czwartek, 23 wrzesień 2010 10:24

Powrót żywych trupów albo o kondycji polskiej lewicy

Napisał

Stare porzekadło głosi, że milczenie jest złotem, w przeciwieństwie do mówienia, które ma wartość dużo mniej szlachetnego kruszcu. Również codzienne doświadczenie, obserwacja kręgów politycznych i opiniotwórczych elit, lektura gazet i podróże środkami komunikacji miejskiej dowodzą, że wiele osób, dla dobra swojego i bliźnich, nie powinno w ogóle zabierać głosu.

 

Oczywiście, najpewniejszym środkiem byłoby, w myśl przysłowia, milczenie wynagrodzić proporcjonalnie do jego długości i natężenia. Skoro jednak żaden z postępowych wizjonerów nie zaproponował dotąd powołania w tym celu odpowiedniego urzędu, pozostaje co najwyżej nadzieja, że u niektórych obywateli odezwie się instynkt samozachowawczy, w pewnych kręgach określany mianem zdrowego rozsądku. Nie tylko bowiem może się zdarzyć, że człowiek mówiąc, chlapnie coś nieodpowiedzialnego, czego później będzie żałował, ale na dodatek, że otwierając usta może zepsuć swój, jak to się mówi, image, gdyż w odczuciu wielu osób niemota często uchodzi za wyraz mądrości i powagi, gadulstwo zaś za objaw umysłowego rozchwiania. Łatwiej zdobywa szacunek ten, kto milczy i ewentualnie co jakiś czas rabinackim tonem rzuci ogólnikową prawdę, niż ten, kto wdaje się w rozwlekłe debaty i spekulacje, gubiąc się w jednym i drugim. Gdyby Izabela Łęcka w odpowiedniej chwili trzymała język na wodzy, być może poczciwy Wokulski nadal adorowałby ją, znosząc drogie prezenty, a nie znikał z miłością i pieniędzmi. Gdyby taki Sartre czasem zastanowił się nad tym, co i po co mówi, być może pozostałby w pamięci jako całkiem znośny literat, a nie służył za kliniczny przykład politycznej głupoty i intelektualnej nieodpowiedzialności. W każdym razie, można się zgodzić, że ludzie nie mający nic sensownego do powiedzenia powinni, choćby dla własnego dobra, milczeć i co najwyżej kiwać głowami, przewracać oczami bądź przykleić sobie do twarzy tajemniczy uśmiech ŕ la Mona Lisa.
Przykładem takiego niepotrzebnego zabierania głosu, które osłabia, zamiast wzmacniać pozycję mówcy, może być tocząca się od końca lipca na lamach "Gazety Wyborczej" debata o kondycji współczesnej lewicy, w której udział biorą reprezentanci jej tzw. intelektualnego zaplecza* . Co prawda można się dziwić, że lewica takie zaplecze ma i na dodatek go używa, gdyż wszelkie jej polityczne działania charakteryzują się tzw. pójściem na żywioł (co zresztą ma swoje uzasadnienie, gdyż, jak pokazuje historia, do przekształcenia świata w zasadzie wystarczą slogany o dobru ludzkości i odpowiednia dawka przemocy). Jeśli jednak wziąć pod uwagę fakt, że roztrząsana kwestia "jaka powinna być polska lewica?" jest równie obezwładniająca, jak filozoficzna zagwozdka "dlaczego jest raczej coś niż nic?", nie powinno zaskakiwać, że do jej rozstrzygnięcia zaangażowano tak tęgie mózgi, jak np. mózg p. Iwińskiego czy p. Siemiątkowskiego. Aby jednak specjalnie nie nadwerężać sieci neuronowych tzw. starej lewicy, która wciąż jeszcze musi dzielnie pracować w sejmie dla dobra wszystkich Polaków, postanowiono oddać również głos lewicy młodej, w tym wypadku reprezentowanej przez postępowych redaktorów pisma "Krytyka polityczna". Jeśli dołożymy do tego zastępcę redaktora naczelnego "Przeglądu" p. Walenciaka, który w tym towarzystwie mógłby reprezentować głos lewicy średnio-wiecznej, wydawać by się mogło, że oto otrzymaliśmy w miarę reprezentatywną próbkę intelektualnych możliwości lewicowego zaplecza. Niestety, głos przez owo zaplecze wydany jest kolejnym potwierdzeniem tego, że rzeczywistość społeczną lepiej opisują przysłowia, niż