Damian Leszczyński

Damian Leszczyński

niedziela, 30 maj 2010 09:52

Salonowe kołtuństwo

Niezależnie od tego, jak oceniać będziemy zmianę władzy, która nastąpiła w Polsce po wyborach 2005 r., można dostrzec, że pewne problemy, traktowane dotąd marginalnie przez główne media, straciły swój niszowy charakter i stały się przedmiotem zasadniczych debat. Takie kwestie, jak istnienie byłych agentów SB wśród dziennikarzy czy księży, korupcja na najwyższych szczeblach władzy, patologiczne związki tajnych służb ze sferą biznesu i polityki nie są od pewnego czasu tematem pomijanym, o którym nie mówi się, aby nie psuć sielankowego obrazu polskiej transformacji od totalitaryzmu do liberalnej demokracji. Zmiana nastawienia obejmuje zresztą dużo szerszy zakres tematów, o których dotychczas starano się - w imię rozmaitych interesów - nie dyskutować. Można tu przywołać problem wad i kosztów liberalnego podejścia w sądownictwie i edukacji, pytanie o kształt polskiej polityki zagranicznej czy też kwestie związane z pamięcią historyczną. Wystarczy sięgnąć po prasę sprzed kilkunastu lat, aby dostrzec, że nawet te media, które wówczas wszelkie uwagi o korupcji czy agenturze traktowały jako objaw paranoi, wnioski o zaostrzenie prawa - jako wyraz sadyzmu, a mówienie o polskim interesie narodowym jako szowinizm, dzisiaj wypowiadają się w innym tonie.

niedziela, 30 maj 2010 09:13

Pożyteczni idioci i cwaniacy

Dawno, dawno temu, w czasach kiedy nie było Unii Europejskiej i bankomatów, grecki medyk Hipokrates podzielił ludzi na cztery kategorie: choleryków, flegmatyków, sangwiników i melancholików. Kategorie te obejmują cały rodzaj człowieczy i każdy z nas, chce czy nie chce, do którejś z nich należy. Oczywiście, podział ów jest w pewnej mierze arbitralny i można próbować stworzyć inne, konkurencyjne. Dla przykładu, Ernest Kretschmer mówił o atletykach, pyknikach i leptosomatykach, a niestrudzony Charles Fourier, utopijny socjalista i wynalazca falansteru, dowiódł, że istnieje 810 podstawowych typów charakterów (nie licząc typów pośrednich i mieszanych), z których każdy charakteryzuje się dwunastoma wyszukanymi namiętnościami. O ile wiem, pod tym względem nikt Fouriera nie przebił i wciąż jest on (pod względem ilościowym) niedościgłym mistrzem charakterologicznej taksonomii.

piątek, 28 maj 2010 09:04

Polityczny nominalizm

Arcykonserwatywny monarchista Józef de Maistre zauważył kiedyś, że wielokrotnie spotykał Niemców, Rosjan, Francuzów, ale nigdy nie spotkał ?Człowieka?. Chciał w ten sposób podkreślić, wbrew entuzjastom rewolucji francuskiej z jej pomysłem powszechnych ?praw człowieka?, że przedmiotem troski zbawców ludzkości jest pewna fundamentalna fikcja, tym groźniejsza, że staje się obiektem bałwochwalstwa. De Maistre niewątpliwie miał rację ? ?Człowieka? jako takiego nikt nigdy nie spotkał. Ale czy nie należałoby pójść dalej i stwierdzić: spotkałem Józefa, Hansa, Pierre?a ? ale nigdy nie spotkałem ?Polaka?, ?Niemca? czy ?Francuza??

poniedziałek, 17 maj 2010 18:05

Wielki filozoficzny szwindel

Czy można zarobić na rewolucji? Bez wątpienia. Hasło"rabuj zrabowane" sprawia, że awans społeczny trwa zaledwie tyle, ile czasu potrzebuje hołota, aby wbiec na komnaty Wersalu. Jeśli nie jest się z urodzenia ascetą, jak Stalin czy Gomułka, przed człowiekiem stoją nieograniczone możliwości gromadzenia i konsumpcji dóbr. Wystarczy spojrzeć na afrykańskich satrapów, którzy sprytnie korzystając z mody na antykolonializm i deklamując miłe zachodnim intelektualistom hasła sprawiedliwości społecznej, obłowili się niczym Hunowie, przy okazji doprowadzając swoje narody do nędzy, upodlenia i wzajemnej rzezi. Niezgorzej powodziło się europejskim utrwalaczom rewolucyjnie zdobytej władzy ludowej, takim jak Honecker, Żiżkow czy Ceaucescu, którzy nawet nie wysilali się na ideologiczne uzasadnienia owej "dialektycznej sprzeczności", jaką było powstanie klasy posiadaczy w społeczeństwie teoretycznie bezklasowym. Brali, co było pod ręką, jak wyzwoleńcza Armia Czerwona.

