Wyświetlenie artykułów z etykietą: Książki

środa, 17 marzec 2010 09:49

Cenzorzy mają się świetnie

Pokonanie totalitaryzmu miało przynieść m.in. powszechną dostępność książek, których druk był przez komunistów zakazany. Okazało się jednak, że główni beneficjenci przemian zapoczątkowanych okrągłostołowym hochsztaplerstwem potrafili na wolność słowa nałożyć kaganiec nie mniej skuteczny od PRL-owskiego aparatu cenzury. W jakiejś części jest to wynikiem gorzkiej prawdy, że architekci Trzeciej Rzeczypospolitej nie do końca rozstali się ze stanowiącą treść ich młodości marksistowską ideologią.

środa, 17 marzec 2010 09:48

Świadomość antyromantyczna

W 1994 r. na łamach ?Stańczyka? można było przeczytać: historyk literatury p. prof. Maria Janion wyraziła opinię, że społeczeństwo polskie poddawane jest neoliberalnej tresurze. Sama Pani Profesor długie lata poddawała (i nadal poddaje) młodych polonistów tresurze neomarksistowskiej. Po eutanazji Pierwszej PRL p. Janion objawiła się jako specjalistka od ideologicznego humbugu, jakim są tzw. gender studies. A z kolei w 2008 r. odkryła, że Nie-Boska komedia jest skażona antysemityzmem.

środa, 17 marzec 2010 09:46

Poemat o zagubionym zegarku

Będąc w Wilnie w ramach majowych spotkań, organizowanych przez kwartalnik ?Znad Wilii?, spotkałam polskich poetów.

środa, 17 marzec 2010 09:45

Poznając Amerykę

Opublikowana jako pierwszy tom serii Bibliotheca Erasmiana książka p. Artura Ławniczaka to przekrojowa, bogata w szczegóły prezentacja rzeczywistości prawno-ustrojowej państw Ameryki Łacińskiej. Na ponad 230 stronach autor wyczerpująco przedstawił modele polityczne zaistniałe na przestrzeni ostatnich dwóch wieków na południe od Rio Grande: monarchię (Meksyk, Brazylia, Haiti), wojskową dyktaturę i zróżnicowane odcienie demokracji ? liberalną, socjalistyczną czy z silną pozycją prezydenta. Zabrakło, niestety, krótkotrwałego Królestwa Araukanii i Patagonii, być może właśnie ze względu na jego efemeryczność (www.araucania.org).

środa, 17 marzec 2010 09:44

Przenikając mury

Spacer w paryskiej ?czasoprzestrzeni? zaczynamy w mieście, którego granice rozciągały się pomiędzy Polami Elizejskimi i placem Bastylii, Pałacem Luksemburskim i dzisiejszymi Wielkimi Bulwarami.

czwartek, 11 marzec 2010 18:00

Niepoprawny manifest

 

Zazwyczaj manifesty są napisane pod wpływem nagromadzonych emocji ? monotematyczne, a zarazem ogólnikowe wyrzuty autora. Taka etykietka często jest przypinana dziełom ludzi o radykalnych, bezkompromisowych poglądach. Niewątpliwie do takich ludzi należał Tadeusz Gluziński, autor ?Odrodzenia idealizmu politycznego?.
 
No właśnie, czy ?życiowe? dzieło Gluzińskiego należy zaliczyć do żarliwych manifestów wszelkiej maści wywrotowców? Wśród tzw. umiarkowanych pokutuje pogląd, że narodowiec, a już na pewno narodowy radykał sprzed wojny, to krwiożerczy antysemita, o antykapitalistycznych fobiach. Każdy, kto przeczytał choć fragment ?Odrodzenia idealizmu politycznego?, wie, że taki punkt widzenia jest całkowicie mylny.
 
Tadeusz Gluziński ? działacz narodowy, jeden z sygnatariuszy Deklaracji ONR z 1934 r., w swoim kultowym manifeście przedstawił wyniki obserwacji współczesnego świata i chociaż od czasu wydania ?Odrodzenia? minęło prawie 70 lat, obserwację można zastosować do teraźniejszości. Być może dlatego, że nasze ?dziś? jest zbudowane na fundamencie Rewolucji Antyfrancuskiej, tym samym, w którym Gluziński upatrywał przyczyny katastrof na płaszczyźnie politycznej, gospodarczej, religijnej i filozoficznej. Przedwojenny ONR-owiec żarliwie atakuje zbrodnicze dzieło epoki oświecenia, w swoich rozważaniach zbliżając się do stanowiska tradycjonalistycznych konserwatystów. Jednak, w przeciwieństwie do nich, przekaz Autora jest pozytywny. Gluziński widzi w zawierusze dziejowej, młodzieńczym zapale i uczciwości odbudowę Bożego Ładu. (Jesteśmy świadkami prawdziwego odrodzenia. Prysł czas złudnych doktryn, odżywa siła duchowa idei. Narody tęsknią do chwil, w których to, co będą przeżywać, wyzwoli skarby entuzjazmu.(...) Do okna zapukały zjawy nowej epoki, w której życie będzie może twarde, ale dusze czyste i szlachetniejsze, a myśli... zdrowsze). Niczym inny krzyżowiec XX w. (choć działający po przeciwnej stronie barykady) ? Leon Degrelle, czuje potrzebę rozpalenia młodzieńczych dusz. Tylko w szczerości i poświęceniu widzi szansę na odbudowę państwa i całego Starego Kontynentu. Autor dostrzega przyblakły blask koron, których właściciele zaprzedali ideały chrześcijańskiej Europy lożom masońskim, wśród których dostrzegli sojuszników. Nie popada jednak w monarchistyczne sentymenty za starym łacińskim Ordo, bo wierzy w jego odbudowę.
 