wypociny filozofów: zamiast zamieniać milczenie w złoto zjednoczone mózgi lewicy wygłosiły mowę o wartości, powiedzmy, zwoju drutu. Cóż z tego, że reprezentacja była silna, a zawodnicy pełni animuszu, że zaplecze się sprężyło, chwyciło za pióra, wyostrzyło ideologiczną czujność, podgrzało polemiczny zapał i wyruszyło na bój, skoro bój ów okazał się nie tyle nawet ostatni, co raczej zbędny. Cały krwawy krasomówczy trud przyniósł mierne skutki i zamiast burzy mózgów dostaliśmy burzę w szklance wody. No, ale jak człek nie chodził do kościoła, to niby skąd ma wiedzieć, że już w księdze Hioba zapisano, że i głupi, jeśli milczy, będzie mian za mądrego, a jeśli stuli usta swe, za roztropnego.
Ktoś, oczywiście, może powiedzieć, że poziom debaty był taki, a nie inny, gdyż wśród ujadających na siebie staro-średnio-młodych fanów sprawiedliwości społecznej zabrakło śmiertelnej broni w postaci mózgów Urbana, Wiatra i Rakowskiego. Nie wydaje się jednak, aby ich obecność byłaby w stanie jakościowo zmienić poziom dyskusji, zresztą nie wiadomo, czy wytrzymaliby towarzyszące jej intelektualne napięcie. Ostatecznie jeśli p. Siemiątkowski robi za "starą" lewicę, to wyżej wymienieni panowie powinni reprezentować frakcję "prastarą" albo "przedpotopową". Zostawmy to jednak ? nevermind, jak mawiał Kurt Cobain. Wrażenie, jakie można odnieść po przeczytaniu tych wszystkich postępowych i zaangażowanych wystąpień, sprowadza się do jednego wniosku: szkoda gadać. Wszyscy biorący udział w debacie sprawiają wrażenie, jakby chcieli popełnić intelektualne samobójstwo (zakładając, że nie przedzierzgnęli się jeszcze w zombie, które, jak wiadomo, ubić trudno). Zarówno starzy, jak i młodzi, deklamują wyuczone gdzieś frazesy, różnica polega tylko na tym, że starzy reprezentują postsowiecki i zachowawczy model lewicy biurokratycznej, młodzi zaś ze swym żywiołowym podejściem czerpią wzorce z tego, co akurat modne w pewnych kręgach zachodnich, niemniej jednak, kiedy mówią np. o gospodarce, jedni i drudzy kompromitują się tak samo. Być może opublikowanie całej tej debaty w GW miało służyć ośmieszeniu prób reaktywacji socjalizmu w Polsce (w co raczej wątpię), tak czy owak dla całej lewicy byłoby lepiej, gdyby jej intelektualne zaplecze roztropnie stuliło usta swe. Skoro jednak się odezwało, przyjrzyjmy się bliżej temu, co mówiło.

***
Pierwsze wnioski, jakie się nasuwają, są banalne. Młodzi atakują starych, starzy się bronią, a średniacy sprytnie chcą zachować dystans wobec jednych i drugich. Gdyby chcieć użyć jakichś prostych emblematów do scharakteryzowania sedna tego sporu, można by powiedzieć, że chodzi o charakterystyczną dla postawy sekciarskiej walkę między "cwaniakami" a "pożytecznymi idiotami", a mówiąc delikatniej, między "pragmatykami" a "ideowcami", przy czym stara lewica reprezentuje tych pierwszych, nowa ? drugich. Tego rodzaju kłótnie w gronie lewicy nie są niczym nowym i pojawiają się co najmniej od czasów rewolucji francuskiej. Liderzy ruchów politycznych opartych na radykalnej ideologii o parareligijnym charakterze zawsze muszą się liczyć z tym, że jeśli w najmniejszym stopniu złagodzą stojący u podstaw doktryny radykalizm, zostaną okrzyknięci odstępcami, heretykami, że ktoś zarzuci im zdradę rewolucyjnych ideałów, koniunkturalizm, konformizm etc. No ale cóż ? kiedy stawia się przed tak wzniosłe cele, jak zbawienie wyklętego ludu ziemi, trudno się dziwić, że każdy przejaw realpolitik może zostać potraktowany jako ustępstwo na rzecz klasowego wroga. Lewicę cechuje bowiem nie tylko gnostycki bunt przeciw rzeczywistości, ale również ? być może za sprawą heglowskiego dziedzictwa ? zupełne lekceważenie faktów.
