Michał Krupa

Michał Krupa

piątek, 27 listopad 2015 20:22

Pytania o konserwatyzm i Polskę

Z Peterem Strzeleckim Riethem rozmawia Michał Krupa

Peter Strzelecki Rieth – konserwatywny eseista i publicysta, współpracownik portalu „Sputnik” i „The Imaginative Conservative”. Absolwent Hillsdale College w stanie Michigan, USA.

Rzeczywistość polityczna jest pochodną psychologii jej uczestników. W przypadku bliskich więzi ze Stanami logika elit solidarnościowych pokrywa się akurat z myśleniem większości społeczeństwa polskiego. To nie jest spisek, tylko logiczny koniec drogi rozpoczętej w 1989 roku.

Pana uczelnia, Hillsdale College, ma renomę konserwatywnej szkoły wyższej. Czym jest dla pana konserwatyzm?

Na wstępie chciałbym serdecznie podziękować za zaproszenie na łamy ważnego przedsięwzięcia, jakim jest „Opcja na Prawo”.

Nie tylko jako Polak, ale zarazem jako Niemiec i Gruzin (bo takie są moje korzenie), jestem głęboko przekonany, że Europę czekają ciężkie lata. Zanika klasyczne pojęcie Europejczyka. Tylko w Polsce udało się je tak silnie zachować, bo europejskość jest ściśle powiązana z tożsamością narodową. W Europie, gdzie zanikają poszczególne tożsamości narodów zachodnich, jedynie Polska pozostaje bytem o takiej skali, który jest zarazem prawdziwie europejskim państwem. Niestety, jesteśmy systematycznie przekonywani, głównie za sprawą inspirowanych przez Zachód instytucji, że Polska jest skansenem, który znajduje się na marginesach cywilizacji europejskiej, do której dopiero musi dążyć z wdzięczności za to, że możni tego świata w ogóle uznali jej istnienie.

Tym czasem to Europa zachodnia świadomie zamienia tożsamość europejską na nihilizm. Polska, przeciwnie, jest ostoją cywilizacji europejskiej. Polska kultura to ostatnia twierdza broniąca kulturę europejską przed upadkiem. Jest to rola niewdzięczna.

Odpowiadając na pytanie o znaczenie konserwatyzmu warto odwołać się do myśli Henryka Krzeczkowskiego. Uważam jego rozważania na ten temat zawarte w eseju o urokach zachowawczego temperamentu za trafną odpowiedź, z którą mógłbym się utożsamiać. Od siebie dodałbym tylko tyle, że uważam samo określenie konserwatyzm, za w pewnej mierze narzucone i niebezpieczne, jak każda etykieta współczesnego życia politycznego. W klasycznym ujęciu polityki było się zwolennikiem panowania jednej, wielu lub ogółu osób w celu dobra jednego, wielu, ogółu lub całości. Praktyka polityczna zwykle sprowadza kwestię do bardziej przyziemnego pytania o to, czy uważamy, że dany człowiek powinien rządzić.

Tymczasem w dyskursie politycznym istnieje tendencja do zajmowania pozycji w okopach, oznaczenia okopów jakąś flagą i bicia się na drużyny. Obywatela sprowadza się wtedy do roli kibica. Tendencja ta w szczególności nasiliła się w ramach współczesnego społeczeństwa masowego, ale na szczęście ulega swoistemu rozkładowi. Technologia, która na przestrzeni XX wieku służyła kolektywizacji życia ludzkiego, w tej chwili zdaje się wręcz niszczyć społeczeństwa masowe, dokonując ich atomizacji.