Gluziński całkowicie odrzuca dziedzictwo XVIII w. Stąd jego niechęć do wszelkich -izmów. Już w pierwszym rozdziale przedstawia różnice między polskim ruchem narodowym a europejskim nacjonalizmem, wywodzącym się z kręgów lewicowych. Zdaniem Autora, głównym grzechem nacjonalizmu było pozostanie przy XVIII-wiecznej ?naukowości?, potrzebie zaszufladkowania się obok liberalizmu i socjalizmu (Skończmy z ?nacjonalizmem? tak samo, jak skończyliśmy z liberalizmem, demokratyzmem i tylu innymi idiotyzmami XIX stulecia). Nie zapomina również o pobycie na manowcach ideowych polskich narodowców, wytykając im szczególnie małpowanie oświeceniowych, liberalno-demokratycznych wzorców i antyklerykalizm (Przedwojenny nacjonalizm polski odznaczał się zupełnym indyferentyzmem w stosunku do religii, okazując jej i jej przedstawicielom częstokroć jawną niechęć. Wiara nie godziła się z ?duchem czasu? i ze ?światopoglądem? przyrodniczym. ?Egoizm narodowy? nie mógł żyć w zgodzie z etyką katolicką). Jednocześnie dostrzega ewolucję, jaką przeszli polscy narodowcy od modernizmu do tradycyjnego katolicyzmu, od apologii demokracji do aprobowania autorytaryzmu i wreszcie od ugrzecznionych, bezowocnych działań parlamentarnych do radykalizmu w praktyce (... polski obóz narodowy począł strząsać liberalne upierzenie; hasła Obozu Wielkiej Polski nie zawierają już liberalnych pogłosów niemal wcale).
 
Bezkompromisowość i radykalizm nie oznaczają jednak u Gluzińskiego idiotycznej pochwały dla silnej władzy, samej w sobie. Autorytaryzm jest dla Autora dziedzicem najszlachetniejszych wzorców Starej Europy. Aby ustrój ?silnej ręki? spełniał podstawowe kryteria, musi mieć jawne cele dla rządzonych, a przede wszystkim zgodne z ich prawdziwym charakterem (Ustrój musi być przystosowany do narodu, jak ubranie do ciała). W przeciwnym razie autorytet władzy będzie tylko pozorny, forma przerośnie treść, a same rządy autorytatywne będą wówczas ?kolosami na glinianych nogach? (vide: sanacja). Nic więc dziwnego, że rozważania o tej formie rządów znalazły się w części ?Tytuł moralny władzy?. Moralność, oparta na tradycyjnych, katolickich wartościach, jest bowiem w Jego oczach fundamentem budującym silne państwo. Logiczne jest zatem odrzucenie przez Gluzińskiego zasady ?cel uświęca środki?, którą kierują się zarówno polityczni karierowicze, jak i bezkrytyczni fanatycy rządów sztucznego autorytaryzmu, czczący poczucie mechanicznej siły.
 
Manifest Gluzińskiego to również rzucenie rękawicy demonom XX-wiecznego świata, owocom błędnych ideologii XVIII i XIX w. Dlatego Autor zajadle krytykuje bezideowość szkolnictwa, które miast kształtować młodych w duchu poszanowania Tradycji, a przede wszystkim autonomii rodzin, stara się wpajać uwielbienie dla określonej doktryny, panującego systemu i areligijności.
 
