Lipcowy szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego w Warszawie daje powód do głębszych przemyśleń na temat funkcji tego przymierza we współczesnym świecie. Ze względu na negatywne doświadczenia z amerykańską hegemonią, a także narastanie wewnętrznych podziałów w NATO na tle niemocy decyzyjnej, w wielu państwach członkowskich zdaje się narastać zniechęcenie, a nawet tendencja do ograniczania dotychczasowych zobowiązań.

Ponadto w czasach narastania zagrożeń terrorystycznych i przesuwania akcentów z bezpieczeństwa militarnego na bezpieczeństwo migracyjne rodzą się naturalne ciągoty izolacjonistyczne, którym nie przeszkodzi żadna presja ze strony lidera tracącego pozycję i autorytet. Tym bardziej że grozi mu potencjalnie przywództwo prezydenta, który jako kandydat nie tylko podważa sens uczestnictwa Ameryki w kosztownym sojuszu, ale sam także nawiązuje do tradycji izolacjonistycznych. Nie wiadomo, czy takie tendencje są naturalnym rezultatem rozkładu i obumierania „starego sojuszu”, czy zwyczajnej krótkowzroczności i populizmu przywódców politycznych, tracących instynkt samozachowawczy i nieodróżniających zagrożeń o charakterze strategicznym od tego, co niosą zamachy terrorystyczne dnia codziennego. Okazuje się, że strach i panika spowodowane aktami terroru mogą mieć większe konsekwencje dla strategii obronnej chwiejnych państw niż zagrożenia atakiem jądrowym ze strony nieprzyjaznych potęg.

W ostatnich dekadach, po zakończeniu „zimnej wojny” Sojusz Północnoatlantycki sukcesywnie odchodził od swojej podstawowej roli przymierza obronnego. Będąc regionalną organizacją bezpieczeństwa zbiorowego na zasadzie „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, ulegał jednocześnie globalnym interesom amerykańskiego hegemona. Stawał się narzędziem utrwalania światowej supremacji USA kosztem jego europejskich uczestników. Wprawdzie nie wszystkie państwa członkowskie NATO opowiedziały się na rzecz działań interwencyjnych out of area, czyli poza obszarem obowiązywania casus foederis, wyrażonego w art. 5 traktatu waszyngtońskiego (na przykład Francja była przeciwna atakom na Serbię w 1999 r., wraz z nią Niemcy i Belgowie sprzeciwiali się wsparciu interwencji amerykańskiej w Iraku w 2003 r.), to jednak konflikt między najważniejszymi uczestnikami sojuszu doprowadził do paraliżu decyzyjnego, czego skutkiem stało się osłabienie całej koalicji.

Powodem deprecjacji Sojuszu Północnoatlantyckiego było z jednej strony rozbicie wspólnoty celów strategicznych poprzez narzucenie przez USA unilateralnej polityki bezpieczeństwa, lekceważącej dotychczasowe mechanizmy koordynacyjne i konsultacyjne (m.in. poprzez tworzenie tzw. koalicji chętnych). Z drugiej strony niemałą rolę odegrało liczebne powiększanie składu NATO, co działało negatywnie na jego spójność i efektywność. Wraz ze wzrostem liczby członków – co oczywiste – wzrasta wielość i intensywność więzi dwustronnych i wielostronnych. Zbyt duża liczebność uczestników rodzi jednak problemy związane z ich koordynacją oraz stanowi pożywkę dla sprzeczności i napięć. Ostatecznie im większy jest sojusz, tym mniej istotny staje się wkład pojedynczych państw, zwłaszcza tych mniejszych. Maleje też ranga indywidualnych zobowiązań. To wszystko wynika z dość znanej prawidłowości, że zdolności obronne i potencjał sojuszy nie są prostą sumą elementów składowych państw uczestniczących. Wysoki stopień integracji, przede wszystkim w płaszczyźnie wojskowej (wspólna doktryna strategiczna, mechanizmy dowodzenia, łączności, ujednolicenie sprzętu, podobieństwo organizacji wojska, uzgodnione proporcje siły ogniowej jednostek bojowych, porównywalność wyszkolenia, wspólne manewry, gry wojenne i in.) powoduje istotny wzrost jakościowy siły i potencjałów sojuszy jako całości w porównaniu do arytmetycznej sumy wkładów poszczególnych uczestników.

