wtorek, 31 sierpień 2010 21:56

Hieronimus Bosch - oniemiała wyrocznia Również obrazy mają swoje losy...

Napisane przez

Kiedy przed laty wylądowałem na uniwersyteckim kampusie w Bloomington, Indiana, los trzymał dla mnie w zanadrzu szczególną niespodziankę. Podczas pierwszej już bytności w akademickim "bookstorze", gdzie oferuje się wszystko, od T-shirtow, czapek z herbem uczelni aż po maskotki, natknąłem się na dużą reprodukcję "Ogrodu Rozkoszy" Hieronima Boscha. Nie mogłem uwierzyć własnemu szczęściu: znalezienie tej ilustracji w Polsce, tak jak w ówczesnym świecie "za żelazną kurtyną" graniczyło z niemożliwością. Stąd natychmiast, bez namysłu, dokonałem zakupu, choć każdy dolar wtedy dla mnie bardzo się liczył. Obraz zawisł zaraz na głównej ścianie mojego skromnego apartamentu (jako jedyna dekoracja, na którą mógł sobie pozwolić "visiting professor" z Polski). Ale moje ciche szczęście, płynące z obcowania "twarzą w twarz" z tym niewiarygodnie pięknym i przebogatym znaczeniowo obrazem trwało wręcz nieskończenie. Promieniował on nie tylko europejską kulturą i pokładami jej mądrości, wnosił triumfującą radość życia i podnietę dla fantazji podczas pierwszych, zawsze trudnych, samotnych miesięcy w Ameryce.

Zwiastun nadchodzącej epoki
Tym, którzy nie skojarzyli od razu przedmiotu moich wspomnień, wyjaśnię, że chodzi o ogromnie popularny, późnośredniowieczny tryptyk malarza z Brabancji, który doczekał się w moich czasach, w wieku XX, zupełnie niewiarygodnego renesansu zainteresowania. I to nie tylko w Europie, jak wynikało z faktu znalezienia reprodukcji w małym miasteczku w Indianie, także w Ameryce ery posthippisowskiej rewolucji. Otóż w latach, do których nawiązałem reprodukcje obrazów Boscha były dosłownie wszędzie ? od "Playboya" po "Przekrój" i "Twój Styl", nie mówiąc o kolorowych i wysokonakładowych magazynach w całej Europie Zachodniej. Bosch stał się po prostu częścią nowoczesnej masowej kultury z uwagi na fantastyczną wręcz wyobraźnię, grozę i piękno, które nie przestały zdumiewać nawet po całych wiekach od powstania obrazów, wiszących sobie nobliwie od dawna, jako "wielka klasyka", w hiszpańskim del Prado i El Eskorialu,w londyńskiej National Gallery czy wiedeńskiej Akademie der Bilden Kunste. Nie mówiąc o muzeach i zbiorach wielu miast dawnych Niderlandów, krainy, z której pochodził i gdzie całe życie tworzył.
Pierwszy raz zetknąłem się z Boschem, a raczej z jego reprodukcjami, w kalendarzach ilustrowanych klasyką światowej sztuki. Brabandzki malarz z miejsca przykuł moją uwagę kapitalnymi, wyrazistymi scenami, z postaciami wynaturzonej gawiedzi, portretami noszącymi silne piętno sarkazmu. Bosch pokazywał tam np. wędrownego magika demonstrującego swoje sztuczki oniemiałemu tłumowi, ze zgiętym w pałąk patrycjuszem w centrum płótna, wyraz twarzy każdego z widzów stanowił zaś jawną karykaturę ich charakteru. W innym, równie znanym miniaturowym obrazie malarz ironicznie przedstawił procedurę "wyjmowania kamienia z głowy" ubogiemu na umyśle, za pomocą metalowego trzpienia, przed wlaniem mu oleju do mózgu (domorosły chirurg nosi lejek na głowie). Nawet w słynnych obrazach o treści religijnej, które stanowią trzon jego twórczości, Bosch zaskakuje kontrastem zawsze potulnego (a nawet z lekka uśmiechniętego Jezusa, wiedzącego o swoim losie znacznie więcej niż podekscytowane otoczenie) z potwornymi, wyszczerbionymi gębami motłochu o dzikim oku. Wyrafinowany skrót plastyczny zdradzał już tam rękę arcymistrza, zanim okrzyczano go, w naszym już stuleciu, "prekursorem surrealizmu", wyprzedzającego sztukę o całe pięć wieków. W czym jednak tkwił naprawdę sekret mistrza z prowincjonalnego Hertogenbosch?
Urzekający i pełen zagadek "Ogród rozkoszy" to jedno z największych arcydzieł Boscha, a zarazem malarstwa tamtej epoki. Na pierwszy rzut oka mamy tu jakby typowy w układzie średniowieczny tryptyk, tym bardziej że jego boczne skrzydła przedstawiają, jak kazała tradycja, biblijny Raj (a w nim Adama i Ewę wśród zwierząt i natury), jak również budzącą grozę, wizję totalnej katastrofy i ciemnego piekła, na drugim skrzydle, czekającą na tych, którzy prowadzili grzeszne życie. Jak dotąd, wszystko pozostawało w zgodzie z konwencją religijnego malarstwa tamtych czasów. Natomiast zupełną niespodzianką okazuje się ogromna część centralna, która od początku wywoływała zdumienie i podziw, ale też podejrzenia o herezję, prezentująca ziemski ogród rozkoszy, wypełniony setkami ludzkich par, nagich, tak jak ich Pan Bóg stworzył, wśród fantazyjnych różowych fontann z krabich łap, cudownie bujnej roślinności rodem z pierwotnej prehistorycznej dżungli oraz mnogość nierealnych, choć dających się zidentyfikować stworów, od wielkich kolorowych ptaków, przy których ludzie są liliputami, po kolosalne ryby, pełniące rolę czegoś w rodzaju wehikułów jutra. Emanujący z płótna kult ziemskich radości zaprzeczał całemu średniowiecznemu myśleniu, był ewidentną apoteozą renesansu, zanim jeszcze dotarł on do tej części globu.