?Odrodzenie idealizmu politycznego?, choć reklamowane przez wydawcę jako ?Kultowy manifest narodowego radykalizmu? godne jest uwagi wszystkich ludzi, którym zależy na większej uczciwości w życiu politycznym. Gluziński nie głaszcze jednak po głowie zwolenników jakiegokolwiek światopoglądu. Konserwatyści nie będą pewnie usatysfakcjonowani z uwagi na wyrzucenie starym dynastiom sojuszu z wolnomularstwem. Nacjonaliści nie pogodzą się z odważnym ukazaniem źródeł tej ideologii i wytknięciem jej głównych wad, na czele z ?egoizmem narodowym?, jako sprzecznym z etyką katolicką. Wolnościowcom nie przypadnie do gustu, nakreślenie linii podobieństwa między myślicielami liberalnymi, takimi jak choćby Adam Smith, a ?ojcami? komunizmu. Warto jednak zerknąć do tej książki. Szczególnie dziś, gdy życie publiczne jest zdominowane przez drobnych cwaniaczków, eurofederaści coraz śmielej sobie poczynają, a homintern walczy z wartościami rodzinnymi, bez których Europa umrze.
 
Tadeusz Gluziński Odrodzenie idealizmu politycznego, ARTE, Biała Podlaska 2007.
 
czwartek, 11 marzec 2010 17:59

Trubadur Maryi

 

Zbudował całą mariologię, najwspanialszy w dziejach pomnik Dziewiczej Matki Boga
? Plinio Correa de Oliveira
 
Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z pochodzenia powszechnie kojarzonego z papieżem Janem Pawłem II hasła ?Totus Tuus?. Jakkolwiek jednak postać św. Ludwika Marii Grignion de Montfort wciąż pozostaje wielu osobom zupełnie nieznana, sytuacja poprawia się z roku na rok. Niemała w tym zasługa Wydawnictwa Księży Marianów, które nie poprzestając na słynnym ?Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny?, wydało w tym roku obszerny wybór pism św. Ludwika Marii.
 
Święty Wincenty Ferreriusz przepowiedział w XV wieku miasteczku Montfort la Cane, że narodzi się w nim kiedyś wielki święty, którego dzieło będzie miłe Bogu, a ludziom przyniesie błogosławieństwo. Przepowiednia ta spełniła się 31 stycznia roku 1673, kiedy na świat przyszedł Ludwik Grignion. Jego ojciec ? mający na głowie utrzymanie osiemnaściorga dzieci ? swoim trudnym charakterem dał synowi możliwość ćwiczenia od najmłodszych lat cnót cierpliwości i posłuszeństwa, co bardzo przydało się świętemu później, w seminarium i po święceniach kapłańskich. Od dzieciństwa Ludwik wielką czcią i miłością darzył Matkę Bożą. Przyjąwszy na bierzmowaniu Jej imię, nosił je z dumą do końca życia. W seminarium założył Stowarzyszenie Niewolników Najświętszej Panny Maryi. Być może, za sprawą szerzącego się w owym czasie jansenizmu (który występował przeciwko kultowi Matki Bożej), szczególne nabożeństwo, jakim darzył św. Ludwik Maria Najświętszą Panienkę, powodowało w jego życiu wiele bolesnych przeżyć. Zarzucano mu, że miłość Matki Bożej przesłania mu miłość Chrystusa; na zarzut ten odpowiedział m.in. fragmentem ?Traktatu o doskonałym nabożeństwie?: Nigdy bowiem nie czcimy lepiej Chrystusa, niż kiedy czcimy Jego Najświętszą Matkę, gdyż czcimy Ją tylko po to, by tym większą oddać cześć Chrystusowi Panu; gdyż idziemy do Niej jako do szlaku wiodącego do kresu naszej wędrówki, a kresem tym Jezus Chrystus. W seminarium na rozmaite sposoby uprzykrzał życie młodemu klerykowi jego przełożony, ks. Leschassier ? nie uważał on bowiem, żeby Ludwik nadawał się na kapłana. Po śmierci dawnego podwładnego (w roku 1716) stwierdził podobno: widzicie, że się nie znam na świętych. Także przez niemal całą posługę kapłańską św. Ludwik Maria spotykał się z niezrozumieniem, a nierzadko nawet niechęcią zwierzchności ? nigdy jednak nie wystąpił przeciwko niej, a wszelkie przeciwności znosił z cierpliwością i pokorą. Ojciec Stanisław Maria Kałdon pisał o nim: Kroczył ciernistą drogą swojego życia, beztrosko, jak średniowieczny trubadur, zasłuchany w dźwięki cudownej melodii wielbiącej Panią jego serca. Niczego goręcej nie pragnął, jak tego, aby cały świat rozbrzmiewał pieśnią miłości ku Jej chwale.
 