(...)

sobota, 28 maj 2016 20:57

Faza agonalna

Klub Opcji na Prawo gościł w kwietniu we Wrocławiu szefową antyislamizacyjnego niemieckiego ruchu PEGIDA – Tatjanę Festerling.

Redaktor Michał Krupa otworzył spotkanie nawiązując do wypowiedzi znanego katolickiego pisarza Hilaire’a Belloca, który już kilkadziesiąt lat temu twierdził, że następne starcie w Europie będzie konfliktem pomiędzy cywilizacją chrześcijańską a islamską, wskazując przy tym na rewolucyjną genezę wojującego islamu. Otóż okazuje się, że nawet Belloc nie miał racji – konkludował Michał Krupa – ponieważ dzisiaj jesteśmy, owszem, świadkami starcia, ale nie islamu z chrześcijaństwem, tylko islamu z chrześcijaństwem w daleko zaawansowanej fazie agonalnej. Takie wprowadzenie jak się okazało, znalazło swoje całkowite potwierdzenie w tym, co można było usłyszeć tego wieczoru od niemieckiego gościa. Już na wstępie powiało pesymizmem.

Wojny zaczynają się, kiedy chcesz, ale nie kończą się, kiedy prosisz.

Niccolò Machiavelli

Determinanty obecnego kryzysu w Europie są ściśle związane ze sporami występującymi w takich krajach jak Irak (Bliski Wschód), Afganistan (Azja Środkowa), Libia (Afryka Północna), Egipt (Bliski Wschód), Tunezja (Afryka Północna), Syria (Bliski Wschód), Erytrea (Afryka Wschodnia), była Jugosławia (Półwysep Bałkański). Tym samym są to kraje, z których pochodzi najwięcej imigrantów.

Jako niepodważalną prawdę można uznać fakt, że ubiegłoroczny kryzys migracyjny jest wynikiem wielu krwawych konfliktów w Azji, Afryce i na Bałkanach. W przeciwieństwie do świata Zachodu – gdzie od II wojny światowej panuje względny pokój – te dwa kontynenty nieustannie są wciągane w wir wojny. Z kolei Półwysep Bałkański próbuje zmierzyć się z piętnem wielu lat krwawych zamieszek.

Rezultat interwencji USA w Iraku i Afganistanie

Punktem wyjścia do rozważań na temat interwencji Stanów Zjednoczonych w Afganistanie są ataki na World Trade Center w Nowym Yorku i siedzibę Departamentu Obrony w Waszyngtonie z 11 września 2001 roku. Tragedia ta wywarła historyczne piętno w pamięci każdego człowieka na Ziemi. Szczególnie w Amerykanach, którzy z całą determinacją rozpoczęli nieustępliwą „krucjatę przeciwko terroryzmowi”. Ówczesny prezydent George Bush pokazał się jako zdecydowany przywódca. W swoim przemówieniu mówił o podziale świata na tych, którzy są z USA, i tych, którzy są po stronie terrorystów. Dla większości decyzja była prosta – wsparcie i pomoc nadeszły z różnych stron globu. Kraje w tamtym czasie zapomniały o bieżących konfliktach politycznych i zjednoczyły się.

Reakcja Sojuszu Północnoatlantyckiego była natychmiastowa. Już w 24 godziny po ataku doszło do wydarzenia bez precedensu. 12 września państwa członkowskie powołały się na Artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego – zobowiązującego do kolektywnej obrony państw członkowskich. Było to potwierdzenie pełnej solidarności w obliczu światowego zagrożenia bezpieczeństwa. Na podstawie tego artykułu można było uruchomić działania Sojuszu.

