wtorek, 31 sierpień 2010 21:57

Kojot na prerii, czyli orka na ugorze

Napisane przez

Dla wielu z nas muzyka jest ważna w życiu. Dla nielicznych stanowi jego główną treść. Dla większości jest akustycznym wypełnieniem przestrzeni człowieka XXI wieku, który panicznie boi się ciszy, a bez dźwięku chociażby wiekowej lodówki czuje się zagubiony i wyalienowany.

Poniższy tekst jest wynikiem wieloletniej obserwacji muzycznego fenomenu i zmian, jakie zachodzą w sferze muzycznej w Polsce.

TABULA RASA
czyli wszystko o niczym
Każdy miłośnik filmu "Faceci w czerni" dobrze wie, że najrzetelniejsze informacje dotyczące obecności obcych na naszej planecie uzyskuje się z tabloidów, a jedynie w sporadycznych przypadkach z "New York Timesa". Podobnie sprawy mają się z ważnymi dla każdego (każdego "trendy", oczywiście) informacjami dotyczącymi ogólnego tematu muzyki w Polsce. Wszystkie pisemka popularne cytują wypowiedzi muzyków ? nie tylko popowych ? którzy mentorskim tonem z wystudiowaną pozą besserwisera, który nie widział na świecie tylko zorzy polarnej na Hawajach, robią wodę z nastoletnich mózgów, pozbawionych pojawiających się z wiekiem mechanizmów obronnych. Te same pisma promują również modę na "Wielki Świat" w wydaniu gwiazd. Podają niezwykle cenne informacje związane z muzyką. W końcu to bardzo ważne, by wiedzieć, że artysta (że zawaham się przed użyciem słowa "wokalista") związał się na miesiąc z artystką srebrnego ekranu (no, bo przecież nie aktorką), która odniosła wielki sukces, trzymając tacę z mięsiwem i wypowiadając sakramentalne ? "podano do stołu" w kolejnej kostiumowej superprodukcji, która z kolei odniosła wielki moralny sukces na festiwalu w Karlowych Warach. Sprawa jest o tyle poważna, że aż grymas wrednej zjadliwości zamiera człowiekowi na ustach. Jak wiadomo, każda sfera życia kulturalnego, w tym muzyka, rządzi się swoimi prawami. Nawet jeśli jest to prawo prerii.
W Zachodniej Europie, skąd przyszły do nas pisma spod znaku "przeczytaj w autobusie i wyrzuć do śmieci", te ostatnie są jedynie jednym z wielu aspektów prasy muzycznej. W Polsce ? jeśli chodzi o muzykę zwaną umownie popularną ? na palcach jednej ręki można wyliczyć pisma zajmujące się dogłębnie tym zagadnieniem. W większości są to miesięczniki poświęcone muzyce rockowej bądź ? jeszcze bardziej zawężając ? metalowej. Z pozostałych wieje nudą i powierzchownym blichtrem. Język tych efemeryd ? bo zwykle kończą życie po trzech numerach ? nacechowany jest protekcjonalnym tonem i głupawymi anglicyzmami czterdziestolatków, którzy rękami i nogami trzymają się tych czasów, kiedy sami mieli po kilkanaście lat i młodzieńczą chęć zmiany świata na lepszy. Z kolei recenzje płyt w tzw. "studenckich" magazynach rozdawanych w większych miastach cechuje postmodernistyczny bełkot i całkowite niezrozumienie samej idei recenzji. Recenzji, która w odróżnieniu od notatki powinna opierać się na subiektywnym osądzie materiału, a nie na bałwochwalczych peanach pod adresem muzyków, którzy ? UWAGA!!! ? WYDALI PŁYTĘ! Ten wiekopomny fakt można porównać do stwierdzenia: reżyser nakręcił film, hydraulik wkręcił uszczelkę, a Janek wyprowadził psa! Niesłychane! Jak tego dokonałeś, Janku? Czym kierowałeś się w wyprowadzaniu swojego psa? Jakie są twoje najbliższe plany związane z psem? Czy w przyszłym roku również będziesz go wyprowadzał? Chodzisz z nim do parku czy tylko wokół domu? Skąd w ogóle przyszedł ci pomysł, że psy się wyprowadza? Niesłychane! Chcesz podziękować swojemu dostawcy psiej karmy? To rzeczywiście cool tak z nim chodzić! Ej, dzięki ci za wspaniałą rozmowę!
Opisany powyżej schemat wywiadu z Jankiem obowiązuje w większości pism zajmujących się niczym, które na dodatek jeszcze robią to za pieniądze. W ogóle nie pada pytanie o rasę czy też jak się piesek wabi. Typowe okrucieństwo wobec zwierząt.