Poniekąd właśnie przez niechęć niektórych hierarchów św. Ludwik Maria przewędrował ogromny kawał Francji, w rozmaite jej zakątki zanosząc pieśń wielbiącą Maryję. Szczególnie intensywnie działał w Bretanii i Wandei. Papież Pius XII w homilii na jego kanonizacji powiedział, że postawa Wandei w roku 1793 była dziełem jego rąk. Oprócz głoszonych kazań, sporo pisał ? jego zaś najdoskonalszym dziełem jest ?Traktat o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny?, wydany po raz pierwszy 127 lat po śmierci autora (który zresztą przewidział, że książka przeleży ponad stulecie, osnuta ciemnością i milczeniem na dnie skrzyni). Wybitny brazylijski myśliciel katolicki, Plinio Correa de Oliveira nazwał ten traktat atomową bombą katolicyzmu (?) bombą powstałą nie po to, by zabijać, lecz by prowadzić do zmartwychwstania. To z tego dzieła pochodzi maryjne zawołanie: Totus Tuus (jakkolwiek zaczerpnięte ze św. Bonawentury). Jan Paweł II podkreślał ? w rozmowie z Andre Frossardem ? znaczenie ?Traktatu? w jego życiu: Lektura tej książki stała się dla mnie momentem przełomowym. Nazywam w tym wypadku ?momentem? cały proces wewnętrzny, który trwał dość długo, łączy się on zaś z okresem konspiracyjnego przygotowania do kapłaństwa. Wtedy dotarł do moich rąk właśnie ów przedziwny Traktat: jedna z tych książek, których nie wystarczyło tylko ?przeczytać?. Pamiętam, że chodziłem z nią długo, zabierałem ją z sobą nawet do pracy w fabryce sody (tak, że piękna okładka została poplamiona wapnem) ? i z różnych stron wracałem do poszczególnych jej fragmentów. Dostrzegłem bowiem, że poza barokowym wystrojem stylu tej książki jest w niej coś zasadniczego. I do tego właśnie powracałem po kilka razy. Owocem takiej pracy nad Traktatem jest to, że na miejsce dawnego dziecięcego (czy nawet młodzieńczego jeszcze) nabożeństwa do Matki Chrystusa ukształtował się we mnie nowy do Niej stosunek, wynikający z najgłębszych treści mojej wiary: jakby z samego serca rzeczywistości Trynitarnej i Chrystologicznej.
 
Swoisty abstrakt ?Traktatu? stanowi ?Tajemnica Maryi?, wspaniały list, jaki Pan de Montfort napisał do pewnej zakonnicy w Nantes o nabożeństwie niewoli Jezusa w Maryi. Pozostałe dwa pisma, zawarte w wyborze księży Marianów, to ?List okólny do Przyjaciół Krzyża? i ?Miłość Mądrości Przedwiecznej?. Temat krzyża był dla księdza de Montfort bardzo ważny. Zdarzyło się, że przez oszczerstwo, w które uwierzył biskup, otrzymał on rozkaz przerwania misji i opuszczenia diecezji. Polecenie wykonał natychmiast, przerywając kazanie, a otaczający go tłum pożegnał słowami: drodzy bracia, mieliśmy na tym placu ustawić krzyż na pamiątkę tych misji. Bóg chce, abyśmy zamiast tego w naszych sercach umieścili go, i to jest o wiele ważniejsze. Św. Ludwik Maria zwykł mawiać, że największym krzyżem w życiu jest żyć bez krzyża. Temat krzyża porusza także ?Miłość Mądrości Przedwiecznej?, przedstawiając program opartego na Krzyżu życia ewangelicznego. Zresztą autor stawia znak równości pomiędzy posiadaniem Mądrości a jednoczeniem się z Chrystusem poprzez niesienie swojego krzyża. ?Miłość Mądrości Przedwiecznej? łączy się również ściśle z mariologią św. Ludwika Marii, który nazywał Matkę Bożą arcydziełem i cudem Mądrości Przedwiecznej. Także założone przez siebie zgromadzenie Córek Mądrości do osiągnięcia Bożej Mądrości ks. de Montfort prowadził drogą przedstawioną w ?Traktacie o doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny?.
 
Spośród najważniejszych dzieł św. Ludwika Marii Grignion de Montfort w ?Pismach wybranych?, wydanych przez księży Marianów, zdaje się brakować ?Przedziwnego sekretu Różańca Świętego?. Ponieważ jednak św. Ludwik Maria był największym bodaj ? obok św. Dominika ? apostołem Różańca, także w dziełach zamieszczonych w wyborze nie brak pięknych fragmentów na temat tego nabożeństwa.
 
Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, Pisma wybrane, tłum. Aleksandra Frej, Agnieszka Kuryś, Warszawa 2008, www.wydawnictwo.pl
czwartek, 11 marzec 2010 17:57

Czarna propaganda

 Tradycyjne sposoby prowadzenia wojny zostaną w przyszłości zastąpione środkami o czysto psychologicznym charakterze, dążącymi do zepsucia ludzkiego umysłu, upośledzenia intelektu oraz rozkładu życia moralnego i duchowego danego narodu nie za pomocą oręża zbrojnego, lecz pod wpływem woli innego narodu ? pisał J.F.C. Fuller, znawca historii wojskowości.

