czwartek, 30 wrzesień 2010 21:34

Projektanci lepszych światów

Napisał

"Oj niedobrze, panowie, niedobrze" - tymi słowy rozpoczynał się każdy odcinek pamiętnych Rycerzy Andrzeja Waligórskiego. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że niedobrze może być tylko na Dzikich Polach. Poczucie niezadowolenia jest równie stare, jak sama ludzkość, a nawet starsze niż ten nasz, porzucony na peryferiach Drogi Mlecznej padół łez. Jeśli wierzyć przekazom, już wśród istot nadprzyrodzonych nie brakło takich, którym niezadowolenie z tego, co jest, nie dawało spać po nocach. Niezadowolony Lucyfer został strącony przez Boga do posępnej i ciemnej nory, gdzie wraz ze zgrają podobnych sobie kreatur założył pierwszą partię niezadowolonych. Przyglądając się baraszkującej nago w raju niewinnej parze ludzkiej, doszedł do wniosku, że jemu i jego kamratom należy się to samo. W imię sprawiedliwości społecznej postanowił więc trochę zmienić bieg historii.

Adam i Ewa z początku byli zadowoleni, jednak, jak się miało wkrótce okazać, zadowolenie to było rezultatem fałszywej świadomości, w jaką zaopatrzył ich Bóg. Lucyfer wytłumaczył Ewie, ta zaś Adamowi, że tak naprawdę znajdują się w fatalnej sytuacji, tylko o tym nie wiedzą. Adam zaczął więc być niezadowolony z tego, że nie wie o tym, iż jest nagi, a kiedy już się dowiedział, ów fakt wprawił go w jeszcze większe niezadowolenie. Niezadowolony Bóg przegnał Adama z rajskiego ogródka, ten zaś z niezadowolenia zbliżył się do Ewy, która w bólach i niezadowoleniu (jak jej przepowiedział Stwórca) porodziła dwóch synów. Jeden z nich co prawda z początku był zadowolony, jednakże tylko do chwili, kiedy niezadowolony z jego zadowolenia brat pozbawił go życia. Z faktu tego niezadowoleni byli zarówno rodzice, jak i Bóg, tak więc Kain ? bo tak miał na imię ? musiał niezadowolony błąkać się po świecie z piętnem na czole. Dalsze dzieje ludzkości w zasadzie sprowadzają się do stałego utyskiwania na rzeczywistość i mniej lub bardziej pomysłowych prób zaradzenia swojej fatalnej sytuacji. "Oj niedobrze, panowie, niedobrze" ? słychać było i na Ziemi, i w niebiosach.
Nasi przodkowie, istoty niepiśmienne, nie znające dobrych manier, języków obcych i telewizji, dysponowali dość ograniczonym zasobem środków pozwalających na wyrażenie niezadowolenia. W istocie możliwe były tylko dwa wyjścia: albo siąść w kącie jaskini (lepianki, komnaty ? gdzie kto mieszkał), albo sięgnąć po maczugę (pałkę, toporek ? co kto miał pod ręką) i dać upust złemu samopoczuciu. Ogólne mordobicie, połączone z chędożeniem, łupieniem i podpalaniem, od wieków było ulubioną rozrywką ludzkości, przynoszącą nie tylko zyski, ale i sporo uciechy, nic więc dziwnego, że wyrażanie swego niezadowolenia w formie czynnej zyskało wielu zwolenników. Łupy, branki, zniewalanie i ciemiężenie okazały się doskonałym sposobem na przezwyciężenie niezadowolenia.
Kiedy już nie ma co łupić i brać, zawsze pozostają hulanki i swawole, kiedy jednak despota zaczyna się nudzić, kiedy nic go nie bawi ? powracają stare problemy. Nadchodzi wówczas ten smutny okres, kiedy posługująca się sprawnie rękami, nogami i zębami istota ludzka zaczyna coraz częściej ? na własną zgubę ? używać szarego organu znajdującego się zaraz za oczami i nosem. Ta galaretowata, niegroźna z pozoru substancja, nie dopuściła do tego, aby człowiek po kres swoich dni trwał w gnuśnym samozadowoleniu i ? mówiąc metaforycznie ? kazała mu wyjść z jaskini lamentów i rękoczynów ku światłu rozmyślań. Jak powiedział pewien filozof, kiedy ludzie zaspokoili już wszystkie swoje ziemskie potrzeby, okazało się, że zostało im sporo wolnego czasu, który nie pozwolił dłużej trwać w zadowoleniu. Zaczęli myśleć. I tak myśląc w wolnych chwilach ? najpierw nieśmiało, ukradkiem, w tajemnicy przed innymi, potem już na całego, bezwstydnie i bez ograniczeń ? doszli do wniosku, że nie są zadowoleni z tego, że są zadowoleni. Ta kropla trucizny dolana do napoju nie zadziałała homeopatycznie ? od razu zatruła cały organizm. Niezadowolenie powróciło ze zdwojoną siłą. Ludzie spoglądali na siebie, spoglądali na niebo, na świat, na kraje, na miasta, na swoje żony, dzieci, niewolnice, zwierzęta domowe, rośliny uprawne, nawozy sztuczne, przedmioty domowego użytku, na potrawy, książki, gazety lub czasopisma i wyrokowali: "oj, niedobrze, panowie, niedobrze".