Organizacja Narodów Zjednoczonych zareagowała równie szybko i zdecydowanie. 12 września wydano rezolucję nr 1368, w której zobowiązano wszystkie państwa członkowskie do uniemożliwienia terrorystom przemieszczania się, przelewania funduszy, planowania operacji oraz utrzymania różnych form wsparcia, a także współdziałania w celu wymierzania sprawiedliwości terrorystom. 13 września podpisano następną rezolucję, nr 1373, zgodnie z którą państwa miały za zadanie pociągać do odpowiedzialności karnej wszystkie osoby i organizacje finansujące terroryzm, zamrożenie rachunków bankowych osób podejrzanych o działalność terrorystyczną oraz powstrzymanie się od udzielania pomocy podmiotom zaangażowanym w działalność terrorystyczną.

Warto zauważyć, że zamachy na WTC były nowym rodzajem wojny. Wcześniej przeciwnik był innym podmiotem prawa międzynarodowego, który poprzez atak realizował swoje interesy narodowe. Wówczas pojawił się nowy, bliżej nieokreślony wróg. Nie miał on podmiotowości, co znacznie utrudniało konfrontację – jaki odwet zastosować, kiedy nie wiadomo przeciwko komu się walczy? Jego celem stała się nowa grupa ludności – cywile. Motywy, które kierowały postępowaniem nieprzyjaciela, również się zmieniły – próba wywołania strachu wśród ludności, aby osiągnąć cele polityczne i zmusić aparat władzy do spełnienia żądań. Wraz z początkiem wieku pojawiło się zjawisko wojny nowej generacji.

(...)

sobota, 28 maj 2016 20:05

Ameryka jest mu winna przeprosiny

Z okazji 22. rocznicy śmierci Richarda Nixona, przedstawiamy rozmowę Geoffem Shepardem, byłym współpracownikiem prezydenta.

Geoff Shepard jest amerykańskim prawnikiem, autorem i wykładowcą. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Harvarda. Znany jest ze swojej pracy w administracji Richarda Nixona, najpierw jako doradca ds. polityki krajowej, a następnie jako członek zespołu obrońców prezydenta (dokonując m.in. wielu transkrypcji słynnych „taśm Nixona”), późniejszej pracy historycznej na rzecz udokumentowania dokonań Nixona w polityce krajowej oraz jako historyk-rewizjonista afery Watergate. Jest autorem dwóch książek ukazujących po raz pierwszy mało znane fakty związane z celami politycznymi przeciwników Nixona i o aferze Watergate, „The Secret Plot to Make Ted Kennedy President: Inside the Real Watergate Conspiracy” i wydanej w ubiegłym roku „The Real Watergate Scandal: Collusion, Conspiracy, and the Plot That Brought Nixon Down”. Mieszka w Pensylwanii.

Watergate był zamachem stanu, który anulował wynik największego osuwiska wyborczego w amerykańskiej historii i zniszczył prezydenta, któremu udało się upokorzyć liberalny establishment. Praca śledcza Geoffa Sheparda odkryła zakopane elementy spisku, który obalił trzydziestego siódmego prezydenta.

Patrick J. Buchanan

W ostatnim czasie, ukazało się wiele książek na temat prezydenta Richarda Nixona. Większość z nich albo przedstawia go w pozytywnym świetle, albo przynajmniej bardziej wyważa ocenę jego osoby i prezydentury. Pana najnowsza książka, „The Real Watergate Scandal: Collusion, Conspiracy and the Plot that Brought Down Nixon” (Prawdziwa afera Watergate: zmowa, spisek i intryga, które obaliły Nixona) jest kolejnym wkładem do ożywionej na nowo dyskusji o Nixonie. Co pana zmotywowało do jej napisania?