 
Wiek XX czasem określa się mianem wieku propagandy. XXI w. zapewne nie umniejszy jej roli. Wobec tego wyławianie z medialnego szumu treści propagandowych powinno stać się elementarną umiejętnością człowieka. W przeciwnym razie staje się bezbronny wobec nadawców propagandy. Według Fullera szczególną rolę w realizacji działań politycznych o dużej wadze dla państw i narodów pełnić będzie czarna propaganda. Czym jednak jest czarna propaganda? Najłatwiej to pokazać na przykładzie. ?Wyborcza? niby reprezentuje środowiska solidarnościowe, a w rzeczywistości dba o interesy PZPR i SB, co widać choćby po jej stosunku do lustracji. Specyficzną cechą czarnej propagandy jest utajnienie jej nadawcy, przez co nie możemy dziś z całą pewnością stwierdzić, że to czy inne działanie jest propagandą nadawaną np. przez Berlin, Paryż czy Moskwę. Jesteśmy jednak w stanie prześledzić przynajmniej część działań obejmujących czarną propagandę z okresu II wojny światowej.
 
W 2008 r. ukazała się książkapt. Czarna propaganda. Polska, Niemcy, Wielka Brytania. Tajemnice największych oszustw II wojny światowej. Jej autorem jest ur. w 1929 r., a obecnie mieszkający w Londynie, Stanley Newcourt-Nowodworski, drużynowy Szarych Szeregów, który jako 14-letni chłopiec został członkiem AK i brał udział w Akcji ?N? ? obejmujących czarną propagandę działaniach wymierzonych w Niemców. Warto w tym miejscu wspomnieć o choćby niektórych operacjach opisanych w recenzowanej pracy. Uderzające jest, że poważne przedsięwzięcia sąsiadowały z kuriozalnymi.
 
Brytyjczycy prowadzili m.in. działania imitujące istnienie w III Rzeszy silnej opozycji generałów przeciw Hitlerowi, czym udało się oszukać nie tyle Niemców, co władze USA. W okresie, gdy realna była groźba inwazji wojsk niemieckich na Wielką Brytanię, rozpowszechniali pogłoski o wynalezieniu sposobu, aby podpalić morze oraz o wypuszczeniu rekinów w wodach kanału La Manche. Inna pogłoska dotyczyła krwi przetaczanej rannym w niemieckich szpitalach wojskowych: miała pochodzić od rosyjskich jeńców i być zanieczyszczona zarazkami chorób wenerycznych. Zachęcano też żołnierzy wroga do dezercji, m.in. materiały wydane rzekomo w imieniu dowództwa Wehrmachtu potępiały dezercję, a jednocześnie sugerowały, że nie jest ona trudna. Różnymi sposobami przekazywano żołnierzom niemieckim, pracownikom oraz robotnikom przymusowym informacje w jaki sposób uszkodzić okręt podwodny, symulować choroby, instruowano, jak dokonać samookaleczenia, aby wyglądało to wiarygodnie.
 
Czarna propaganda III Rzeszy chyba swój największy sukces osiągnęła w działaniach wymierzonych przeciwko Francji, zmierzających do wywołania negatywnego stosunku społeczeństwa tego kraju do wojny. Wiele osób z francuskiego środowiska dziennikarskiego przyjmowało honoraria w zamian za wstrzymanie się od krytyki Niemiec. Amerykański ambasador informował, że w ciągu sześciu miesięcy poprzedzających kryzys monachijski, Niemcy wypłacili francuskim gazetom trzysta pięćdziesiąt milionów franków. Spośród raczej humorystycznych działań można wymienić wydawanie fałszywych znaczków, przedstawiających brytyjską królową w koronie ozdobionej Gwiazdą Dawida. Warto też zauważyć, że w czasie wojny w propagandzie niemieckiej pojawił się motyw walki Niemiec w obronie Europy zagrożonej bolszewizmem.
 
Autor o akcji ?N? prowadzonej przez AK, a w którą sam był zaangażowany, pisał bardziej wnikliwie, widoczny jest też jego osobisty stosunek do podejmowanych działań. Uderza różnica w rozmachu czarnej propagandy brytyjskiej i polskiej. AK, działająca w warunkach okupacji i dysponując skromnymi środkami, starała się lepiej wykorzystać swoje zasoby, np. każdy egzemplarz gazety trafiał do konkretnego Niemca, należącego do wyselekcjonowanej wcześniej grupy. Jedną z udanych akcji było sfałszowanie rozporządzenia władz III Rzeszy o dniu wolnym od pracy, w efekcie 1 maja stanęła większość zakładów w Warszawie i okolicach. Straty zadane wówczas niemieckiej produkcji można porównać do skutków małego nalotu RAF-u. Pisano donosy na niemieckich urzędników, zawierające częściowo prawdziwe, częściowo zmyślone informacje o ich oszustwach, kradzieżach, łapówkarstwie. Wysyłano też donosy do Gestapo na nieistniejących Polaków. Liczono, że okupanci zaczną z nieufnością odnosić się do wszystkich denuncjacji, również tych prawdziwych.
 
