piątek, 04 czerwiec 2010 00:07

W Europie na ostro

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Nie powinniśmy już tolerować tego bezustannego liberalnego krytykowania państwa. Państwo powinno jak najbardziej interweniować. Być może, drodzy Czytelnicy, brzmi Wam to jak cytat z Gottwalda z roku 1948. Zanim jednak zaczniecie zgadywać, skąd to w rzeczywistości pochodzi, proszę wytrzymać jeszcze kilka następnych cytatów: Mniej na konsumpcję prywatną, a państwu dawać tyle pieniędzy, ile potrzebuje do spełniania swoich obowiązków.

A także:
Musimy znów wprowadzić pierwszeństwo polityki i kontrolować wszystko, co tylko kontrolować można.

Czy wierzycie, czy też nie, jesteśmy w Niemczech roku 2002 i wsłuchujemy się w przedświąteczne przemówienia polityków rządzącej SPD, za tygodnikiem "FOCUS". Największa gospodarka europejska stacza się ze stromego brzegu. Grozi jej krach spowodowany socjalistyczną teorią wszechpotężnego państwa. O tym, że krach ten jest nieunikniony, świadczy choćby fakt, iż w polityce budowy mocnego państwa i totalitarnej kontroli życia obywateli obecny rząd nie zamierza niczego zmieniać. Niemcy w konsekwencji wszechogarniającej polityki społecznej grzęzną w ekonomicznym upadku, który można by zatrzymać jedynie przy zastosowaniu nader bolesnych reform. By je przeprowadzić, potrzebna jest i wizja i odwaga, a tych socjalistyczny gabinet nie ma.
Ostrzeżenia instytucji międzynarodowych, które już któryś rok z rzędu zwracają uwagę, że jeżeli Niemcy nie przeprowadzą istotnych reform na rzecz wolnego rynku, ich gospodarka zatrzyma się, pozostają bez echa. Ponieważ gospodarka ta stanowi około jednej czwartej eurostrefy (państwa, które przeszły na euro), jest wystarczająco potężna, by staczając się, pociągnąć za sobą innych.
Ale zamiast przestraszyć się tych czarnych wizji rząd niemiecki wytrwale wierzy, że uratuje wszystko poprzez coraz większe opodatkowanie i zabezpieczenia socjalne. Pismo "FOCUS" oblicza, że praktycznie rzecz biorąc we wszystkich grupach dochody spadną o jedną trzecią, gdyż dwie trzecie zabiera państwo. Z tej trzeciej, która im pozostaje, państwo odbiera kolejny podatek przy każdym zakupie towaru - VAT. Większości Niemców nie pozostaje wiele do oszczędzania i na inwestycje. Te ostatnie są zresztą ekonomicznie nieatrakcyjne, gdyż ich opłacalność jest znikoma. Niemcy stracili miliardy euro na giełdzie. Zamiast inwestowania - zapożyczają się i mnożą długi. Bankowość sypie im się do tego stopnia, że nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy bije na alarm.
Przedsiębiorstwa prywatne, które od każdego zatrudnionego muszą państwu płacić 17,4 proc. pensji dodatkowo, ledwo zipią i nie mają odwagi przyjmować nowych pracowników. Według ustaw regulujących prawo pracy muszą też płacić pracownikom rekompensaty z tytułu zwolnienia. Zwolnionym, przebywającym na bezrobociu państwo zapewnia trzy czwarte ich ostatniej pensji, zatem nie opłaca się chodzić do pracy. Bezrobocie rośnie w tempie nieznanym od lat 30 i przekroczyło już 10 proc. Inwestorzy przestają inwestować w Niemczech i wolą zakładać filię w Polsce, gdzie koszty wynoszą jedną czwartą tego, co w Niemczech, a i zyski są większe. Tysiące małych i średnich przedsiębiorców w ramach dobrze zorganizowanej kampanii wysyłają do Schroedera koszule z listem "Masz tu, zdzierco, tę moją ostatnią koszulę". Ogrodzenie wokół urzędu kanclerza jest obwieszone koszulami.
Niska stopa procentowa, którą UE zamierza wszędzie ujednolicić, sprawia, że zmniejszają się oszczędności, a wzrasta zadłużenie, które w Brytanii osiągnęło 300 mld funtów, czyli ok. 80 proc. PKB. W całej Europie plajtują państwowe emerytury i prywatne fundusze emerytalne. Brytyjczycy przynajmniej już przyzwyczajają się do tego, że żadnych emerytur nie otrzymają i -- co więcej - rząd Blaira likwiduje granicę 65 lat, kiedy obowiązkowo przechodzi się na emeryturę. Będziemy pracowali aż do śmierci - o ile nas ktoś zatrudni. "Rząd poleca wszystkim przejście na buddyzm" - jak mówi się w najnowszym dowcipie - "a to dlatego, że emeryturę otrzymamy dopiero po kilku życiach".
