czwartek, 23 wrzesień 2010 12:03

W rodzinie nic nie ginie

Napisał

Po powrocie naszych sportowców z Aten, gdzie odbywały się Igrzyska Olimpijskie, powściągliwi dotąd komentatorzy, których do Grecji pojechało niemal tylu co zawodników, zaczęli gorączkowo się zastanawiać nad tym, dlaczego był to najgorszy występ naszej reprezentacji od pół wieku, a dokładnie od olimpiady w Helsinkach w 1952 r.

Ostatecznie wszyscy doszli do mało wyszukanej w naszych realiach konkluzji: wszystkiemu winna korupcja, lenistwo, biurokracja i nepotyzm. Ogłoszono, że jest źle, a jest źle dlatego, że ludzie są źli, a są źli, bo jest źle ? i nie było już się o co kłócić. Na sport nie ma pieniędzy, bo wszyscy kradną, a kradną dlatego, że nie ma pieniędzy. Co ciekawe, nikt z utyskujących na nasza kadrę olimpijską nie zadał sobie prostego pytanie, a mianowicie, po diabła nam cały ten sport, zwłaszcza równie idiotyczny, jak dyscypliny oglądane w Atenach. Nie słyszy się jakoś, żeby ktoś narzekał, że nie mamy tak słynnych zespołów jak "The Rolling Stones" czy "Deep Purple", tylko wszyscy jęczą, że ktoś tam biega za wolno albo skacze za nisko. Pomijając już to, że finansowanie przez państwo sportu wydaje się mieć równie mało sensu, jak dotowanie garażowych kapel czy ludowych hafciarek (wystarczą zdolni zawodowcy, którzy zarobią na siebie i przy okazji zapłacą podatek), trudno zrozumieć patos i namaszczenie, z którym podchodzi się do rozmaitych spartakiad.
Nie wydaje się, aby reanimowane na początku XX w. przez barona de Coubertin igrzyska w jakikolwiek sposób przyczyniły się do postępu kulturowego czy cywilizacyjnego: jest to jedynie rozrywka, czasem zabawna, czasem dziwaczna, nie odbiegająca specjalnie od wyścigów chartów czy walk kogutów i na takie traktowania zasługuje. Przy tym wszystkim od jakiegoś czasu, w wyniku mnożenia się dyscyplin, rozrywka ta staje się śmiertelnie nudna i organizatorzy ostatnich igrzysk musieli się sporo natrudzić, żeby znaleźć frajerów, którzy za dopłatą będą zapełniali puste trybuny w czasie synchronicznych skoków z trampoliny. Wychodzi na to, że o ile starożytnym Grekom olimpiady przydawały się przynajmniej do odmierzania czasu, a biegacze mogli niekiedy pełnić rolę posłańców przynoszących złe wieści, o tyle w naszej sytuacji impreza ta wydaje się takim samym przeżytkiem, jak festiwal Interwizji. Oczywiście, czasem słyszy się o humanistycznym przesłaniu, o szlachetnej rywalizacji, mało kto jednak traktuje to poważnie, a już na pewno nie trenerzy podający zawodnikom kaszkę z benzedryną.
Być może, cały ten cyrk zemrze niebawem śmiercią naturalną, choć nie jest to takie pewne, gdyż nawet jeśli sportowcy machną nań ręką, pozostanie grupa osób dużo bardziej zainteresowana jego trwaniem, określana mianem "działaczy". W polskich realiach działacze są grupą tak samo nienaruszalną, jak działkowcy, których reprezentacja dumnie wspiera SLD, a wszystko dlatego, że funkcjonują na podobieństwo rodziny. Przez niemal pół wieku rozkręcali swój family bussiness i, patrząc na inwestycje, takie jak choćby nowa siedziba Polskiego Komitetu Olimpijskiego, trzeba stwierdzić, że mają łeb do interesów. Nietrudno zrozumieć, że z ich punktu widzenia dążenie do jak najgorszych wyników naszych sportowców jest racjonalne i jak najbardziej pożądane. W budżecie istnieje przecież określona pula pieniędzy na sport, więc jeśli zawodnik okaże się dobry, trzeba mu będzie wypłacić premię bądź dać nagrodę, a tak, kiedy jest do niczego, nie zapłaci się mu nic, a forsę rozdzieli między sobą. W rodzinie nic nie ginie.
Podobnych rodzin jest zresztą w Polsce wiele. Jak donosi "Wprost", 30% urzędników państwowych nie widzi nic złego w zatrudnianiu w urzędach krewnych i w preferowaniu rodzinnych spółek podczas przetargów na zlecenia publiczne. Wszyscy oni czują się w zajmowanych biurach "jak na swoim" i traktują urzędy niczym prywatne firmy, które mają stać się trampoliną do sukcesu kolejnych pokoleń. Tego rodzaju swojskie "bratanie się" widoczne jest zresztą nie tylko w administracji, ale również w wymiarze sprawiedliwości, służbie zdrowia, szkolnictwie i wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że dzieci lekarzy zostają lekarzami, nawet jeżeli nie odróżniają trzustki od wątroby, a dzieci prawników kończą studia prawnicze, myląc kodeks cywilny z drogowym. Podobna choroba zżera szkoły i uniwersytety (vide ostatnia afera na Uniwersytecie Gdańskim), które po kolejnych cudownych reformach, zapoczątkowanych przez AWS i dzielnie kontynuowanych przez SLD, przypominają zakłady pocztowe wraz z typową dla nich strukturą zarządzania, którą tak zachwycał się Lenin.