Rozkład ideologii i fakt, że pojęcia ideologiczne typu „konserwatysta” czy „socjalista” wyczerpały już swoją użyteczność, jest rzeczą dobrą. Życie wymusza na nas powrót do klasycznych pojęć politycznych. Pytamy, „czy jest to ktoś dobry, czy zły? Mądry czy głupi? Uczciwy czy podły?”, a nie czy jest -ystą, -istą czy -owcem. Jeżeli wraz z pozostałymi kategoriami i uproszczeniami ideologicznymi XIX i XX wieku umierać miałoby również pojęcie „konserwatysty” – jako cena powrotu świata, w którym rozmawiamy po prostu o tym, kto powinien rządzić, czym jest dobro lub sprawiedliwość oraz czym jest szczęście – to byłbym za, zaznaczając jednocześnie, iż oczywiście znam i szanuję dziedzictwo zwane konserwatywnym.

Konserwatystą nie zostaje się z wyboru – po prostu tak ciebie określają, gdy twój światopogląd wychodzi poza świat doczesny, ogarnia historię, ociera o niebo. Wtedy, ponieważ nie jesteś już modny, nie mieścisz się w śmietniku nowych określeń ideologicznych, zarzucają ci konserwatyzm. Nie zapominajmy, że prasa zachodnia zwykła o przeciwnikach Gorbaczowa w Związku Radzieckim mówić, że byli to „konserwatyści” – bo chcieli zachować stary, sowiecki system.

(...)

Rosja ma niejedno oblicze, często te oblicza są ze sobą sprzeczne, więc można powiedzieć wiele kontrastujących ze sobą rzeczy o Rosji i większość z nich będzie prawdą.

Za kilka miesięcy minie druga rocznica wybuchu protestów na kijowskim Majdanie. Reakcja Rosji została określona w kategoriach dążenia do imperializmu, nie do zwyczajnej obrony interesów narodowych – najpierw gospodarczych, gdy trwały negocjacje ws. umowy stowarzyszeniowej, a następnie bezpieczeństwa, gdy zaczęły się protesty na Krymie. Jak pan ocenia tamte wydarzenia i ich następstwa?

Wydarzenia i ostateczne zwycięstwo tzw. rewolucji Majdanu były przegraną dla wszystkich zaangażowanych stron. Pierwszym przegranym była Ukraina, ale również wśród przegranych była też Rosja i Unia Europejska (która rozpoczęła bardzo kosztowną wojnę na sankcje), a nawet Stany Zjednoczone (prędzej czy później będą musiały dzielić ciężar utrzymania rozpadającej się gospodarki Ukrainy; Waszyngton już udziela kredytów przez MFW). Nawet obecni „personalni zwycięzcy”, tacy jak Petro Poroszenko, Arsenij Jaceniuk, Andrij Parubyj i inni ukraińscy nacjonaliści, którzy zostali wyniesieni do władzy przez Majdan, nawet oni prędzej czy później, staną się przegranymi, gdyż ich polityka gospodarcza i zagraniczna są katastrofalne, zatem historia osądzi ich bardzo surowo.

Po pierwsze, dlaczego uważam, że Majdan był porażką dla Ukrainy? Cóż, Ukraina przegrała niemalże na każdym froncie, w tym i perspektywę włączenia tego kraju do struktur europejskich. W latach 2014-2015 ukraińscy statystycy odnotowali 30-procentowy spadek w ukraińskim eksporcie do Unii Europejskiej w porównaniu z czasami „antyeuropejskiego” Janukowycza. To nie jest „kremlowska propaganda” – to są dane podawane w kontrolowanych przez rząd stacjach telewizyjnych Ukrainy. Tymczasem celem Majdanu była promocja ukraińskiego akcesu do Unii Europejskiej poprzez wyrugowanie „antyeuropejskiego” Janukowycza. W rzeczywistości, Janukowycz nie był wcale antyeuropejski, to media krajów UE, szczególnie polska prasa, przykleiły mu łatkę „prorosyjskiego” prezydenta. Janukowycz miał dobre powody, aby chwilowo zawiesić umowę stowarzyszeniową między Ukrainą i UE; istotnie, nowy prezydent Petro Poroszenko, wyniesiony do władzy przez Majdan, również musiał odroczyć gospodarczą implementację stowarzyszenia o przynajmniej rok. Ale z radykalnie rusofobicznym Poroszenką u władzy UE nie poparła żadnych protestów prounijnych entuzjastów przeciwko tej decyzji prezydenta, mimo że była dokładną repliką działań Janukowycza.