A wschodnioeuropejskim przybyszom lśnią oczka ze szczęścia, uważają, że wchodzą do klubu bogaczy, którego bogactwo otrzymają na zawsze i bez wysiłku.
W Kopenhadze nikt nie pytał, z czego podatnik europejski będzie finansował przyłączenie nowych członków, które będzie kosztowało kolejnych 8 mld euro rocznie i będzie rosło z roku na rok, wraz z tym, jak nowi członkowie będą domagali się tych samych warunków płacowych i społecznych, gwarantowanych normami europejskimi. Jako ostrzeżenie powinny służyć konsekwencje przyłączenia Wschodnich Niemiec: bezrobocie wynosi tam 30 proc. Podstawowa stopa życiowa jest podtrzymywana ekstrapodatkiem, tzw. solidarnościowym, który w wysokości 7 proc. musi płacić każdy Niemiec. Wydajność i jakość pracy pozostawiają tam wiele do życzenia.
Tak wygląda jedna strona medalu. A drugia jest taka, że nikt z nowych przybyszów nie pyta, jakie następstwa wynikną z nagłego powrotu do państwowego sterowania dla ich ciągle jeszcze chwiejnej i niewyrobionej struktury gospodarczej i politycznej. Jak sobie poradzą z tymi 180 000 stronami euroregulacji, które muszą przyjąć co do literki z wszystkim i bez wyjątku, nie mając nawet czasu na ich lekturę i przemyślenia. Ile będzie kosztowało przejście na euro, które muszą - w przeciwieństwie do starych członków - przeprowadzić obowiązkowo zaraz po wstąpieniu, nie patrząc na to, czy im to odpowiada, czy też nie, a w większości przypadków - nie odpowiada. W jaki sposób ledwo prosperujących oraz niezbyt jeszcze doświadczonych przedsiębiorców prywatnych dotknie tzw. Karta społeczna, która daje większe uprawnienia zatrudnionym i coraz mniejsze pracodawcom?
W jaki sposób można będzie powiększać dobrobyt, jeśli ciągle podnosi się podatki, a oszczędności prywatne zmniejszają się, gdyż po opodatkowaniu dochodów już nic się nie da odłożyć? Jak nowe państwa poradzą sobie z obowiązkowym Traktatem z Schengen, który nakaże im otwarcie granic i systemu opieki społecznej dla napływających (w ilości wymykającej się spod kontroli) nieeuropejskich imigrantów z prawem nieskrępowanego poruszania się i prawem do zasiłku socjalnego we wszystkich krajach członkowskich? Szacunkowe dane o liczbie Azjatów w kolejce do Europy mówią o 20 do 50 milionach...
A przede wszystkim, w jaki sposób w tym wszystkim będzie można utrzymać chociażby złudzenie tej mozolnie wypracowanej demokracji, skoro wszystkie rozporządzenia będą przychodziły z eurocentrum i nowe kraje będą mogły na nie wpływać co najwyżej w skali 10-procentowej?
Można pomyśleć, że już czas najwyższy, by o takich i temu podobnych sprawach wreszcie dyskutowano w Czechach szczegółowo, otwarcie, bez uprzedzeń i rzeczowo. Zamiast tego mamy puste wodolejstwo, jak gdyby chodziło tylko o garstkę niezadowolonych i niewdzięcznych rolników, którzy w Czechach stanowią zaledwie kilka proc. narodu.
(Benjamin Kuras, Londyn, napisane dla gazety MFDNES, na aaawebpages 8.1 )
tłum. V.P.

 

Benjamin Kuras ? urodzony 4.4.1944 na Morawach, pracował w Czechosłowackim radiu, w 1968 r. emigrował do Wielkiej Brytanii. Od 1969 r. redaktorem BBC. Autor 15 sztuk radiowych, teatralnych, wystawianych w sześciu krajach. Od 1990 r. Benjamin Kuras regularnie pisze do czeskich gazet i czasopism (w tym do wysokonakładowej MF Dnes). W Pradze wydano książki Czechs and Balances, Èeąi na vlásku, Business je bzynzs, Anglie je na houy, Jak pøežít padouchy, Nebýt Golema, As Golems Go, Je na Marxu život? i inne.
Wyświetlony 2306 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.