Byłem jednym z najmłodszych pracowników administracji Richarda Nixona. Była to moja pierwsza praca po ukończeniu studiów prawniczych. Zawsze byłem zaniekopokojony tym, jak to wszystko się skończyło, zwłaszcza że w moim mniemaniu Amerykanie nie rozumieli, co w istocie się wydarzyło. Straciliśmy ważnie wybranego prezydenta wskutek politycznych szykan. Opuściłem z czasem Waszyngton i podjąłem pracę jako adwokat, lecz wątpliwości pozostały. Około 2002 roku zrozumiałem, że ta garstka ludzi, która miała wiedzę na temat wysiłków obrony prezydenta Nixona, odeszła bez spisania tego, co się wydarzyło. Zdecydowałem, że ta historia musi być opowiedziana. To doprowadziło mnie do opublikowania w 2008 roku mojej pierwszej książki na temat manewrów czynionych przez demokratów w ramach wykorzystywania Watergate do własnych celów. W trakcie moich badań odkryłem dowody rażących wykroczeń ze strony prokuratorów i sędziów zaangażowanych w procesy sądowe związane z aferą Watergate. To skłoniło mnie do napisania mojej najnowszej książki.

Ciągle publikowane są nowe książki o prezydencie Nixonie, zarówno negatywne, jak i pozytywne. Podobnie jak zamach na Kennedy’ego, Nixon ciągle fascynuje. Biorąc pod uwagę taśmy z nagraniami jego rozmów prowadzonych w Białym Domu, prezydentura Nixona jest najbardziej udokumentowaną administracją w historii Stanów Zjednoczonych. Będzie to swoista karma dla przychylnych i nieprzychylnych Nixonowi historyków i analityków jeszcze przez kilka dekad.

(...)

Amerykanie korzystają na istnieniu Państwa Islamskiego, bo mają cały radykalizm islamski w jednym miejscu, podczas gdy w czasach Al-Kaidy nie było tego widać z powodu zbyt dużej konspiracji – mówi w rozmowie z „Opcją na Prawo” Witold Gadowski, dziennikarz i pisarz, ekspert od spraw Bliskiego Wschodu.

sobota, 20 luty 2016 23:44

W poszukiwaniu wiecznego rozłamu

Nieprzyjaciel, wróg – dla wielu posiadanie wrogów stanowi jedną z największych wad tego świata. Jednak nie dla wszystkich. Są i tacy, dla których dopiero pojęcie wroga nadaje sens istnieniu i działaniu. Pojęcie to może stać się jednym z najważniejszych filarów niektórych ideologii.

Budowa baz wojskowych, zwiększenie kontyngentów broni, wysłanie żołnierzy, lotnictwa i okrętów, działalność instruktorów i wywiadu – mocniejsze zaangażowanie Rosji w Syrii ma pokazać całemu światu, że jest ona wciąż mocarstwem, które potrafi, podobnie jak USA, uczestniczyć w operacjach wojskowych w różnych rejonach globu i w ten sposób realizować swoją politykę. Jej pojawienie się w nowej roli w syryjskim konflikcie – bezpośredniego uczestnika starć i głównej siły ofensywnej władz w Damaszku, spowodowało niemałe zmiany w układzie sił w tym kraju, pogrążonym w krwawej wojnie od pięciu lat. Największym beneficjentem rosyjskiego „aktywnego” włączenia się do konfliktu zbrojnego w Syrii – 30 września 2015 roku rosyjskie siły powietrzne rozpoczęły oficjalnie naloty – jest oczywiście Baszar al-Assad i wspierający go Iran oraz Hezbollah, którzy otrzymali dzięki temu realną szansę na zmianę patowej sytuacji równowagi sił między oddziałami rebeliantów syryjskich wspieranych m.in przez Zachód i Arabię Saudyjską, Kurdami – z którymi największe nadzieje wiążą USA, opozycyjnymi organizacjami terrorystycznymi, m.in. Frontem Nusra, który jest syryjskim odłamem Al-Kaidy, i Państwem Islamskim. Pomimo zapowiedzi rosyjskich, że ich ataki mają być wymierzone w dżihadystów, większość z nich w rzeczywistości koncentruje się na Froncie Nusra i Wolnej Armii Syryjskiej, będących największym zagrożeniem dla reżimu Assada. Stan ten trwa od pierwszych nalotów i choć wzbudziło to zrozumiałą złość wspierających „umiarkowaną” opozycję Amerykanów, Kreml ostentacyjnie udaje, że co najwyżej można mówić o pomyłkach – a o nie nietrudno, gdy się jest na „wojnie z terrorystami”.