Prawdopodobnie gdyby ktoś pokusiłby się o zbadanie stopnia nepotyzmu w wymienionych wyżej instytucjach, tak jak zrobiono to w administracji państwowej, zapewne otrzymałby podobny wynik. Rodziny, niczym kury, obsiadły grzędy, tylko jakoś nie za bardzo chcą znosić jajka; liczą raczej na to, że za zdefraudowane ziarno zbudują sobie nowe, prywatne kurniki. I znów, niestety, szykuje się nam mało odkrywcza konkluzja: wszystkiemu winne złe przepisy i źli ludzie, którzy są źli, bo jest źle, a źle jest dlatego, że ludzie są źli i nie mają pieniędzy, które pokradli inni źli ludzie i tak dalej.
Nie należy jednak być takim "cynicznym negatywistą", jak to ktoś kiedyś powiedział, lecz postarać się, aby liczne minusy nie przesłoniły nam pewnych oczywistych plusów. Być może, już wkrótce delegacja naszych działaczy sportowych zgłosi do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego wniosek o włączenie do kolejnych igrzysk nowych konkurencji w rodzaju "kto szybciej zatrudni wujka" albo "kto pierwszy ustawi synka". A w miejsce hymnu można by się posłużyć rymowanką Jana Chełmickiego: Grunt to rodzinka, grunt to rodzinka, bo kto rodzinkę fajną ma, nie wie, co bieda, bo gdy potrzeba, to mu rodzinka zawsze da!
Oczywiście, moje oceny mogą być niesprawiedliwe ? ostatecznie kieruję się tylko tym, co widzę bądź przeczytam, a prawda, jak mówią, jest zapewne bardziej złożona i leży out there. Być może w tym wszystkim jest jakiś ukryty plan, którego my, powierzchownie odczytujący rzeczywistość, nie możemy pojąć. Kto wie, czy wszystkie te familijne akrobacje nie są próbą umocnienia polskiej rodziny na przekór jej wrogom. Być może tę powszechną i całkowicie oddolną akcję powinni poprzeć nie tylko pogrążeni w demencji działacze, którzy tego ojcowskiego podejścia uczyli się jeszcze w czasach PRL-u, ale na przykład Liga Polskich Rodzin, zdradzająca wyraźne objawy rodzinnej troski i miłości do bliźniego. Taka miłość w umiarkowanej postaci nie jest niczym złym, jeśli jednak przybiera formy patologiczne, ów otoczony troską i umiłowany bliźni nie tylko nie odwzajemni uczuć, ale jeszcze ujawni przeciwne. W takim wypadku, kiedy bliźni nie chce, aby go miłować i się o niego troszczyć, pozostaje jedynie podejście dialektyczne, którego partie narodowo-socjalistyczne od lat z powodzeniem uczą się od marksistów, zresztą podobnie jak ? niestety ? niektórzy ludzie deklarujący się jako konserwatyści. Krotko mówiąc, zasada jest taka: niezależnie od tego, co kto chce, to i tak chce źle, gdyż jest ktoś, kto wie, czego naprawdę powinno się chcieć.
Zgodnie z tym aksjomatem Liga Polskich Rodzin wystąpiła z silnym hasłem obrony polskiej rodziny przed nią samą i jej własnymi interesami, domagając się zamknięcia sklepów w weekendy. Nie zdecydowano się ostatecznie, czy zamknąć wszystkie sklepy, czy tylko "duże", co, być może, wynikało z uświadomienia sobie konsekwencji tzw. paradoksu łysego (gdzie istnieje obiektywna granica między "małym sklepem" a "dużym sklepem"?), nie ma to jednak ostatecznie większego znaczenia, gdyż, jak powiadają lokatorzy piekła, liczą się tylko dobre intencje. W tym zaś wypadku liczy się troska działaczy Ligi o polskie rodziny, które ponoć głupieją, a nawet rozpadają się w sklepach, podczas gdy mogłyby słuchać pogawędek serwowanych przez Radio Maryja, w przerwach zaś z poczuciem dumy narodowej oglądać popisy naszych olimpijczyków. W każdym razie, jeśli plan się powiedzie, w sobotni poranek po piątkowym bankiecie nikt już nie będzie włóczył się po mieście w poszukiwaniu kiszonych ogórków czy jasnego piwa, ale sięgnie po odpowiednią i słuszną prasę, pokręci gałką w radiu albo zastanowi się nad swoim losem i rąbnie jakąś elegię.
Cały ten pomysł ochrony rodziny jest w istocie bardzo postępowy i jeśli chodzi o wytrwałe dążenie do socjalizmu LPR mogłaby śmiało konkurować ? a piszę to bez cienia cynizmu ? z antyglobalistami, nie mogącymi pogodzić się z tym, że w krajach trzeciego świata ludzie chcą jeść hamburgery, czy feministkami, których bezkompromisowa troska o wszystkie bez wyjątku kobiety sprawia wrażenie, mówiąc oględnie, luźnego kontaktu z rzeczywistością. Nie od dziś wiadomo, że kiedy realizuje się misję zbawienia ludzkości (bo jeśli dobrze rozumiem, wszystkim szczerze o to chodzi), nikt nie słucha jednostek, które nie chcą być zbawione, nawet jeśli stanowią większość. Demokracja jest jak papier toaletowy w miejskim szalecie: trzeba ją dozować. Cóż z tego, że te wszystkie rodziny, które Liga ma w tytule, chcą chodzić w weekendy do sklepów? To nieważne, bo Liga wie lepiej i w nosie ma jakieś niemoralne i liberalne postulaty wolności. Pamiętają Państwo? ? Liga broni, Liga radzi, Liga nigdy cię nie zdradzi!

(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 5927 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.