnych męskich świniach? No, tak przynajmniej mówią. A czemu to wszystko robią? Dla idei? Zakon Siłaczek? He, he... Dobre sobie... Zabawmy się inaczej... Spójrzmy przez leninowski pryzmat interesu na to towarzystwo tak chętnie stosujące w wypowiedziach ideę marksistowskiej walki klas sprowadzonej do walki płci i leninowską dialektykę. I co wówczas widać? To co zazwyczaj: pęd do kasy i władzy. Ale czy da się zarobić na feminizowaniu? Cóż... Wyjaśnienie jest proste, nie oszukujmy samych siebie... Walka o prawa przeróżnych mniejszości stała się dziś bardzo intratnym zajęciem. Strumień dotacji płynących z UE, z rozmaitych fundacji, a czasem, przy dobrej koniunkturze, jak za czasów p. Jarugi czy p. Środy, wprost z budżetu państwa. Można te pieniądze przejeść, przepić, opłacić sobie wyjazdy "konferencyjne", sponsorować koleżanki bojowniczki, które, kiedy karuzela stanowisk obróci się parę razy, również z wzajemnością sypną groszem. Gdyby nie chodziło o organizacje kobiece, można by rzec: money for nothing and chicks for free. A wszystko, rzecz jasna, dla dobra człowieka, dla szczęścia ludzkości, złączonej w braterskim uścisku miłości. Zresztą bądźmy uczciwi ? feministki stanowią margines armii dobroczyńców, którzy w pocie czoła pracują nad tym, aby było nam lepiej. Od ONZ, przez UE, aż po lokalne ośrodki opieki społecznej, wszyscy twierdzą, że działają w naszym interesie. I jakoś tak się zabawnie składa, że ostatecznie to my musimy do tego interesu dokładać.
W takiej sytuacji nietrudno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak wielu ma interes w tym, żeby działać w naszym interesie za nasze pienądze. Trzeba być niezłym frajerem, aby nie skorzystać z takiej okazji. Słuchaj ? daj mi tysiąc złotych miesięcznie, a ja obiecuję, że za kilkadziesiąt lat, jak będziesz stary i zmęczony, dam ci miesięcznie cztery stówy. O ile dożyjesz. Albo daj mi dychę, ja ci kupię dwa litry benzyny po złotówce litr, a to, co zostanie, po odliczeniu kosztów operacyjnych, przeznaczę na twoje darmowe leczenie, bo, niestety, pieniądze, które mi dałeś na leczenie, musiałem, po odliczeniu kosztów operacyjnych, przeznaczyć na darmową naukę twoich dzieci, ponieważ pieniądze, które na to dostałem, po odliczeniu kosztów operacyjnych, poszły na płacę dla tych, którzy obliczają koszty operacyjne.
Zabawne jest, że Leninowskiej tezy o interesach nie są w stanie dziś pojąć (albo tylko sprawiają takie wrażenie) właśnie ci, którzy do lewicowej tradycji wodza rewolucji odwołują się najczęściej. Wystarczy spojrzeć na postępową młodzież, która na jedno skinienie niczym stado baranów leci manifestować za albo przeciw, zależnie od tego, co się jej podsunie. Precz z wojną! Niech żyje pokój! Kaczory muszą odejść! Dość faszyzmu! Prawa dla zwierząt i roślin! Niech zakwitnie tysiąc manif! Geje na barykady! I tak dalej... Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczno-ekonomiczną i wykuwane przez cwanych polityków i usłużnych redaktorów coraz to kolejne tematy zastępcze, przychodzi na myśl rok 1968 we Francji i wesoła "rewolta" studentów, którzy znudzeni dobrobytem postanowili zafundować sobie lekki wzrost adrenaliny. Podobnie jak wtedy, można dziś wygadywać idiotyzmy o amerykańskim totalitaryzmie i przyrównywać obecną sytuację do czasów Hitlera, wiedząc, że się zostanie w nagrodę poklepanym po główce przez jakiś autorytet, który lepiej wie, o co w tej zabawie biega. Albo i nie wie, gdyż patrząc na wykwit listów zbiorowych, pisanych przez mędrców uczonych, można podejrzewać, że w tej sytuacji sprawdza się stara maksyma, iż kto za młodu był lewicowcem, ten ma szanse zostać idiotą do końca życia. Co prawda, część z owej korespondencji sprawia wrażenie wyrachowanej obrony własnego interesu ? i tak jest np. w przypadku prawników, dla których naruszenie status quo jest z wielu powodów bardzo nie na rękę. Jednak zwykle mamy do czynienia z instynktem stadnym: autorzy zdają się nie za bardzo wiedzieć o co chodzi, ale skoro pan Redaktor, pan Profesor i pani Dziennikarka lamentują, to widać czas zacząć odgrywać rolę płaczek.
(?)
Damian Leszczyński

 

Wyświetlony 4284 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.