sobota, 20 luty 2016 23:34

Demokracja za ropę

Bliski Wschód, Zatoka Perska, Afryka Północna to rejony świata zasobne w nieprzebrane ilości ropy naftowej – surowca niezastąpionego i strategicznego dla dzisiejszej cywilizacji. To daje mocną pozycję państwom tego regionu w walce o podział dochodów z państwami Zachodu, którego piętą Achillesową jest brak własnych zasobów energetycznych. Zachód, uzależniony od importu ropy już w XIX wieku, jest głównym rozgrywającym w tym regionie.

sobota, 20 luty 2016 23:29

Krew tańsza niż ropa

Długo zastanawiałem się nad tytułem dla artykułu, który by obejmował istotę konfliktów na Bliskim Wschodzie. Wypadki terroryzmu w Paryżu, inspirowane przez IS, czyli Kalifat, masowa emigracja Syryjczyków, Afgańczyków i Afrykanów do Europy, zestrzelenie na granicy z Syrią rosyjskiego samolotu przez samoloty tureckie, konkurują ze sobą o uwagę. Niemniej przy bliższym przyjrzeniu się wymienionym wypadkom łączy je wspólny mianownik, jakim jest konkurencja o wydobycie i sprzedaż ropy naftowej.

Przekleństwo ropy naftowej

W ubiegłych wiekach ludzie mordowali się nawzajem, aby zyskać tereny łowieckie albo obszar ziemi rolnej nadający się do uprawy rolnej. Wynalazek silnika benzynowego spowodował zapotrzebowanie na ropę naftową. Tak się złożyło, że najbardziej roponośne tereny znajdują się w Afryce i Małej Azji zasiedlonej przez Arabów wyznania mahometańskiego. Po pierwszej wojnie światowej i upadku Imperium Otomańskiego kraje te zostały skolonizowane przez Anglię, Francję i Włochy. Po drugiej wojnie światowej w krajach tych nastąpił ruch antykolonialny i kontrolę przejęli różnego rodzaju dyktatorzy, jak Kadafi w Libii, Sadam w Iraku, król Saud w Arabii Saudyjskiej itd. Kraje kolonialne korzystały z ropy w inny sposób, tym razem kupując ją od dyktatorów. Dyktatorzy z kolei budowali sobie pałace, ale część dochodu przeznaczali na poprawę bytu społeczeństwa, które zaczęło się rozrastać i miało nadzieje na więcej. Rozkwit komunikacji, Internetu i powszechność telefonów komórkowych spowodowały eksplozję nadziei na lepsze życie. Ponieważ jedynym źródłem bogactwa była ropa naftowa, przejęcie nad nią kontroli stało się celem ruchów rewolucyjnych w postaci różnego rodzaju „kolorowych rewolucji”, z których cieszyli się także „imperialiści”, czyli ci w Europie i USA, którzy kontrolują dystrybucję i handel ropą naftową.

Pojawienie się ISIS, czyli Kalifatu, jest konsekwencją tego samego procesu, przejmowania kontroli nad wydobyciem i handlem ropą naftową. Wedle skąpych informacji o organizacji „państwa” Kalifatu wiadomo, że ma ono pieniądze od bogatych sympatyków w Arabii Saudyjskiej oraz czerpie ponad 500 milionów dolarów rocznie z eksportu ropy naftowej, którą sprzedaje do Iraku, jak i do Turcji. Ostatnio Putin zarządził ataki na setki cystern i szybów naftowych w Syrii, aby obciąć finanse napływające do Kalifatu, które wspierają także akcje terrorystyczne w Europie.