Pod adresem omawianej pracy można wygłosić niemało krytycznych uwag, ale po jej lekturze czytelnik zapewne stanie się bardziej odporny na działanie oszustów, usiłujących wywrzeć na nas wpływpoprzez propagandę.
 
Stanley Newcourt-Nowodworski, Czarna propaganda. Polska, Niemcy, Wielka Brytania. Tajemnice największych oszustw II wojny światowej, Wydawnictwo Znak 2008, ss. 348.
 
czwartek, 11 marzec 2010 17:56

Przejście przez komin

 Przedziwna i wspaniała książka! Ten gruby i ciężki (na wagę) tom czyta się jednym tchem, aczkolwiek wymaga on od czasu do czasu przerwy w lekturze, by uporządkować myśli, zastanowić się nad tym, jakie przesłanie niesie, i z nowym zapałem wgłębić się w jego treść. Jest to bowiem opowieść o pisarzach nawróconych. Nawróconych na chrześcijaństwo. A dotyczy pisarzy anglojęzycznych z końca XIX i całego XX wieku. O tych, którzy zaczynali jako pisarze ateistyczni, albo dla których wiara była czymś ubocznym, mało ważnym, i nagle doznali olśnienia, lub też przebywali długą i żmudną drogę, by na jej końcu stanąć u stóp Boga.

 
Zazwyczaj literaturę określamy bardzo prosto. Albo nam się podoba, albo nie. Oceniamy powieści i poezje w kategoriach literackich, mało albo wcale nie poświęcając uwagi, jakie przekonania i postawy mieli pisarze. Jest to jednak ? okazuje się ? kryterium niezmiernie ważne, albowiem przekonania autorów mają nieodparty wpływ na ich utwory. Jeżeli nie wprost, to przynajmniej przeczuwamy je, czytając to, co napisali.
 
Wczytując się w tych kilkadziesiąt pasjonujących biografii anglojęzycznych pisarzy, śledzimy ich poszukiwania religijne, świadome lub podświadome, śledzimy ich perypetie duchowe i olśnienia wręcz mistyczne, albo takie, które rodziły się żmudnie i powoli. Śledzimy wreszcie drogi intelektualnego i duchowego rozwoju twórców i wpływ przemian egzystencjalnych na ich dzieła. A byli wśród nich tacy, jak Clive Staples Lewis, John Reginald Rouel Tolkien, Gilbert Keith Chesterton, Graham Green, Dorothy Sayers czy nawet Oskar Wilde. Bo i ten lekkoduch i bywalec salonów na łożu śmierci przyjął chrzest, odpuszczenie grzechów i ostatnie namaszczenie.
 
Rozmaite były drogi każdego z nich. Jedni od niewiary dochodzili do Kościoła anglikańskiego, inni czynili krok dalej, aż do Kościoła rzymskokatolickiego. A działo się to w okresie, kiedy zdawał się triumfować ateizm. Ci nawróceni pisarze świadczyli o chrześcijańskim odrodzeniu literackim, stanowiącym wyraz artystycznego i intelektualnego sprzeciwu wobec przeważającego, zdawałoby się, agnostycyzmu epoki. Jeden z nawróconych, Evelyn Waugh, pisał: Nawrócenie przypomina przejście przez komin ze świata po drugiej stronie lustra, gdzie wszystko jest niedorzecznie zdeformowane, do świata prawdziwego, stworzonego przez Boga; a wtedy zaczyna się cudowny i niekończący się proces odkrywania go.
 
Czy wielu naszych współczesnych pisarzy zdecydowałoby się na przejście przez komin z drugiej, zdeformowanej, nierzeczywistej strony lustra?
 
Sam autor, Joseph Pearce, ur. w 1961 r. w Londynie, wychowywał się w rodzinie o silnie antykatolickich tradycjach. W młodości był skinheadem. W wieku 28 lat przeżył nawrócenie i zajął się krytyką literacką, rozpatrując pierwiastki religijne i motywacje duchowe w życiu i twórczości pisarzy współczesnych. A jego prezentowane tu dzieło pomaga zrozumieć, co to znaczy w literaturze dawać świadectwo prawdzie.
 
Joseph Pearce, Pisarze nawróceni. Inspiracja duchowa w epoce niewiary, z ang. przeł. Robert Pucek, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2007.

