wtorek, 29 czerwiec 2010 17:12

Powrót pożytecznych idiotów

Napisał

W Pięknych dwudziestoletnich Marek Hłasko pisze o tym, jak spędził noc we francuskim areszcie wraz z lewicowymi intelektualistami-rewolucjonistami. Ludzie ci, wychowani na pismach Marksa i Lenina, nie mogli zrozumieć niechęci naszego rodaka do komunizmu, który uważali za receptę na zbawienie ludzkości. Kiedy żadne teoretyczne argumenty nie trafiały do Hłaski, uznającego komunizm za bezdyskusyjne zło, jego rozmówcy zapytali ostatecznie o płaszczyznę, na której dialog między nimi byłby możliwy. Płaszczyzną tą - odparł Hłasko - byłyby sowieckie czołgi na ulicach Paryża.

 

Anegdota ta dość dobrze oddaje zarówno śmieszność, jak i nieodpowiedzialność tzw. postępowych intelektualistów, forsujących doktryny, które "teoretycznie" powinny uczynić świat lepszym, w praktyce zaś przynoszą opłakane skutki. Przez lata dyżurną rolę w tej zabawie w zbawienie pełniła marksistowska eschatologia w rozmaitych postaciach, dzięki której mniej odpornym umysłom zaszczepiono przymus rozważania wszelkich zjawisk w kontekście walki ciemiężycieli z ciemiężonymi. Ponieważ praktyka nie była w stanie zburzyć wiary w teorię, można było z rozbawieniem słuchać, jak skądinąd nieźli pisarze, filozofowie czy uczeni okazywali się politycznymi głupcami opiewającymi wyższość ustroju sowieckiego nad cywilizacją Zachodu i roztkliwiającymi się nad ową wyższą formą wolności, oferowaną jakoby przez komunizm. Jeśli czynili to z głupoty, mogło to rzeczywiście budzić politowanie i uśmiech, problem jednak w tym, iż w wielu wypadkach mieliśmy do czynienia z celowym działaniem, które nie było obojętne ani politycznie, ani moralnie. Ktoś, kto bagatelizował istnienie łagrów, dowodząc jednocześnie, że USA to kraj bardziej totalitarny niż ZSRR, był nie tylko śmieszny, ale przede wszystkim wysoce szkodliwy. Być może historia Europy w ostatnim półwieczu potoczyłaby się inaczej, gdyby nie gromada "pożytecznych idiotów", gotowych w każdej chwili bronić i wspierać ZSRR przeciw "zachodnim imperialistom". Możemy, co prawda, pocieszać się, że byli to ostatecznie tylko "idioci", jednak skala, w jakiej sowieci w nich inwestowali, pokazuje, jak wiele przynieśli pożytku.

Wspominam o tym wszystkim dlatego, że mimo upadku ZSRR i zmierzchu mody na klasyczną doktrynę walki klasowej, spora część europejskich kręgów opiniotwórczych, wrzucając nowe idee w stare schematy, nadal daje dowody politycznej głupoty i nieodpowiedzialności. Widać to było na przykładzie reakcji na zamieszczone w gazetach karykatury Mahometa, widać to jeszcze dobitniej w reakcjach na krytyczne uwagi Benedykta XVI dotyczące nawracania za pomocą miecza. Lewicowa prasa, bez zahamowania atakująca chrześcijaństwo, piętnująca wszelkie faktyczne i wydumane ograniczenia wolności słowa jako zbrodnię przeciw ludzkości, nagle wyraża oburzenie z faktu, że papież miał czelność powiedzieć coś, co uraziło religijne uczucia muzułmanów. Dowiadujemy się, że posunął się za daleko, że przekroczył granice przyzwoitości i że jedynym wyjściem jest przeproszenie wszystkich, którzy poczuli się dotknięci.
Oczywiście, tego typu opinie bojowników o wolność, decydujących, komu ta wolność się należy, a komu nie, nie są niczym zaskakującym. Dla kogoś, kto śledzi intelektualne (czy raczej pseudointelektualne) dysputy prowadzone przez rozmaitych mędrków pouczających ciemny lud, jest oczywiste, że mamy tu do czynienia z dość jasno określonym systemem tabu: można potępiać homofobię, ale nie można krytykować gejów, można piętnować kolonializm, ale nie można mówić, że pod rządami czarnych Afryka wykrwawia się w bratobójczych wojnach, można pomstować na wszechobecny patriarchalizm, ale nie powinno się dyskutować o zasadności parytetów płciowych, wreszcie, można obrażać chrześcijan, drwić z ich kultu i z pełną powagą promować bzdury w rodzaju Kodu da Vinci, ale nie można powiedzieć złego słowa o islamie, Mahomecie, szamanizmie czy buddyzmie. Wolność, o którą wszyscy niby tak usilnie walczą, ma dziś typowo socjalistyczny charakter: jest reglamentowana.
Wszystko to może byłoby jedynie komiczne, gdyby równocześnie nie było groźne. Albowiem w sytuacji otwartego konfliktu z islamizmem próba zwalenia całej winy na zachodnią "hegemonię" i "nietolerancję" jest takim samym intelektualnym sabotażem, jakim była obrona ZSRR przed jakąkolwiek krytyką i upatrywanie źródła wszelkiego zła w "amerykańskim imperializmie". Zwróćmy uwagę, że papież nie powiedział niczego, czego nie mówiliby sami islamiści, a reakcja w postaci palenia kościołów i strzelania do zakonnic była jedynie potwierdzeniem słuszności jego słów. Radykalny islam jedynie w doktrynalnej treści różni się od komunizmu czy nazizmu, jego cel bowiem jest podobny: ekspansja, narzucenie przeciwnikowi własnych poglądów albo jego eksterminacja. Jeśli więc w Europie, w której dopiero co udaremniono terrorystyczne zamachy na samoloty, która doświadczyła krwawych zamachów w Londynie i Madrycie i która na co dzień musi stawiać czoła setkom tysięcy emigrantów, nie myślących o asymilacji z nią, lecz o jej anihilacji, pojawiają się próby obrony radykalnego islamu przed rzekomym atakiem papieża, trzeba zastanowić się, czy sprawy nie zaszły za daleko. Nie tylko Europejczycy czytają europejskie gazety: czytają je również ci, którym marzy się podbój Europy i którzy takie wypowiedzi traktują nie tylko jako potwierdzenie słuszności swoich tez o duchowej śmierci starego, gnuśnego kontynentu, ale też jako sygnał, że sami Europejczycy stają przeciwko własnym wartościom, dostarczając wrogowi przysłowiowy sznur, na którym zostaną powieszeni.
(?)
Damian Leszczyński

 

Wyświetlony 3936 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.