Dotychczasowa działalność tak zwanej koalicji pod auspicjami USA, mającej atakować ISIS, nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Wygląda na to, że akcja rosyjska spowodowała wyraźne straty finansowe dla ISIS i może dlatego wysadzono w powietrze rosyjski samolot lecący z kurortu w Egipcie do St. Petersburga. Tak czy inaczej organizacja terrorystyczna ISIS nie ma szans na długi żywot z uwagi na fakt, że cała jej ekonomia opiera się na dochodach z ropy naftowej. Wcześniej czy później mieszkańcy Kalifatu zaczną odczuwać braki w zaopatrzeniu w podstawowe środki do życia i ich sympatia, a nawet bierna współpraca z władcami Kalifatu się skończy. Niestety, nawet po upadku Kalifatu pozbawione środków do życia masy arabskie pozostaną na długi czas wielkim problemem dla całej zachodniej cywilizacji. Wśród nich będzie zarzewie dla tej czy innej działalności terrorystycznej, jako że świat chrześcijański będzie pojmowany przez nie jako przyczyna ich mizerii. Jednocześnie ich związek ze średniowiecznymi zasadami ich religii uniemożliwia im przekształcenie się w produktywnych członków społeczeństwa wytwarzającego produkty, o które zabiegają i których nam zazdroszczą.

W ciągu ostatnich tygodni amerykańskie media piszą o ostatnich zamachach terrorystycznych w Paryżu, a ostatnio w hotelu w Mali. Odnosi się wrażenie, że tego rodzaju zamachy są wyjątkowo groźne dla całej zachodniej, chrześcijańskiej cywilizacji. Należy wyjaśnić, że terroryzm jest zjawiskiem tak starym jak ludzkość i jej wzajemne waśnie, ale rozwój cywilizacji umożliwił dostęp do materiałów wybuchowych i broni coraz większej grupie ludzi, którzy przez zamachy terrorystyczne chcą zwrócić uwagę świata na ich domniemaną (czy rzeczywistą) nędzę czy upokorzenie. Możliwość przejęcia przez terrorystów materiałów promieniotwórczych czy broni bakteriologicznej napawa strachem społeczeństwa, ale i służby policyjne. Dodatkowym elementem obcym kulturze chrześcijańskiej jest skłonność Islamskich terrorystów do samobójstwa. W sumie jednak liczba ofiar śmiertelnych wskutek terroryzmu np. w USA jest mniejsza niż liczba zabójstw na skutek waśni rodzinnych, nie mówiąc już o zabójstwach wywołanych konfliktami między gangami trudniącymi się handlem narkotykami.

(...)

sobota, 20 luty 2016 23:25

Wojny naszych czasów

Do początku XX wieku wojna była dozwolonym przez prawo międzynarodowe środkiem rozstrzygania i regulowania sporów międzynarodowych, a ius ad bellum (prawo wypowiadania i prowadzenia wojny) było uznawane za naturalny atrybut suwerena. Zgodnie z tezą Carla von Clausewitza wojny uważano za przedłużenie polityki za pomocą innych środków. To zdanie nabrało charakteru aksjomatu, choć można wskazać na jego absurdalność, gdyż wszelkie wojny przeczą zdrowemu rozsądkowi i nie są żadną racjonalną „kontynuacją polityki”, ale jej zaprzeczeniem i unicestwieniem.

Przez wieki wynik wojen decydował o statusie terytorialnym i politycznym, a nawet o istnieniu bądź nieistnieniu państwa. Wojny towarzyszyły ludzkości od tysięcy lat. Toczono je o terytoria, bogactwa, władzę, a nawet o kobiety, jak wojnę trojańską. Były rezultatem niezaspokojonych potrzeb, żądzy panowania, chciwości, nienawiści, strachu, zemsty. Następowały wtedy, gdy siłą można było osiągnąć swoje cele, a także gdy wymagały tego honor, duma czy idea (religia bądź ideologia).