Pomijając tych nielicznych, którzy nadal trwali w fałszywym zadowoleniu, awangarda rozmyślającej ludzkości postanowiła jakoś się ze swoim niezadowoleniem uporać. Nie ulegało wątpliwości, że świat jest daleki od doskonałości. Czasy są ciężkie, ustrój zły, drogi wyboiste, żony kłótliwe, sąsiedzi zawistni, dzieci wyrodne, tramwaje zatłoczone, jedzenie drogie, psy zapchlone, praca ciężka, płaca marna, a życie krótkie. Z czego tu się cieszyć? Skoro jednak zaczęło się rozmyślać, wstyd poprzestać na narzekaniach. Że jest źle ? to wiemy, ale teraz trzeba by wyjaśnić, dlaczego jest źle i co wobec tego mamy robić. Kluczową rolę odegrało tu wyobrażenie świata całkowicie różnego od naszego, świata, w którym wszystko jest jak trzeba. Termin "utopia", jakim zaczęto świat ten określać, oznaczał pierwotnie miejsce, którego nie ma, jednakże co do powodów nieistnienia owego doskonałego stanu rzeczy istniały spore rozbieżności.
Jedni doszli do wniosku, że ów doskonały świat już istniał i nigdy nie powróci. Innymi słowy, jest źle, a lepiej już było. Lepiej zaś było wtedy, kiedy nas nie było, przed potopem albo jeszcze dawniej, może w raju, może w niebie, kto wie. Skoro było, to nie jest i z pewnością już nie będzie. Pozostaje tęsknota i powolna droga w dół. Upadek jest nieuchronny, ale zawsze człowiek może się zadumać i westchnąć: ech, kiedyś to były czasy... Za Franza Josefa, proszę pana!... Tak powstała konserwatywna utopia bezpowrotnie utraconej Arkadii.
Drugie podejście można zamknąć w formule jest, jak jest. Jest źle, ale też zawsze było źle i nigdy nie będzie lepiej. Doskonałego świata, takiego, jaki widzimy na obrazkach, nie ma, nie było i nie będzie. Możemy być niezadowoleni z tego, że ludzie wokoło się mordują, ale musimy uświadomić sobie, że zawsze się mordowali i wszystko wskazuje na to, że w przyszłości nic się nie zmieni. Praca jak była, tak będzie ciężka, a weekendy za krótkie. Nie ma za czym wzdychać, nie ma na co czekać: tęsknota i nadzieja zatruwają życie. Niezadowolenie z rzeczywistości jest nieusuwalną cechą każdej istoty ludzkiej, podobnie jak pragnienie czy głód. Można je na krótką chwilę zwalczyć, ale zaraz powróci i będzie powracać, niezależnie od tego, jaka ta rzeczywistość będzie. Tako rzecze realista.
Trzecie rozwiązanie zawiera w sobie obietnicę: jutro będzie lepiej. Świat jest niedoskonały, ale kiedyś był jeszcze gorszy, co pozwala nam wnioskować, że w miarę upływu czasu wzrasta doskonałość. Nie utraciliśmy raju: on jest dopiero przed nami. Konserwatywny mizantrop i sceptyczny realista ostatecznie godzą się z tym, jaki świat jest, optymistyczny postępowiec natomiast pragnie go zmienić, i to nie w tym czy innym szczególe, ale w całości. Niezadowolenie przeradza się w złość, złość popycha do radykalnych rozwiązań: skoro obecny kształt świata jest źródłem cierpień, w takim razie trzeba ten świat zastąpić innym. Konserwatysta tęskni, realista obojętnieje, postępowiec projektuje. "Jutro będzie lepiej" ? powtarza znad papierów ? "popatrzcie tylko: trzeba zrobić tak i tak, a potem wszystko się zmieni na lepsze. Czasy będą piękne, ustrój doskonały, drogi równe, żony piękne i wspólne, sąsiedzi przyjaźni, dzieci kochające, tramwaje puste, jedzenie darmowe, psy gadające, praca lekka, płaca wysoka, a życie wieczne". U postępowca niezadowolenie ze świata i złość, że jest, jaki jest, łączą się z wiarą w możliwość zmiany, nadzieją na lepszą przyszłość i miłością do własnych projektów. Wszystkie te trzy cechy są zaraźliwe, sama choroba zaś, której jest rezultatem, zazwyczaj nieuleczalna. Spróbujmy przyjrzeć się jej podstawowym objawom, przywołując przy okazji znane z historii przypadki kliniczne.