Debata między młodą a starą lewicą przybrała właśnie postać sekciarskiej kłótni o dogmaty. Stare "cwaniaki", które ideami naprawy świata przejmują się prawdopodobnie w takim samym stopniu, jak religijnymi symbolami czy kodeksem honorowym, dowodzą, że są "prawdziwymi" lewicowcami, młodzi zaś, balansując między patosem a śmiesznością, twierdzą, że wcale nie, że to oni są "prawdziwi", tamci zaś "nieprawdziwi". Wszystko to jest o tyle zabawne, że zarówno tradycyjny materializm dialektyczny, jak i dzisiejsi postmodernistyczni nauczyciele lewicy twierdzą, iż w gruncie rzeczy nie ma czegoś takiego, jak "prawda", gdyż, to, co się za nią uważa, stanowi jedynie wypadkową historycznie zmiennych warunków ekonomicznych bądź wyszukane narzędzie zniewalania i represji. Pomińmy jednak te subtelności ? ostatecznie zawsze można stwierdzić, że "dialektycznie" rozwija się doktrynę poprzez jej zaprzeczenie ? i przyjrzyjmy się, co ma nam do zaproponowania lewicowe zaplecze.
Jeśli chodzi o starą lewicę, nic nowego. Dowiadujemy się, że lewica jest Polsce potrzebna i już. Po co? Do końca nie wiadomo, ale skoro każdy europejski kraj ma swoją lewicę, to my też powinniśmy mieć. Skoro wszyscy sąsiedzi postawili sobie w ogródku gipsowe krasnale, to my też sobie postawmy i nie pytajmy, po co taki krasnal, gdyż wszyscy wiedzą, że dla ozdoby. Oprócz pełnienia funkcji ozdobnej, dość kosztownej zresztą, bo krasnala trzeba dokarmiać i polerować, lewica ma również za zadanie, jak powiada poseł Iwiński, wyrównywać szanse obywateli, zmniejszać strefy bezrobocia, ubóstwa i wykluczenia społecznego, a także ucywilizować i uczłowieczyć polski kapitalizm, który zawiera w sobie zbyt dużo elementów darwinizmu społecznego. Jakkolwiek by wyglądało owo uczłowieczanie i cywilizowanie, profesor Iwiński powinien być ostrożny w tym popędzaniu ewolucji, gdyż, jak uczą autorzy s-f, marnie kończą ci, którzy chcą wyręczać matkę naturę, a nie chcemy przecież, aby nasza lewica zginęła w paszczach mutantów. Kto by się wówczas o nas troszczył? Idźmy dalej. Poseł Siemiątkowski również nie ma wątpliwości, że lewica jest Polakom potrzebna jak powietrze, choć również nie wie dlaczego. Bije się w piersi za afery korupcyjne, za "partyjniactwo", za zdradę lewicowych ideałów na rzecz bezpardonowej walki o władzę, dochodzi nawet do genialnego w swej prostocie wniosku: sami sobie zaszkodziliśmy, aby ostatecznie zatoczyć koło i stwierdzić, że kryterium lewicowości rządu Marka Belki jest tylko jedno: na ile jego program i działania zwiększają nasze szanse w wyborach? Można oczywiście ten jawny brak konsekwencji znów zwalić na dialektykę, ale można też uznać, że po prostu autor jest w stanie skupić myśl jedynie na zdaniu, które akurat pisze, zapominając o poprzednich. Zespół Wernickiego-Korsakowa, bez dwóch zdań.