Więc Majdan był oparty na kłamstwach (o jednym właśnie wspomniałem) i na nienawiści (wystarczy obejrzeć filmy ukazujące „pokojowo protestujących” podpalających policjantów koktajlami Mołotowa lub przeczytać ich „pokojowe” slogany). Nie było jeszcze przykładu z historii, gdy protesty oparte na kłamstwach i nienawiści przyniosły dobre owoce. Majdan nie był wyjątkiem.

Natychmiastowe następstwa rewolucji Majdanu były tragiczne dla Ukrainy: wojna domowa na Wschodzie kraju, poważny podział ukraińskiego społeczeństwa na grupy „za” i „przeciw” Majdanowi. Temu podziałowi towarzyszyła coraz bardziej kurcząca się przestrzeń opinii wyrażanych na łamach ukraińskiej prasy.

Mała dygresja. Zanim przejdę do innych negatywnych konsekwencji Majdanu, pozwolę sobie przedstawić moje zdanie nt. wolności słowa na Ukrainie. Gdy idzie o pluralizm mediów, czytałem regularnie ukraińską prasę między 1989 r. a 2014 r. i wówczas faktycznie rożne opinie znalazły swoją ekspresję na różne tematy, w tym nt. relacji z Rosją. Obecnie można zaobserwować tylko małe fluktuacje wokół punktu widzenia panów Poroszenki i Jaceniuka, dwóch osób dzierżących najwyższą władzę. I ich poglądy stały się agresywnie antyrosyjskie, bardzo nietolerancyjne wobec innych punktów widzenia. Zaiste oficjalna ideologia „nowej Ukrainy” odzwierciedla opinie mniejszości Ukraińców, ale mało kto ma odwagę, aby ją obecnie podważyć (i władzę państwową!), gdy się widzi bilbordy zachęcające ludzi do zgłaszania „separatystów” wśród swoich znajomych. Można dumnie umieszczane zdjęcia tych licznych bilbordów obejrzeć na stronach ukraińskiej prasy. Jest to kolejny dowód mówiący o wiele więcej o naturze nowego ukraińskiego reżimu niż jakakolwiek „rosyjska propaganda” z zewnątrz Ukrainy (http://vesti-ukr.com/strana/95856-v-ukraine-objavlena-ohota-na-bytovyh-separatistov).

Materialne negatywne konsekwencje Majdanu obejmują spowolnienie gospodarcze, które odnotowują również entuzjaści Majdanu. Nowy gubernator Odessy, Michaił Saakaszwili, twierdzi, że Ukraina będzie potrzebowała kilkunastu lat, zanim powróci do wyników gospodarczych z czasów Janukowycza, a gdy słyszymy to z ust zazwyczaj hiperoptymistycznie nastawionego Saakaszwiliego, ma to szczególne znaczenie.

Rzecz jasna, wszystkie te negatywne konsekwencje są niczym w porównaniu z główną tragedią, wojną domową, która nie rozpoczęła się w Donbasie wiosną 2014 r., lecz wcześniej w Kijowie u schyłku 2013 roku, gdy ukraińscy obywatele zaczęli okaleczać i zabijać się nawzajem z powodów politycznych (zob. zdjęcia i statystyki obejmujące okres grudzień 2013-lipiec 2014 – to już jest wojna domowa, z Rosją ciągle zaabsorbowaną Olimpiadą w Soczi i liczącą na kompromis między walczącymi stronami na Ukrainie).