 

Przedziwna i wspaniała książka! Ten gruby i ciężki (na wagę) tom czyta się jednym tchem, aczkolwiek wymaga on od czasu do czasu przerwy w lekturze, by uporządkować myśli, zastanowić się nad tym, jakie przesłanie niesie, i z nowym zapałem wgłębić się w jego treść. Jest to bowiem opowieść o pisarzach nawróconych. Nawróconych na chrześcijaństwo. A dotyczy pisarzy anglojęzycznych z końca XIX i całego XX wieku. O tych, którzy zaczynali jako pisarze ateistyczni, albo dla których wiara była czymś ubocznym, mało ważnym, i nagle doznali olśnienia, lub też przebywali długą i żmudną drogę, by na jej końcu stanąć u stóp Boga.
 
Zazwyczaj literaturę określamy bardzo prosto. Albo nam się podoba, albo nie. Oceniamy powieści i poezje w kategoriach literackich, mało albo wcale nie poświęcając uwagi, jakie przekonania i postawy mieli pisarze. Jest to jednak ? okazuje się ? kryterium niezmiernie ważne, albowiem przekonania autorów mają nieodparty wpływ na ich utwory. Jeżeli nie wprost, to przynajmniej przeczuwamy je, czytając to, co napisali.
 
Wczytując się w tych kilkadziesiąt pasjonujących biografii anglojęzycznych pisarzy, śledzimy ich poszukiwania religijne, świadome lub podświadome, śledzimy ich perypetie duchowe i olśnienia wręcz mistyczne, albo takie, które rodziły się żmudnie i powoli. Śledzimy wreszcie drogi intelektualnego i duchowego rozwoju twórców i wpływ przemian egzystencjalnych na ich dzieła. A byli wśród nich tacy, jak Clive Staples Lewis, John Reginald Rouel Tolkien, Gilbert Keith Chesterton, Graham Green, Dorothy Sayers czy nawet Oskar Wilde. Bo i ten lekkoduch i bywalec salonów na łożu śmierci przyjął chrzest, odpuszczenie grzechów i ostatnie namaszczenie.
 
Rozmaite były drogi każdego z nich. Jedni od niewiary dochodzili do Kościoła anglikańskiego, inni czynili krok dalej, aż do Kościoła rzymskokatolickiego. A działo się to w okresie, kiedy zdawał się triumfować ateizm. Ci nawróceni pisarze świadczyli o chrześcijańskim odrodzeniu literackim, stanowiącym wyraz artystycznego i intelektualnego sprzeciwu wobec przeważającego, zdawałoby się, agnostycyzmu epoki. Jeden z nawróconych, Evelyn Waugh, pisał: Nawrócenie przypomina przejście przez komin ze świata po drugiej stronie lustra, gdzie wszystko jest niedorzecznie zdeformowane, do świata prawdziwego, stworzonego przez Boga; a wtedy zaczyna się cudowny i niekończący się proces odkrywania go.
 
Czy wielu naszych współczesnych pisarzy zdecydowałoby się na przejście przez komin z drugiej, zdeformowanej, nierzeczywistej strony lustra?
 
Sam autor, Joseph Pearce, ur. w 1961 r. w Londynie, wychowywał się w rodzinie o silnie antykatolickich tradycjach. W młodości był skinheadem. W wieku 28 lat przeżył nawrócenie i zajął się krytyką literacką, rozpatrując pierwiastki religijne i motywacje duchowe w życiu i twórczości pisarzy współczesnych. A jego prezentowane tu dzieło pomaga zrozumieć, co to znaczy w literaturze dawać świadectwo prawdzie.
 
Joseph Pearce, Pisarze nawróceni. Inspiracja duchowa w epoce niewiary, z ang. przeł. Robert Pucek, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2007.
czwartek, 11 marzec 2010 16:34

Ofiary zabijane powtórnie

Ludobójstwo dokonane na Wołyniu, Podolu i Pokuciu jest tragedią szczególną. Ono właśnie nie było, lecz jest, gdyż co najmniej na kilka sposobów niewyobrażalne nieszczęście z lat czterdziestych trwa.

 
Jan Zaleski z Monasterzysk powiedział, że Kresowian zabito dwukrotnie; raz przez ciosy zadane toporami, drugi raz przez przemilczenie. Dodałbym, że dziś jesteśmy świadkami trzeciego mordu ? popełnianego zarazem na przyzwoitości i prawdzie, a polegającego na wznoszeniu pomników faszystowskim rezunom i cementowaniu tożsamości młodego państwa ukraińskiego gloryfikacją sprawców masowych i niewyobrażalnie okrutnych zbrodni.
 
