poniedziałek, 30 sierpień 2010 08:23

Niewczesne skojarzenia albo Ślepowron jedzie do Moskwy

Napisał

W trakcie stanu wojennego ukazywało się we Wrocławiu pisemko o wdzięcznej nazwie "Ślepowron pędzony pałą". Miało jak najbardziej nieoficjalny charakter i poświęcone było ciekawostkom z życia politycznego i towarzyskiego ówczesnej elity władzy, zwanej potocznie "juntą". Można było w nim przeczytać np. o tym, że wrocławskiego wojewodę Owczarka pogryzła suka albo że z kosmodromu Bajkonur wystrzelono w kosmos kosmonautę z bratniej Mongolii, ale omyłkowo wystrzelono go bez rakiety itp. Szata graficzna również była bez zarzutu, a logo pisma sprytnie połączone było z symbolami, które potrafiło odczytać wówczas każde dziecko: czarnymi okularami, czerwoną gwiazdą i milicyjną pałą.

Nazwa pisma nie była przypadkowa, gdyż słowo "ślepowron" niosło za sobą rozmaite skojarzenia. Po pierwsze, krążyły plotki, jakoby ów ślepowron widniał na rodzinnym herbie generała Jaruzelskiego, ówczesnego I sekretarza KC PZPR, jak zwano sowieckich namiestników na Polskę. Po drugie, kierowana przez Jaruzelskiego Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, zwana była potocznie WRON-ą, on sam zaś stale nosił ciemne okulary, równie nieprzenikliwe, jak te, których używał Ray Charles, w związku tym zachodziło podejrzenie, że być może jest niewidomy. W takiej sytuacji zestawienie "ślepa wrona" narzucało się samo. Co prawda sam ptaszek ślepowron z wroną nie ma nic wspólnego i bardziej przypomina skarlałą czaplę, ale nikt się takimi ornitologicznymi niuansami nie przejmował, ważne były symbole i skojarzenia.
Symbole i skojarzenia ważne były również w trakcie niedawnych obchodów rocznicy zakończenia II wojny światowej. Symboliczne było już choćby to, gdzie się owe obchody odbyły, jaką formę przybrały, kto w nich uczestniczył, kto co mówił, komu wręczano medale i tak dalej. Wszystko to było przeładowane symboliką niczym średniowieczny obraz i budziło rozmaite skojarzenia, w zależności od tego, kto kojarzył. Co prawda, w tłumie kombatantów widać było wielu takich, którzy zdawali się w ogóle niczego nie kojarzyć, jednak większość obecnych kojarzyła wszystko zgodnie z obowiązującym w Rosji modelem politycznej poprawności: Stalin + Armia Czerwona = Wolność. Potwierdziła się w ten sposób po raz kolejny stara prawda zawarta w opowiedzianej przez Hłaskę anegdocie o Jasiu i chusteczce: są tacy, którym wszystko się z jednym tylko kojarzy.
Prezydent Putin zaprosił wielu polityków, których zadaniem było wystąpić w roli klakierów, w tym wypadku bowiem nie tylko nieobecni, ale również obecni nie mieli prawa głosu. Niektórzy klaskali gorliwie, inni na odczepnego; jedni pojechali tam bez wahania, inni trochę kręcili, jeszcze inni, jak prezydent Bush, postanowili zrównoważyć wizytę w Moskwie odwiedzinami w krajach kiedyś przez Moskwę chętnie odwiedzanych, które dziś doszły do wniosku, że sezon odwiedzin już się skończył. Putin, ponoć żeby temu zapobiec, postanowił nie zapraszać prezydenta Łukaszenki, który, zamiast ronić łzy na Placu Czerwonym, został, by pilnować swojego kołchozu. Jak powiadają, był z tego powodu wielce obrażony. Na Putina jednak dąsać się nie mógł, bo jeśli ten pokazałby mu plecy i wycofał bratnią pomoc, musiałby Łukaszenko, wzorem Kim-Ir Sena, zachwalać Białorusinom zupę z trawy i żwir do ssania, a to mogłoby się skończyć kolorowo ? pomarańczowo na przykład. Postanowił więc odgryźć się na Lachach i pokazując, jaki z niego wierny piesek i jak w lot podchwytuje nastroje Kremla, zdelegalizował zarząd Związku Polaków na Białorusi.