***
O ile wypowiedzi przedstawicieli starej lewicy dostarczają uczty intelektualnej porównywalnej z lekturą statutu spółdzielni mieszkaniowej, o tyle artykuły "nowolewicowców" są w stanie przynajmniej rozbawić czytelnika, choć, jak mniemam, wbrew intencjom samych autorów. Młodzi, jak to młodzi, są bardzo gniewni, buntują się przeciw złemu światu, chcą go ponaprawiać i zreformować, troszczą się o skrzywdzonych i poniżonych, brzydzą się cwaniactwem i cudzymi pieniędzmi, mają w pogardzie bogactwa i luksusy, a na dodatek są wrażliwi, pełni empatii, afirmatywni, otwarci, oblatani w nowoczesnych ideach i umieją obsługiwać komputery ? istne Judymy i Siłaczki. Przy takiej gamie zalet, drobne wady czynią jedynie ich bardziej ludzkimi, bliższymi soli tej ziemi ? proletariatowi, "tirowcom", pracownikom supermarketów i rzeźni, wszystkim tym, których wzorem Karola Marksa, znają prawdopodobnie z opowieści i klechd, ale którym oddaliby serce i duszę. Zresztą serca zdają się mieć na tyle wielkie, że swą miłością i troską obejmą każdego. P. Brzezicki dowodzi np., że lewica powinna się zajmować młodymi ludźmi, zamiast zostawiać ich samym sobie, gdyż rodzi to rzesze wykluczonych i stanowi skrajny przykład niewrażliwości społecznej. Jeśli to "zajmowanie się" miałoby przybrać formy rozdawania piwa, gandzi czy prezerwatyw, które to środki, jak wiadomo, spełniają cenną funkcję integrującą i przeciwdziałają wszelkim wykluczeniom, to nie wątpię, że rzesze młodych pozostawionych samym sobie będą lawinowo rosnąć. P. Magda Pustoła, "socjolożka", jak wynika z noty, co brzmi równie finezyjnie i ponętnie jak "papieżyca", również przejawia wielką troskę, i to nie tylko o ludzi pracy bądź bez pracy, niezależnie od wieku, ale o całą lewicową menażerię, na którą składają się związki zawodowe, ekolodzy i obrońcy zwierząt, organizacje walczące o prawa kobiet, gejów i imigrantów, alterglobaliści, studenci, artyści, prawnicy, zawodowi lobbyści, dziennikarze. Popadająca w uzasadnioną egzaltację autorka wyjątkowo dużo uwagi poświęca nieludzkiemu ponoć ubojowi zwierząt, co w pierwszej chwili może wydawać się działaniem socjotechnicznie chybionym, tuczniki bowiem, jak na razie, nie stanowią jeszcze liczącego się elektoratu wyborczego, choćby nawet ubito je humanitarnie. Jednak ów mylny wniosek koryguje wyliczenie sukcesów nowej lewicy, która zasługuje na wdzięczność ludu pracującego miast i wsi za: ósmomarcowe feministyczne manify, kampanie przeciwko przemocy w rodzinie i reklamom poniżającym kobiety, walkę o prawo do aborcji, czyli o prawo do decydowania o własnym ciele, kampanię "Niech nas zobaczą" i parady równości, akcję "Tiszert dla Wolności", która zmobilizowała znanych ludzi do wystąpienia przeciwko nietolerancji i dyskryminacji płciowej, seksualnej, obyczajowej, artystycznej, politycznej i religijnej; listy otwarte w obronie wolności artystycznej, Zielonych 2004 i tak dalej. Zgodnie z taka logiką działań dzisiejsza troska o prawa trzody chlewnej i bydła wydaje się uzasadniona, gdyż, być może, już jutro dumni przedstawiciele jeszcze nowszej lewicy poprowadzą przez miasta manify złożone z dyskryminowanych cieląt i baranów "pokazujących się" i paradujących w koszulkach z napisem: "jestem kotletem".
(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 4542 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.