Przez 45 lat, na przekór PRL-owskiej cenzurze, do dość szerokich kręgów przebijała się wiedza o pakcie Ribbentrop-Mołotow, Katyniu i innych faktach, przez prosowieckie marionetki obłożonych przymusowym milczeniem. Na niektórych obszarach Urząd Kontroli Publikacji osiągnął jednak także pośmiertny sukces. Ludobójstwo w okupowanej Polsce południowo-wschodniej zostało zamilczane tak skutecznie, że nawet po 1989 r. i ta nieliczna mniejszość, która słyszała o ukraińskich rzeziach, najczęściej ma o nich wiedzę śladową i wypaczoną. Jeśli temat pojawia się w mediach ? omawiany jest przy użyciu słów tak dalece nieadekwatnych, że stanowiących dowód tego, że mamy do czynienia raczej z nowym etapem zakłamywania historii, niż ujawnianiem jej poukrywanych świadectw. Żadną nieścisłością czy eufemizmem, lecz fałszerstwem jest bowiem opisywanie tragedii Kresów jako konfliktu narodowościowego, czystki etnicznej czy wojny domowej. OUN-UPA na terenie dawnych województw południowo-wschodnich dokonał masowego, bestialskiego ludobójstwa, uzasadnionego niczym innym, jak tylko skrajnie prymitywną, barbarzyńską żądzą rabunku i mordu oraz nieludzką ultrafaszystowską doktryną.
 
Trwający pół wieku totalitarny porządek uniemożliwił prowadzenie jakichkolwiek badań, znacząco utrudnił sporządzanie nawet najprostszych świadectw. Nie tracono też czasu z drugiej strony obecnej granicy, gdzie zacieranie śladów osiągnęło formy polegające na przeobrażaniu topografii ogromnych obszarów. Wypalone do gruntu miejscowości, których historia sięgała nieraz średniowiecza, pokryto lasami, polami, nawet nowe tamtejsze drogi, prowadząc je czasem w sposób niefunkcjonalny. Wszystko wedle zasady, że lepiej ziemię odebraną Polakom urządzić nielogicznie, byle tylko wymazać jakiekolwiek wspomnienie o poprzednich włodarzach i ich męczeńskim końcu. Wiemy dziś jednak, że ukraińscy faszyści dokonali mordów w ok. 4300 miejscowościach, a ostrożne szacunki określają liczbę ofiar na 120 tysięcy.
 
Zabijanie masowe, bez litości dla niemowląt, kobiet i starców, to tylko część tragedii. Polegała też ona na angażowaniu ukraińskich dzieci, często w wieku dwunastu lat, by według instrukcji starszych uczyły się zadawać śmierć połączoną z maksymalną dawką bólu.
 
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski skupia uwagę na współczesnych aspektach tragedii Kresów. W wolnej Polsce pamięć ofiar objęta zostaje nowym zakazem. Nie wolno oddać im czci pomnikiem, podczas gdy na polskiej ziemi stoją już postumenty upamiętniające członków UPA ? organizacji jednoznacznie antypolskiej i zbrodniczej. W imię dobrych stosunków z Ukrainą zadeptuje się groby tych, którzy za przynależność do Polski zapłacili krańcowym cierpieniem, śmiercią własną i swoich rodzin. Partnerstwo ze wschodnim sąsiadem w jakiejś mierze opiera się więc na kłamstwie, wyrzeczeniu się części własnego dziedzictwa, a przez to wzmacnianiu obłędu budowy ukraińskiej świadomości narodowej na gruncie skrajnego fałszu. Polska powinna od dawna tętnić impulsami, przypominającymi postacie i dokonania szlachetne, stanowiące rzeczywisty, pozytywny wkład Ukraińców w budowę zarówno ich państwa, jak też Europy wolnej od rosyjskiego imperializmu i komunizmu. Wymogiem przyzwoitości jest oddanie czci Semenowi Petlurze i jego żołnierzom, wraz z naszymi stawiającym w 1920 r. opór bolszewickiej nawale. Przypomnieć warto o Andrieju Potiebni i innych Ukraińcach, którzy walczyli w naszych powstaniach o wspólną wolność. Gesty tego rodzaju byłyby nie tylko ukłonami w stronę naszych sąsiadów, stawiających dziś na cokołach zwyrodniałych siepaczy. Petlurze czy Potiebni należy się polska wdzięczność, a Ukraińcom ich osoby mogą przypomnieć, że mają w swej przeszłości postacie krańcowo odmienne od bandytów z UPA. Nasze pomniki ofiar rzezi powinny oddawać cześć także tym nielicznym Ukraińcom, którzy za schronienie dawane Polakom płacili własnym życiem.
 
Po lekturze kolejnej książki ks. T. Isakowicza-Zaleskiego znów bardziej ugruntowuje się we mnie przekonanie, że duszpasterz naszych Ormian jest prawdziwym darem Niebios. Niewahający się podejmować najbardziej bolesnych tematów i jaki przy tym zrównoważony! Tak bardzo doświadczany i atakowany, a jakże pogodny. Wytrwały orędownik prawdy. Szczęść Boże, księże Tadeuszu!
 
Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Przemilczane ludobójstwo na Kresach, Małe Wydawnictwo, Kraków 2008.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.