poniedziałek, 17 maj 2010 17:51

Ale wkoło jest wesoło

Henri Bergson, zastanawiając się nad istotą komizmu, zauważył, że jednym ze zjawisk, które wywołuje w nas śmiech, jest przesada. Przesada - pisał -bywa komiczna, kiedy jest dłuższa, a zwłaszcza kiedy jest systematyczna. Być może, w czasach Bergsona przesadę stosowano z umiarem, jednak dziś dopada nas ona na każdym kroku, a systematyczność, z jaką niektórzy ją stosują, każe podejrzewać, że stała się nałogiem i jedynym sposobem wyrazu. Zgodnie z diagnozą Bergsona powinno więc być nam wszystkim wesoło i jeśli nie jest, to chyba tylko dlatego, żeśmy do tej przesady nawykli i w pewnym momencie uznali ją za normę. Ale wystarczy oddalić się parę kroków, spojrzeć z perspektywy, aby znów człowiek mógł pośmiać się niewinnie i uczciwie jak dziecię.

środa, 05 maj 2010 16:32

Polityczne perpetuum mobile

Rozum ludzki nie potrafi się uwolnić od wiary w to, że doskonałość jest osiągalna na tym świecie. Wiara ta momentami przeradza się w obsesję. Najmniej szkodliwym tego wyrazem są bajki, w których napotykamy nie tylko nieskazitelnie czyste królewny czy nieskończenie rycerskich rycerzy, ale również sakiewki bez dna, samonakrywające się stoliczki i krainy pieczonych gołąbków, ze znawstwem odmalowane przez Bruegla.

poniedziałek, 03 maj 2010 14:48

"Dziennik" Wyborczy

Wydawany przez niemiecki koncern Axel Springer "Dziennik" miał być próbą zagospodarowania tej części czytelników, dla których "Gazeta Wyborcza" była zbyt lewicowa i prokomunistyczna, "Fakt" za wulgarny, a "Nasz Dziennik" zbyt mocno kojarzony z Radiem Maryja. Chodziło więc o stworzenie przeciwwagi dla wydawanego przez Agorę giganta, a więc takiej gazety nie powielającej dziennikarskich schematów, na które spora część ludzi jest już uczulona, a więc: natrętnego moralizatorstwa, ciągłych odwołań do inteligenckiego etosu, antypolskości, nachalnej agitacji za Unią Europejską i bezmyślnego powielania wszystkich zachodnich mód, o ile tylko są postępowe. Chodziło więc nie tylko o to, żeby zaproponować inną treść, ale przede wszystkim inny styl pisania, gdyż wskutek wieloletniej dominacji GW na rynku prasowym spora cześć naszej publicystyki pozbawiona jest zupełnie tego, co cechowało klasyczne dobre dziennikarstwo czy eseistykę polityczną: ironii, dystansu, odrobiny cynizmu i zjadliwości, a przede wszystkim umiejętności zamknięcia tekstu w sensownej i przemyślanej z góry formie. W GW, "Polityce", "Tygodniku Powszechnym" czy "Przekroju" dominują teksty, które poziomem warsztatu przypominają nieraz artykuły z gazetki szkolnej, nie mówiąc już o pisanych "od serca" komentarzach redakcyjnych i topornych felietonach (twory Pilcha i Grońskiego mogłyby służyć studentom dziennikarstwa za modelowy przykład tego, jak pisać kompletnie bez ikry i doprowadzić do tego, że czytelnik zaśnie nie ukończywszy pierwszego akapitu). Zresztą, prawdę mówiąc, wiele pism prawicowych prezentuje równie mierny poziom (nie pod względem treści, ale warsztatu i stylu), atakując czytelnika poetyką rodem z nowel Orzeszkowej czy Konopnickiej i uderzając co chwila w wielkie dzwony, co wynika, być może, z przekonania, że skoro jest się małym, to trzeba głośno krzyczeć, aby mieć rację.

poniedziałek, 03 maj 2010 14:25

Socjalizm zwycięży!