Skąd mogą przyjść zmiany? Jestem optymistą, ale po pierwsze realistą. Zmiany mogą przyjść tylko ze źródeł, które są przyczyną tragedii na Ukrainie, czyli z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Zmiany mogą nastąpić wówczas, gdy wszyscy uzmysłowią sobie, jak wielkie zagrożenia czyhają na Bliskim Wschodzie i w innych częściach świata, które UE i USA zdestabilizowały (Libia, Irak, Państwo Islamskie, Kosowo, które może się stać bazą ISIS w Europie). Bez zmiany polityki ze strony UE i USA wojna domowa na Ukrainie będzie dalej się toczyć. Poroszenko potrzebuje tej wojny, ponieważ jest jedynym usprawiedliwieniem dla jego ponurych wyników gospodarczych. Nie powstrzyma ofensywy przeciwko Donbasowi i innym regionom, gdzie zdecydowana większość ludzi na niego nie głosowała i nigdy na niego nie zagłosuje.


Czy podział Ukrainy jest nieuchronny? Co musi zrobić rząd w Kijowie, żeby doprowadzić do rozsądnego i trwałego kompromisu?

Dopóki ludzie z takimi poglądami jak Poroszenko, Jaceniuk, Parubyj i Jarosz mają władzę w Kijowie, Ukraina nie stanie się zjednoczonym krajem. Pozbycie się ich (najlepiej umieścić w więzieniu) byłoby początkiem szukania kompromisu między zachodnimi i wschodnimi Ukraińcami. Taki kompromis jest nadal możliwy.


W ramach trwającej wojny informatycznej prezydent Władimir Putin był i jest prezentowany w mediach głównego nurtu na Zachodzie, jak również często w Polsce, jako wręcz „wcielone zło”, jako „były czekista dążący do restauracji ZSRR”. Niektórzy nawet porównują go do Adolfa Hitlera. Skąd pana zdaniem taka surowa ocena rosyjskiego przywódcy?

Demonizacja Putina zaczęła się, jeszcze zanim objął władzę w roku 2000. Jej początki mają taki sam charakter jak początki „dehumanizacji” w zachodniej prasie „Iraku Saddama” lub „Jugosławii Miloševića”. Demonizacja zagranicznych przywódców we współczesnej prasie zachodniej stanowi zazwyczaj preludium do wojny (np. Husajn w Iraku) albo mniej lub bardziej gwałtownej zmiany władzy (jak Janukowycz na Ukrainie). Ale może też być oznaką ukrytej kampanii politycznej przeciwko przywódcy, który zszedł z kursu całkowitej uległości wobec Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych (obecne kampanie medialne przeciwko Wiktorowi Orbánowi na Węgrzech lub Władimirowi Mečiarowi na Słowacji w latach dziewięćdziesiątych, albo przeciwko malezyjskiemu przywódcy Mahathirowi ben Mahamadowi w Malezji we wczesnych latach dwutysięcznych). Putin znosi tę kampanię bardzo cierpliwie. Większość podżegaczy tej kampanii bez problemów udaje się do Rosji i nawet są zatrudniani w rosyjskich mediach i na uniwersytetach. W ostatnich 20 latach myślący Rosjanie nauczyli się podchodzić do tych kampanii ze sporą dozą ironii. Gdyby UE była tak wspaniała, nie byłoby kryzysu w Grecji i jeśli Mahathir ben Mahamad w Malezji był tak zły, Malezja nie byłaby obecnie zamożnym państwem. Proroków oceniajmy po owocach.

 

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

Pani pułkownik, czy pamięta pani, gdzie pani była 11 września 2001 r. ?

Tak, byłam w naszym biurze na czwartym piętrze pierścienia B, z widokiem na wewnętrzne pierścienie Pentagonu. Byliśmy w trakcie regularnego spotkania sekcyjnego, telewizor był nastawiony na CNN i słyszeliśmy już informację o pierwszym samolocie, który uderzył w Twin Towers, a następnie widzieliśmy, jak wbija się w nie drugi samolot. W tym momencie było jasne, że nie był to wypadek. Krótko po tym usłyszeliśmy eksplozję i patrząc w stronę odgłosu, widzieliśmy kulę ognia na dachu, mniej więcej około środka obszaru pierścienia C. Wówczas o tym nie wiedzieliśmy, ale to był wybuch między pierwszym a drugim piętrem spowodowany uderzeniem, które nastąpiło przez dach.

