czwartek, 30 wrzesień 2010 08:07

Quo vadis ars?

Napisał

W 1999 r. w nowojorskim Brooklyn Museum miała odbyć się wystawa zatytułowana "Sensation", prezentująca prace młodych gniewnych artystów z Wielkiej Brytanii. Jednym z nadzwyczajnych dzieł, o którym głośno było, już zanim wzniesiono pierwsze toasty na wernisażu, był obraz Chrisa Offili, zatytułowany "Święta dziewica Maryja", przedstawiający gnomicznego stwora z przylepionymi do piersi odchodami słonia, otoczonego wianuszkiem wycinków z gazetek pornograficznych. Rzesze krytyków z otwartymi ustami czekały na ten cud ludzkiego geniuszu, który - przyznajmy otwarcie- nieskończenie przewyższał swoją subtelnością, wnikliwością, alegorycznością, kunsztem i nowatorstwem tego rodzaju etnocentryczne i reakcyjne knoty, jak "Madonna wśród skał" Leonarda czy "Widok Delft" Vermeera. Nie była to żadna drobnomieszczańska ugrzeczniona laurka, lecz pierwszorzędny przykład sztuki otwarcie zaangażowanej, dokonującej transgresji granic, formy, treści i sensu.

Niestety, okazało się, że nawet w tak postępowym mieście, jak Nowy Jork, znajdą się ludzie, którzy ze swoimi poglądami dawno powinni wylądować na śmietniku historii. Jednym z nich był ówczesny burmistrz Rudolph Giuliani, który nie rozumiejąc głębokiego przesłania wspomnianego dzieła, jak i całej wystawy, odmówił finansowania muzeum z kasy miejskiej (a dostawało ono co roku 7,2 mln dolarów). Artyści i krytycy najpierw zaniemówili z oburzenia, a potem podnieśli histeryczny wrzask, zarzucając Giulianiemu kneblowanie sztuki i zamach na konstytucyjnie zagwarantowaną wolność słowa. W końcu cała sprawa trafiła do sądu, ten zaś rozstrzygnął ją na niekorzyść burmistrza. Wystawa odbyła się, miasto za nią zapłaciło, krytycy poślinili się z zachwytu, artyści zgarnęli gażę, a kilku przechodniów miało okazję obcować ze sztuką przez wielkie SZ.
Tego typu sytuacje powtarzają się co jakiś czas, również i w naszym kraju. Najpierw kontrowersyjne dzieło sztuki, potem czyjeś oburzenie, a następnie głosy obrońców wypowiedzi artystycznej. Tak było przy okazji pamiętnej wystawy "Naziści", taki sam przebieg miały spory wokół "rzeźby' przedstawiającej papieża przygniecionego meteorytem, wedle takiego samego scenariusza rozgrywał się spór wokół bydgoskiego muzeum, którego dyrekcję postanowiono odwołać ze względu na to, że w ciągu niespełna dwóch lat wydała 82 tys. zł. na zakup produktów współczesnych artystów. Przy okazji tego ostatniego zdarzenia ? a także głośnej sprawy Doroty Nieznalskiej ? powróciła, m.in. na łamach GW, dyskusja dotycząca granic wypowiedzi artystycznej i możliwości ingerowania w nią władz. Przeważały opinie, że artysta ma prawo robić, co chce, bo sztuka nie zna granic, a państwu i publiczności nic do tego. Jeśli komuś się coś nie podoba, argumentowano, to niech tego nie ogląda.
Takie rozumowanie można by od biedy uznać za liberalne, gdyby nie pewien istotny szczegół, który ? co dziwne ? umknął uwadze zarówno obrońców, jak i krytyków współczesnej sztuki. Otóż we wszystkich wspomnianych wypadkach ? od Giulianiego począwszy, a na Nieznalskiej skończywszy ? zasadnicza kwestia nie dotyczy tego, co artysta mówi i co wolno mu powiedzieć, ale tego, na czyj koszt to robi. Giuliani nie miał pretensji do jakiejś prywatnej galerii, która jako dzieła sztuki wystawia na własny koszt odchody czy symbole religijne wkomponowane w zdjęcia