Niektórzy twierdzą, że nie mamy na nic wpływu. Ani w skali globalnej, ani w lokalnej. Niezależnie od tego, jak dużo energooszczędnych żarówek wkręcimy, klimat i tak się ociepli, a Ziemię prędzej czy później trafi szlag. Możemy zacieśniać nasze więzy przyjaźni międzynarodowych, znosić kolejne granice, wydać wojnę stereotypom i uprzedzeniom, walczyć z nietolerancją i dyskryminacją, aby wszyscy stali się sobie bliscy jak bracia, a wszechświat i tak się będzie rozszerzał, wskutek czego mimo duchowej bliskości ostatecznie będziemy od siebie oddaleni o tysiące kilometrów. Możemy też dbać o siebie, podnosić własne kwalifikacje, doskonalić umiejętności, poznawać języki i kraje, być bardziej afirmatywni i progresywni, nowocześni i docześni, pojętni i majętni, a koniec końców i tak wszyscy pomrzemy. Gruda ziemi na twarz i koniec na wieki - jak mawiał poczciwy Pascal.

poniedziałek, 03 maj 2010 10:07

Kłopotliwa demokracja

Jednym ze stałych tematów naszej debaty publicznej jest problem demokracji – jej przestrzegania i łamania, wspierania i nadużywania, obrony i niszczenia. Zależnie od koniunktury politycznej, część publicystów i polityków uważa, że w wyniku zwycięstwa pewnych opcji politycznych demokracja znalazła się w niebezpieczeństwie, część zaś – przeciwnie – twierdzi, że to właśnie dowodzi istnienia demokratycznych reguł gry. Z punktu widzenia środowisk lewicowych rozwój demokracji w Polsce przebiega po sinusoidzie: Polacy najpierw „nie dorośli do demokracji”, wybierając Wałęsę, następnie dojrzali do niej, głosując dwukrotnie na Kwaśniewskiego, aby potem znów popaść w niedorozwój i poprzeć Kaczyńskiego oraz PiS. Prawica interpretuje owe momenty „niedojrzałości” jako rezultat skutecznego działania demokratycznych mechanizmów, pozwalających społeczeństwu odsuwać od władzy osoby skompromitowane i głosować wbrew opinii elit, natomiast równie częste momenty "dojrzałości" tłumaczy chwilową zaćmą, efektem peerelowskich nawyków bądź omamieniem ludu przez zawłaszczone przez lewicę media. Chociaż więc każda ze stron uważa, że demokracja działa dobrze tylko wtedy, kiedy wygrywają jej faworyci, obie jednak akceptują ten sam zbiór dogmatów, z których podstawowy brzmi: niezależnie od chwilowych aberracji, demokracja jako taka nie może być kwestionowana, a towarzyszące jej negatywne zjawiska wynikają z jej niedostatku bądź ludzkiej ułomności. Łączy się to z notoryczną niejasnością dotyczącą samego terminu "demokracja" i wyraźną niechęcią do jego dookreślenia, co, być może, wynika ze świadomości, że taka precyzacja nie tylko wymagałaby ponownego przemyślenia ustalonych stanowisk, ale również ukazałaby w nieco innym świetle toczone spory.

sobota, 01 maj 2010 12:19

Dzień Przeciwko Śmierci

Mieliśmy okazję niedawno dowiedzieć się, że oprócz dnia hutnika, dnia bez papierosa i dnia świstaka istnieje również coś takiego jak ";Europejski dzień przeciwko karze śmierci", na którego ogłoszenie naciskała Rada Europy przy poparciu prawie wszystkich państw członkowskich. Prawie – gdyż polskie władze z różnych powodów ze sceptycyzmem odniosły się do tej inicjatywy, co spowodowało tak gwałtowną reakcję, jakby karę śmierci wykonywano u nas nie tylko regularnie, ale i publicznie. Ta reakcja właściwie nie powinna nas dziwić, zdążyliśmy się bowiem już przyzwyczaić do tego, że politycy i urzędnicy finansowani z budżetu UE niemal zawsze zachowują się z histeryczną przesadą, co mogłoby świadczyć o tym, że zatrudnieni są po prostu w charakterze płaczek czy też błaznów z grzechotkami, którzy na dany sygnał zaczynają swój hałaśliwy taniec. W każdym razie trzeba by sprawdzić w księgowości, jak duża część wydatków Unii przeznaczana jest na działania cyrkowe. Niezależnie jednak od przyczyn tego grzechotania, dzięki niemu mamy teraz okazję już na spokojnie, bez niepotrzebnych emocji i uprzedzeń, zastanowić się nad tym, czym właściwie miałby być ów Dzień Przeciwko Karze Śmierci.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.