 

W maju 2002 r. zaczęła pani pracę Dyrektoriacie Bliskiego Wschodu i Południowej Azji (NESA). Myślę, że można pokusić się o stwierdzenie, iż to dzięki pracy w NESA stała się pani pułkownik bardziej znana amerykańskiej opinii publicznej. Co szczególnego dostrzegła pani w kluczowych miesiącach poprzedzających inwazję na Irak?

Pisałam o tym obszernie w latach 2003 i 2004. Odsyłam czytelników do serii trzech artykułów opublikowanych w magazynie „The American Conservative”, zaczynając od grudnia 2003 roku, jak również do tekstu na portalu Salon.com z roku 2004.

Podczas mojej pracy w NESA widziałam wiele rzeczy, które wzbudziły we mnie wątpliwości co do naszej polityki zagranicznej i procesów, które wpływały i aktywizowały amerykańską politykę zagraniczną i wojenną. Generalnie rzecz ujmując, nominacje polityczne były podejmowane przez administrację prezydencką na wielu poziomach.

Nominaci podzielali neokonserwatywną perspektywę i agendę zwiększenia amerykańskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie. Mianowane osoby były strategicznie lokowane w Pentagonie i Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w celu usprawnienia pożądanych kierunków polityki zagranicznej i przezwyciężania lub omijania oporu ze strony biurokracji wojskowej, agencji wywiadowczych i mediów. Rozpoczęta przez wiceprezydenta Dicka Cheneya i wspomagana przez neokonserwatywne media i grupy nacisku skoordynowana kampania medialno-wywiadowcza miała na celu „sprzedanie” inwazji na Irak jako odpowiedzi na ataki z 11 września 2001 r. Posługiwano się argumentacją o rzekomych ukrytych zapasach i ciągłej pracy nad bronią masowego rażenia oraz wsparciu, jakiego Saddam Hussein udzielał terrorystom. Poprzez przecieki, jak również publiczne i prywatne wywiady udzielane zaprzyjaźnionej prasie (szczególnie Judith Miller z „New York Times” i redaktorzy zajmujący się polityką zagraniczną z „Washington Post”, „Washington Times” i innych gazet, jak również dzięki kontaktom w telewizji, szczególnie w FoxNews) powstała narracja, która nie miała wiele wspólnego z rzeczywistością, ale którą ciągle powtarzano i którą bombardowano amerykańską opinię publiczną oraz Kongres. Pod koniec 2003 r. i w późniejszych latach okazało się, że Saddam Husajn i Irak nie mieli nic wspólnego z 11 września i de facto saddamowski świecki reżim marksistowskiej partii Baas obawiał i sprzeciwiał się wizji islamskiego państwa głoszonego przez Osamę bin Ladena. Odkryto, że poza tym, co zostało już sprawdzone i ogłoszone przez inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej kilka lat wcześniej, nie było żadnych arsenałów broni masowego rażenia i nie prowadzono żadnych prac nad ich rozwojem. Okazało się również, że Irak nie angażował się w regionalny terroryzm, a Saddam Husajn nie był regionalnym terrorystycznym pryncypałem, poza przypadkami typowego nękania własnej ludności, charakterystycznych dla wszystkich dyktatur (w tym i tych aktywnie wspieranych przez rząd Stanów Zjednoczonych w Tunezji, Arabii Saudyjskiej itp.). To, co mnie szczególnie niepokoiło, to to, że my w Pentagonie i w agencjach wywiadowczych wiedzieliśmy o tym wszystkim od samego początku, a jednak kazano nam zbiorowo „płynąć z prądem” publicznych kłamstw. Pozwoliły one prezydentowi Bushowi wiosną 2003 r. na inwazję Iraku bez deklaracji wojny, z przeważającym poparciem Kongresu i narodu amerykańskiego.

Czy OSP (Office of Special Plans – Biuro Planów Specjalnych) budziło jakieś podejrzenia, biorąc pod uwagę przecież już i tak istniejące ogromne możliwości wywiadowcze Pentagonu? Jaki był powód powołania tej nietypowej komórki?