porno, lecz do państwowego muzeum, które finansowane jest ? pośrednio ? przez wszystkich mieszkańców Nowego Jorku. Podobnie w Bydgoszczy władze miejskie nie miały pretensji do prywatnego kolekcjonera kupującego za olbrzymie sumy dzieła sztuki współczesnej, których faktyczną wartość można pewnie będzie ocenić za jakieś sto lat, ale do państwowej instytucji, która wydaje publiczne pieniądze w sposób mogący budzić wątpliwość. Dlatego też, jeśli chcemy mówić o wolności wypowiedzi artystycznej w takich sytuacjach, jak powyższe, powinniśmy właściwie postawić problem i zapytać o to, jakie są granice wolności artysty finansowanego z pieniędzy podatników (a więc artysty wystawiającego swe prace w państwowych galeriach i muzeach). Pytanie to pociąga za sobą kolejne, nie mniej istotne: czy istnieją jakieś sensowne powody, dla których sztuka współczesna miałaby być finansowana z budżetu państwa?
Ponieważ obrońcy nowoczesnej sztuki nadzwyczaj często lubią powoływać się na liberalizm i wolność, spróbuję pokazać, że to, co głoszą, w gruncie rzeczy nie ma nic wspólnego z liberalizmem w klasycznym rozumieniu tego słowa, a państwo, do którego modelu zdają się być najbardziej przywiązani, do złudzenia przypomina PRL wraz z jego wszystkimi absurdami.
Zwolennicy sztuki nowoczesnej twierdzą, że żadna władza nie ma prawa ingerować w to, co dzieje się w galeriach, nie może również wpływać na decyzje pracowników galerii czy muzeów dotyczące tego, jakiego rodzaju eksponaty będą tam wystawiane. Zgodnie z takim postulatem, zarówno artysta, jak i pracownik galerii (który, decydując o doborze dzieł, faktycznie spełnia rolę marszanda), mają być absolutnie autonomiczni i wszelkie próby wpływania na nich są bezprawną ingerencją w wolność sztuki. Problem polega jednak na tym, jak już wspomniałem, że właścicielem galerii sztuki współczesnej, prowadzonych np. przez BWA, nie jest prywatna osoba, lecz państwo bądź gmina, a w takiej sytuacji każdy płatnik podatków jest współwłaścicielem mającym pewne prawa. Najogólniej rzecz biorąc, społeczeństwo, czy też wspólnota ludzi płacących podatki, zobowiązuje państwo, aby poprzez swoich urzędników sprawowało pieczę nad tego rodzaju instytucjami. W takiej sytuacji ingerencja np. władz samorządowych w to, jak dyrekcja muzeum wydaje pieniądze, jest zwykłą ingerencją właściciela (a raczej powiernika właściciela) w swoją własność. Państwowe ? wyraźnie podkreślam ? muzeum czy państwowa galeria jest instytucją utrzymywaną przez nas wszystkich, podobną do państwowej szkoły czy państwowego teatru. Tego rodzaju instytucja nie może być całkowicie autonomiczna, a swoboda decyzyjna jej pracowników z konieczności musi być ograniczona. Państwo zarządza galeriami w imieniu nas wszystkich i dlatego też ma prawo ingerować w ich działalność. Z formalnego punktu widzenia ingerencja ta nie jest więc w żadnym razie bezprawna, choć oczywiście można się spierać o to, czy w tym bądź innym wypadku jest potrzebna. Nie mamy tu jednak do czynienia z żadnym pogwałceniem wolności, przynajmniej nie w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Sytuacja jest taka sama, jak wtedy, kiedy np. barman, któremu powierzyłem pieczę nad moją restauracją, wyrzuca klienta oddającego mocz do kufla albo zakazuje kelnerom "chrzczenia" piwa wodą.