Wojny jako relacji międzyludzkiej nie udało się dotąd zatrzymać i nic nie wskazuje na to, aby miało to nastąpić w przewidywalnym czasie. Ograniczono wszak użycie siły w stosunkach międzynarodowych. W XX wieku zakaz stosowania siły lub groźby jej użycia został podniesiony do rangi jednej z podstawowych zasad stosunków między państwami – artykuł 2. pkt. 4. Karty Narodów Zjednoczonych. Państwa zachowują jednak prawo do legalnego użycia siły w wykonaniu zapisanego w artykule 51. Karty prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony. Oznacza to, że siła wojskowa pozostaje środkiem zapewniania bezpieczeństwa państw. Jednakże możliwości skorzystania z tego prawa zostały ograniczone przez normy międzynarodowe. Po pierwsze, chodzi o przypadek, kiedy przeciwko państwu dokonano napaści, a po drugie, środki podjęte dla samoobrony powinny być podane do wiadomości Rady Bezpieczeństwa ONZ i w niczym nie mogą ograniczać jej kompetencji do podjęcia akcji, jaką uzna ona za konieczną dla przywrócenia międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa.

Największy – obok prawa międzynarodowego – wpływ na ograniczenie roli czynnika wojskowego miała rewolucyjna zmiana w technologiach i technikach wojennych. Broń masowej zagłady postawiła przed ludzkością groźbę całkowitego zniszczenia na wielkich obszarach globu, a nawet w skali całej Ziemi. To z tych przede wszystkim względów wojna lub groźba wojny na wielką skalę przestały być ultima ratio polityki państw. W stosunkach międzynarodowych rozpoczęła się era debellizacji. Okazało się, że bronie jądrowe − „najlepsze” z dotychczasowych, ponieważ najbardziej skuteczne − są najmniej użyteczne. Ze względu na równoważenie się potencjałów jądrowych, będących w dyspozycji dwu największych potęg epoki zimnowojennej – USA i ZSRR, efektywna siła uderzenia jądrowego została zredukowana do zera. Chodziło o to, że żadna z potęg jądrowych, ani też żaden z sojuszy wojskowo-politycznych – NATO i Układ Warszawski − nie były w stanie zadać skutecznego pierwszego uderzenia i były wystawione na odwetowe uderzenie drugiej strony. Amerykański uczony John Herz nazwał kiedyś ten stan rzeczy równaniem między absolutną potęgą a absolutną impotencją. Równowaga strategiczna opierała się nie tylko na przybliżonym equilibrium siły, lecz także na psychologicznym przeświadczeniu (strachu), że ten, „kto zaatakuje pierwszy, zginie jako drugi”, dzięki zdolności każdej ze stron do zadania ciosu odwetowego. Była to podstawowa przesłanka strategii odstraszania, dzięki której nie doszło do wojny totalnej na wielką skalę. Wydaje się, że w użyciu broni ludzkość przekroczyła w XX wieku punkt zwrotny, w którym maksymalizacja śmierci i zniszczenia osiągnęły swoje apogeum, rozbudzając u większości osób naturalny instynkt samozachowawczy. Nowe generacje broni inteligentnych, coraz bardziej precyzyjnych i selektywnych będą zapewne sprzyjać powstrzymywaniu działań wroga przy jak najmniejszych kosztach zabijania. Jednocześnie dla militarystów będą stanowić pokusę ich wypróbowania na polu walki. Świat zatem będzie nadal areną rozmaitych wojen ograniczonych i lokalnych, z użyciem zarówno bardzo wyrafinowanych pod względem technicznym, jak i prymitywnych (bo tanich) narzędzi walki.

(...)

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.