Powołanie OSP wyglądało i faktycznie było czymś tajnym nawet dla osób pracujących w Pentagonie. Nie wiedziałabym zbyt wiele o tej małej komórce neokonserwatywnych aktywistów, gdyby nie to, że dzielili z nami przestrzeń biurową w lecie 2002 roku i byli siostrzanym biurem dla NESA, oba pracowały pod kierunkiem Billa Lutiego1. To było centrum filtrowania i kontroli – ale nie danych wywiadowczych, lecz propagandy opartej na danych wywiadowczych. Mała grupa zideologizowanych, podobnie myślących, niedoświadczonych i aroganckich cywilów zdołała narzucić swoje stronnicze przekonania i program, podpierając go autorytetem Pentagonu i agencji wywiadowczych, powodując tym samym wejście wielkiego narodu w wojnę na drugim końcu świata. Tym zajmowało się OSP i uważam, że jego uczestnicy i członkowie, jak również kierownictwo byli zadowoleni ze skuteczności i sukcesu OSP.

Owszem, ze strony pracowników Pentagonu i agencji wywiadowczych były podejrzenia w odniesieniu do samego jego powstania oraz jego „pracy”. Wydaje mi się, że OSP powstało specjalnie w celu promowania propagandy wojennej wewnątrz i poza Pentagonem. Chodziło o kształtowanie i kontrolowanie przepływu informacji oraz o „sprzedanie” wojny. Zostało zaprojektowane tak, aby wykorzystać i obejść, jeśli pojawiłaby się taka potrzeba, szerszą społeczność służb wywiadowczych. Ludzie z którymi pracowałam, zarówno wojskowi, jak i zawodowi cywilni pracownicy wywiadu, zazwyczaj ostrożnie podchodzili do danych wywiadowczych. Wyciągaliśmy wnioski, które dopiero były ujawnione opinii publicznej po inwazji: żadnej broni masowego rażenia, żadnych związków z zamachami z 11 września 2001 r. i żadnych śladów regionalnego terroryzmu Saddama. Podczas gdy dzięki ogromnej pracy naszego aparatu wywiadowczego i biurokracji ilość dostępnych informacji była fenomenalna, widoczny był brak wiarygodnych danych pochodzących ze źródeł osobowych i ta słabość w naszej siatce wywiadowczej i wywiadowczych zdolnościach była wykorzystana przez tych, którzy od początku pragnęli tej wojny i okupacji.

OSP mogło ugaszczać „przyjaciół” wypowiadających się „kompetentnie” o Bliskim Wschodzie w sposób, który jawił się jako atut przy braku wiarygodnych osobowych źródeł informacji ze strony Pentagonu i CIA. To choćby Ahmet Czalabi i niesławny niemiecki informator o pseudonimie „Curveball”. Taki rodzaj manipulacji danymi wywiadowczymi w celu wywołania wojny zaniepokoił tych zawodowych wojskowych i pracowników wywiadu, których osobiście znałam. Biurokracja funkcjonowała (i nadal funkcjonuje) w taki sposób, że poza przytaczaniem własnych obserwacji i odmową kłamania lub manipulowania informacjami przed cywilnym kierownictwem, pojedyncza osoba lub nawet grupa osób ma małą siłę przebicia w ramach tego system. W większości wypadków widziałam, jak sceptyczni współpracownicy i inni po prostu usuwali się poza pętlę decyzji i wsparcia, zarówno z własnej inicjatywy, jak kierownictwa.

 

Czy pamięta pani, kto wypowiedział następujące słowa w 2003 r.: Wyzwolony Irak może ukazać potęgę wolności w zmienianiu tego ważnego regionu, przynosząc wolność i postęp milionom ludzi? Jak to jest, że w obliczu nieustającego chaosu niektórzy ludzie nadal propagują rozumowanie stojące za takimi stwierdzeniami?