W każdym razie Łukaszenki nie było w Moskwie, bo się źle kojarzył. Nie było również Kim Dżon Ila, co z naciskiem podkreślali wszyscy obrońcy Putinowskiego show. Warto dodać, że w ogóle jakoś mało satrapów było ? nie przyjechał, na przykład, Fidel Castro, którego roli w walce o pokój na świecie nie sposób przeceniać, nie przyjechał ani Mugabe, ani żaden inny z afrykańskich rzeźników. Co więcej, nie przybył Pol Pot, Kim Ir Sen ani nawet Hitler, być może dlatego, że wszyscy od jakiegoś czasu nie żyją. Na szczęście nieśmiertelny duch Stalina nie zawiódł i swobodnie unosił się nad Placem Czerwonym.
Polska, zgodnie z precyzyjnym życzeniem Putina, wysłała do Moskwy dwóch przedstawicieli, również symbolicznych. Pojechał prezydent Kwaśniewski, który kończąc karierę w polskiej polityce z fatalnymi notowaniami, przynajmniej nie chce sobie zrażać tej zagranicy, której, jak by nie było, wierny było dość długo, i która może mu jeszcze pomoże. Co prawda, Putin wyraźnie dał mu do zrozumienia, żeby na wiele nie liczył, ale nigdy nic nie wiadomo ? łaska pańska na pstrym koniu jeździ, więc lepiej nie podskakiwać. Kwaśniewski jest symbolem raczej niewielkiego formatu i kojarzony jest ostatnio głownie z polityczno-biznesowym układem trawiącym III RP, ale to nie szkodzi, gdyż drugi z oddelegowanych ma rangę, można by rzec, megasymbolu. Zaproszenie generała Jaruzelskiego do Moskwy to bowiem świadectwo tego, jaką Polskę ceni sobie Putin i z jakimi Polakami ewentualnie chciałby rozmawiać. Istotne jest również to, że Jaruzelski był jedynym spośród byłych przywódców komunistycznych reżimów, który zjawił się w Moskwie. Oczywiście Honecker, Caucescu czy Husak nie mogli przybyć, bo nie żyją (pomyśleć ? gdyby byli, ależ mielibyśmy całowanie!), ale gdyby tak dobrze poszukać, pewnie dałoby się jakąś naszpikowaną orderami skamielinę wygrzebać. Nie w tym jednak problem. Albowiem oprócz tego, że generał pojechał jako weteran i stary dobry znajomy postsowieckich braci, to jego udział w obchodach legitymizowało to, że przez krótki czas był prezydentem RP.
Z tej perspektywy dopiero widać błędność polityki ugłaskiwania komunistów w roku 1990 i doprowadzenia do tego, że niedemokratycznie wybrany sejm powołał na głowę państwa kogoś, kto przez wiele był jednym ze strażników niesuwerenności tego państwa. Widać to jeszcze lepiej, jeśli porówna się Polskę z Niemcami, Czechami czy Rumunią: Honecker miał stanąć przed sądem, Caucescu został rozstrzelany, natomiast Jaruzelski, osoba, której odpowiedzialność za zbrodnie komunizmu powinna zostać przynajmniej wyjaśniona, został prezydentem, a niedawni herosi opozycji kazali się wszystkim od niego "odpieprzyć". Oto dialektyka historii w czystej postaci.
W każdym razie wyjazd naszych dwóch delegatów do Moskwy w piętnastolecie istnienia III RP niewątpliwie ma znaczenie symboliczne. Jeden z nich patronował owemu porozumieniu ponad podziałami, które doprowadziło do tego, że wilk jest syty, a owca cała (pożarta), drugi zaś konserwował je umiejętnie przez dziesięć lat. W rezultacie jest tak wesoło, jak widzimy: degeneracja elit władzy osiągnęła poziom PRL-owski i jedyne, co, zdaniem niektórych, nam pozostaje, to czekać cierpliwie, aż zniecierpliwione państwa ościenne przywrócą spokojność obywatelom naszym. A jeśli tak, to nie ma co zżymać się na generała, że tak gorliwie pielgrzymuje na Kreml. Być może znów odgrywa niewdzięczną rolę Wallenroda, a tu niemal wszyscy nań ujadają. A nawet jeśli nie ? to ostatecznie gdzie miałby jeździć, jak nie tam? Do Czech, żeby sądzili go za rok 1968? Moskwa to najbardziej odpowiednie miejsce, zresztą nie tylko dla niego. Dla sporej grupy osób wyjazd do Moskwy byłyby niczym powrót do macierzy, a jakby któryś nie chciał do tej macierzy powracać, to zawsze można go wysłać siłą. W bydlęcym wagonie.

(?)
Damian Leszczyński
Wyświetlony 4356 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.