Zniesienie własności prywatnej
Niemal wszyscy projektanci lepszych światów są przekonani, że jednym z podstawowych źródeł dzisiejszego zła jest własność prywatna. Wyprowadzają stąd prosty wniosek, że skoro ludzie są niezadowoleni ze świata, w którym własność taka przeważa, to z pewnością zadowoli ich świat, w którym wszystko będzie wspólne. Samo pojęcie własności wspólnej jest nad wyraz mętne i używający go myśliciele ograniczają się zazwyczaj do stwierdzenia, że dotychczas właścicielem takich rzeczy, jak fabryki, lokomotywy, telefony, kartofliska, krowy czy szczoteczki do zębów byli konkretni ludzie, natomiast w doskonałym świecie wszystko to będzie własnością "społeczeństwa" czy też "państwa". Nie do końca wiadomo, jak twory takie jak społeczeństwo czy państwo mają cokolwiek "mieć". W teorii zazwyczaj chodzi o to, że każdy członek społeczeństwa, każdy obywatel ma mieć wszystko, w praktyce jednak okazuje się, niestety, że faktycznie nikt nie ma niczego.
Niemniej jednak utopiści są przekonani, że zniesienie własności prywatnej wykorzeni z ludzi fatalną cechę egoizmu, którą uważają za przyczynę wszelkiego zła. Wspólne, kolektywne, znaczy u nich dobre, prywatne, indywidualne ? złe. Takie postawienie sprawy powoduje, że większość utopii przypomina komunistyczne kołchozy, w których wszyscy razem sadzą i zbierają wspólne buraki, wspólnymi siłami pędzą z nich bimber, którym potem kolektywnie się raczą, aby wreszcie lec pokotem na wspólnej sali, gdzie nikt nie zważa na to, czyja żona chrapie obok. Można zresztą podejrzewać, że u podstaw tego dziwacznego wniosku o wyższości własności wspólnej nad prywatną leżą obserwacje życia bydła, które pasie się na wspólnej łące i nie wadząc sobie wzajem spokojnie, bez agresji, żuje zielsko. "Żeby tak być krową" ? wzdychał filozof w Czerwonym pokoju Strindberga, wyrażając tym samym cechującą niektórych przedstawicieli swego fachu szczerą chęć do życia prostego i zgodnego z naturą.
Likwidacja własności prywatnej nie może pozostać bez wpływu na ludzką mentalność, nie od dziś bowiem wiemy, że byt kształtuje świadomość. Projektanci lepszych światów są przekonani, że gdy wszystko będzie wspólne, egoizm i zawiść znikną ze wszystkich dziedzin ludzkiego życia. Jednym z rezultatów ma być przewrót w stosunkach rodzinnych, które, jak wszystko, zostaną skolektywizowane. W dzisiejszym okrutnym świecie, dowodzą, dziecko czy żona traktowane są jak swego rodzaju własność: wybieramy dla dziecka szkołę, każemy mu się uczyć, nie pozwalamy na seks z panem od edukacji seksualnej, odmawiamy praw wyborczych, zabieramy alkohol i broń. Równie źle wygląda sytuacja kobiety. Burżuj, piszą Marks z Engelsem, "widzi w swej żonie zwykłe narzędzie produkcji", o które jest zazdrosny, z którym nie chce się dzielić z innymi. Nie może zrozumieć, że jego żona, podobnie, jak łopata czy plantacja buraków, jest dobrem wspólnym.

(?)
Damian Leszczyński
Wyświetlony 4656 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.