Jeśli dobrze pamiętam, słowa te wypowiedział albo ówczesny Sekretarz Obrony, albo jego zastępca. Na pewno widziałam, jak ta opinia była nagłaśniana przez wielu członków administracji Busha oraz Demokratów i Republikanów w Kongresie, ponieważ taka właśnie była linia propagandowa. Osobiście nie znam nikogo, kto uchodzi za osobę wiarygodną, kto uważałby takie rozumowanie za uzasadnione. Jednak od dłuższego czasu nie pracuję i nie utrzymuję kontaktów towarzyskich z politycznymi pisarzynami i pochlebcami w Waszyngtonie ani nie czytam regularnie komentarzy pisanych przez neokonserwatystów. W mojej lokalnej, zawodowej i wirtualnej społeczności nikt nie wierzy rządowi, szczególnie gdy idzie o politykę zagraniczną. Pomimo tego braku wiarygodności widzimy kolejne odsłony agresywnej i neokonserwatywnej polityki, która nadal posługuje się tą samą, zużytą ideą – że poprzez wojskowe zniszczenie, chaos i powszechną demokrację możemy przynieść wolność i nadzieję milionom osób. Tzw. kolorowe rewolucje w Gruzji, na Ukrainie i oczywiście destrukcja społecznej stabilności i politycznego porządku w Afganistanie, Libii, Egipcie, Syrii, Somali i Jemenie – większość z nich trwała już po inwazji na Irak w 2003 roku. Wszystkie były prowadzone w myśl neokonserwatywnej fantazji, jak w Iraku. To prawdziwe szaleństwo – kliniczne szaleństwo, oderwane od rzeczywistości i szkodliwe dla innych.

/.../ Ciąg dalszy artykułu - w wydaniu papierowym

wtorek, 03 luty 2015 00:00

Wroga znalazłem we własnym kraju

Z Peterem Hitchensem rozmawia Michał Krupa

Peter Hitchens (ur. 1951) ? angielski dziennikarz i autor konserwatywny. Opublikował sześć książek, m.in ?The Abolition of Britain? (Obalenie Anglii), ?The Rage Against God? (Wściekłość przeciwko Bogu), ?The Cameron Delusion? (Cameronowska iluzja). Swego czasu był zagranicznym korespondentem w Moskwie i Waszyngtonie dziennika ?Daily Express?. Obecnie publicysta ?The Mail on Sunday?. Laureat prestiżowego Orwell Prize.

czwartek, 06 listopad 2014 00:00

Logika kulawego realizmu

W trzeciej części kultowego Ojca Chrzestnego Don Corleone zwraca się do swojego bratanka z tymi słowami: Nigdy nie miej w nienawiści swoich wrogów. To źle wpływa na osąd.

Wydaje się, że ta reguła, która trafnie ujmuje roztropną postawę w dziedzinie stosunków międzynarodowych, została przeoczona przez dr Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego w jego tekście opublikowanym na portalu niezależna.pl (28.08.2014), w którym autor postuluje polskie dozbrajanie ponoszącej coraz to bardziej spektakularne porażki armii ukraińskiej w jej walce z separatystami z Donbasu.

poniedziałek, 11 sierpień 2014 11:07

Na początku był modernizm

Drugi Sobór Watykański był głównym wydarzeniem w Kościele XX wieku. Przede wszystkim położył on kres wrogości między Kościołem a modernizmem potępionym na Soborze Watykańskim Pierwszym. Wręcz przeciwnie: Ani świat nie jest królestwem zła i grzechu, są to wnioski wyraźnie osiągnięte przez Vaticanum II ? ani Kościół nie jest jedynym schronieniem dla dobra i cnoty. Modernizm był przez większość czasu reakcją na niesprawiedliwość i nadużycia, które dyskredytują godność i prawa człowieka. Sobór Watykański II oficjalnie uznał, że zaszły zmiany i zaznaczył potrzebę takich zmian w swoich dokumentach. (Kardynał Oskar Mariadiaga)

Pesymista narzeka na wiatr; optymista oczekuje, że się zmieni; realista dostosowuje żagle. William Arthur Ward

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.