Sztuka, która groziła stosem
Obraz absolutnie olśnił, ale też głęboko zaniepokoił współczesnych Boschowi, którym brakowało wręcz słów na skomplementowanie tak "wybujałej wyobraźni i rozkosznych snów" artysty, choć wszyscy czuli, że mają do czynienia z czymś niebezpiecznie podszytym w najlepszym razie kontrowersyjną, jeśli nie groźną prowokacją. Kanonem w takim tryptyku winno być skontrastowanie biblijnego raju z gorzkim, ziemskim padołem, na jaki zostaliśmy skazani przez grzech pierworodny prarodziców, Adama i Ewy. Życie doczesne powinno być w najlepszym razie surowym czyśćcem, jeśli ktoś nie chciał skończyć w piekielnej smole wiecznym potępieniem. Tradycja moralizatorska kazała wzywać do zachęty, aby zwalczać ziemskie pokusy oraz nakłaniać do prowadzenia życia ascetycznego, aby ustrzec się (o czym właśnie przypominało prawe skrzydło tryptyku) przed ogniem i katuszami piekielnymi. Tymczasem piętnastowieczny malarz, z nieznanych długo powodów, zamiast straszyć i wzywać do pokuty ? przedstawił nagle alternatywę życia ziemskiego jako przepastnego ogrodu superrajskich rozkoszy, gdzie woda, przestrzeń i zieleń stanowią stymulującą scenerię dla ludzkich przyjemności płynących z wszelkich pokus zmysłowych, piękna obnażonych ludzkich ciał, wszelkich form miłości i czułego obcowania par.
Zdecydowanie, nie było to "prawomyślne przedstawienie tematu". Nie ulegało kwestii, że artysta poszedł na całość, odważył się na fundamentalną polemikę z dominującą filozofią własnych czasów. Pochwała ziemskiego życia, manifestowanie piękna ciała, radości płynących z grupowego baraszkowania na łonie bujnej natury ? to wszystko, co musiało zaszokować pierwszych widzów "Ogrodu rozkoszy", wisiało tymczasem już w powietrzu. To, o czym myślał i co rzucił na płótno Hieronimus z Hertogenboch wybuchnąć miało już niebawem we włoskim Odrodzeniu, rewolucjonizując totalnie środki i tematy sztuki. Pytanie, na które długo nie potrafiono znaleźć odpowiedzi, brzmiało: skąd nagle znalazł ujście renesansowy światopogląd u Boscha, malarza, który tkwił głęboko w jesieni średniowiecza i podejmował głównie tematy religijne? Jakimi drogami dotarł do Niderlandów powiew nowej ery, już w drugiej połowie XV stulecia, do zimnej, północnej Europy, wciąż myślowo tkwiącej w okowach średniowiecznego lęku i ascezy?

(?)


Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 5222 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.