W tym wypadku sprawa wydaje się więc prosta. Jeśli ktoś chce wystawiać eksponaty typu wypchany kot, obrazek wykonany ekskrementami słonia, pochlapane krwią prześcieradło etc., może to sobie robić na własną odpowiedzialność i za własne pieniądze. Jeśli na tym zarobi ? doskonale, jeśli straci ? trudno. Podobnie, jeśli ktoś chce nauczać o krasnoludkach, elfach i czarodziejach, nie powinien się dziwić, że żadna państwowa uczelnia go nie zatrudni. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby założył własną prywatną szkołę i miał nadzieję, że nie splajtuje po miesiącu. W każdym razie odmawianie właścicielowi czy właścicielom prawa do ingerencji w swoją własność jest, zwłaszcza z liberalnego punktu widzenia, nonsensem.
Na razie mówiliśmy o sytuacji, w której państwo jest właścicielem galerii, a więc ? o tyle, o ile niektórzy artyści żyją dzięki wystawianiu swoich prac w tych galeriach ? jest mecenasem sztuki. Należałoby jednak w tym wypadku zadać podstawowe pytanie: czy istnieje jakiś dobry powód, aby państwo (a więc my wszyscy) łożyło pieniądze na sztukę (tzn. na malarstwo, literaturę, film, muzykę etc.). Pomińmy od razu sferę tzw. dziedzictwa narodowego, obejmującą dzieła, które przetrwały próbę czasu oraz te, które pielęgnuje się tylko dlatego, że są stare. Nie chodzi o zabytki, lecz o twórców żyjących i tworzących obecnie. Zastanówmy się zatem, czy państwowy mecenat nad sztuką współczesną i wszystkie płynące stąd konsekwencje faktycznie zapewniają jej wyższy poziom, tzn., czy sztuka finansowana z budżetu stoi na wyższym poziomie, niż sztuka utrzymująca się dzięki wolnej konkurencji bądź prywatnym mecenasom.
Biorąc pod uwagę przykłady z historii, na powyższą kwestię należałoby odpowiedzieć zdecydowanie negatywnie. Finansowanie z budżetu państwa sztuki jest tak samo bezzasadne, jak finansowanie np. projektantów mody, muzyków rockowych bądź twórców graffiti. Przypadek PRL-u dowodzi, że niemal każda subwencjonowana przez państwo dziedzina prędzej czy później pogrąża się w zapaści i ostatecznie może istnieć tylko dzięki dotacjom, nie zaś dzięki temu, że jest na nią zapotrzebowanie. Kiedy ludzie wiedzą, że dostaną pieniądze, niezależnie od tego co zrobią, przestają się starać, przestają się rozwijać, pracować nad sobą. Produkty państwowe w większości wypadków są gorszej jakości niż te, które wytwarza branża prywatna, gdzie każdy wyrób musi z konieczności być zweryfikowany poprzez konfrontację z konkurencją. Dotyczy to zarówno samochodów, jak i obrazów czy filmów.
Nie ma nic złego w tym, że dzieła sztuki podobają się szerokiej publiczności, która dobrowolnie za nie płaci. Wielki artysta nie musi przymierać głodem. To krytycy sztuki, od lat wmawiający ludziom, że prawdziwe dzieła nie mogą dobrze się sprzedawać, postawili sprawę na głowie: wedle nich dowodem na artyzm wystawy (spektaklu, filmu etc.) jest albo to, że nikt jej nie chce oglądać, albo to, że jest krytykowana. Artysta w rodzaju Rafaela, zostałby dziś przez środowisko okrzyknięty "twórcą komercyjnym": nie dość, że nie szokuje, to jeszcze podoba się ludziom. Gdyby dziś tworzyli malarze w rodzaju Claude'a Lorraine'a czy Friedricha, krytyka zakwalifikowałaby ich jako producentów kiczu (o ile w ogóle zwróciłaby na nich uwagę), roztkliwiając się równocześnie nad głębią przekazu dzieł w stylu krucyfiks w nocniku czy biała farba na białym gruncie.

(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 7078 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.