WYJĄCY NA PUSZCZY czyli trujący eter
Od czasów uwolnienia rynku mediów jak grzyby po deszczu powstało setki stacji radiowych zwane dalej "komercyjnymi". Komercja jako taka nie jest niczym nagannym, choć w Polsce zyskała dziwne, zdecydowanie negatywne konotacje znaczeniowe, a to na skutek zrównania semantycznego ze słowem "droga chała". Jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych istniało kilkanaście stacji niepublicznych ? czytaj "takich, które nie czerpią pieniędzy z zarezerwowanego dla rozgłośni z "misją" worka"? które były tworzone przez entuzjastów zdolnych nawet do siedzenia w studiu bez płatnych nadgodzin, ludzi, dla których eter był esencją ich życia. Stacje te były lubiane przez słuchaczy do momentu, kiedy nie wkradły się dwa potworki, zdolne rozwalić na kawałki najlepsze nawet zespoły dziennikarskie. Gremliny o imionach SŁUCHALNOŚĆ i FORMAT. Jeden bez drugiego nie może istnieć. Karmią się nawzajem i wspierają. Słuchalność to po prostu jak największa ilość słuchaczy ? ich procentowy udział przy odbiornikach radiowych. Format ? stylistyczne i merytoryczne dostosowanie materiału prezentowanego w radiu, zarówno w postaci muzycznej, jak i werbalnej, do określonej grupy słuchaczy. Jest jedno małe ALE. W polskim wydaniu format jest wprost proporcjonalny do maksymalnej słuchalności. Oczywiście, powie ktoś, stacja musi zarabiać na swoje utrzymanie ? takie są prawa rynku. Jest to, oczywiście, prawda, z tym że nie jest możliwe zadowolenie każdego na jednej fali eteru. Jaki sens ma istnienie w jednym mieście pięciu takich samych stacji z taką samą muzyką? Na całe szczęście ludzie różnią się między sobą i jeszcze nie ma obowiązku obowiązkowego rotacyjnego słuchania wszystkich rozgłośni.
Radio przeznaczone dla wszystkich jest jednocześnie radiem dla nikogo. Jest przeszkadzajką, brzęczącym w tle mikroorganizmem, w którym ? obowiązkowo ? uśmiechnięty od ucha do ucha prezenter, zwany często didżejem, raczy słuchaczy głodnymi kawałkami, zwanymi dalej ciekawostkami, jak na przykład: "krowa w Bangladeszu powiła dwugłowe ciele". I dalej "A teraz wasz (bo to taka bezpośrednia i swojska młodzieżowa forma zwracania się do słuchaczy) ulubiony przebój zaśpiewa nowojorski raper C.J XYZ". Na przykład. Samo słowo "śpiewać" również zyskało kilka nowych znaczeń, prawda? Funkcjonuje również słowo "puszczać", którego popularność wzrasta w tempie geometrycznym wśród młodych redaktorów zupełnie nieświadomych starego radiowego dowcipu związanego z tym słowem. "A propos, a co tam u żony?"? tak brzmi komentarz. Następnie obowiązkowo wiadomości z serwisu, ograniczające się do tego, że odwiedził, przeciął wstęgę, zastrzelili, komisja wznowiła prace. Jeszcze informacja o korkach ulicznych, no i, oczywiście, konkursy. Konkursy to obecnie jedyna łączność słuchacza z radiem. Na podstawie osobistych doświadczeń śmiem twierdzić, że całe rodziny żyją z tych konkursów, by w sobotę sprzedawać wygrane nagrody na placach targowych. Wiem, o czym mówię. Ale konkurs się odbył, sponsor zadowolony, bo kilkanaście razy wymieniono nazwę firmy i produktu. Rodzina konkursowiczów z zaprogramowanymi na szybkie wybieranie numerami stacji zadowolona, bo jakiś grosz wpadnie. Kupujący na placu zadowolony, bo taniej kupił. Oaza szczęścia.
Niestety, komercyjny (czytaj tandetny, mierny, powierzchowny, nijaki) charakter radiowych wypowiedzi sączy się jak jad do stacji opłacanych z naszej kieszeni. Doskonały niegdyś Program III stał się poligonem doświadczalnym dla ? jak to ktoś kiedyś ładnie określił ? "Dyzm polskiego eteru". Stacja ta trzyma się jedynie dzięki wielkim osobowościom radiowym, które i tak nadają już w większości na pasmach słuchanych przez entuzjastów, piekarzy i pracowników trzeciej zmiany. I nie daj Boże, by któryś z zaproszonych gości w "Trójce" powiedział na przykład słowo "dupa" ? co zdarza się w ferworze dyskusji, szczególnie w przypadku bezkompromisowych muzyków czy innych artystów w paśmie wieczornym. Choć każdy ma rzeczoną, to jest niepoprawna. W takich wypadkach rozlegają się ? sam słyszałem ? pełne słusznego oburzenia chrząkania i dukania gospodarza programu. Natomiast w paśmie porannym, w tej samej stacji, prześladowany artysta, który całe życie miał pod górkę, a w szkole nauczyciele nie rozumieli jego skomplikowanej osobowości, bez skrupułów rapuje do słuchacza, gdzie ma jego, jego matkę, psa i sąsiadkę z przeciwka. Różnica polega tylko na tym, że robi to w obcym języku. No bo przecież: Nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój... No to ja muszę iść i poszukać. To jednak nikomu nie przeszkadza, bo w końcu kto by się przejmował zahukanym muzykiem, który po wyżaleniu się na złe społeczeństwo, wskakuje do limuzyny wielkości boiska do kosza, pobrzękując biżuterią i jedzie kupić kilka drobiazgów na Piątej Avenue. Pieski świat!
Deklaracje znane ze stacji komercyjnych typu "tylko najlepsza muzyka", "tylko wielkie przeboje" nie wystarczają i nie powinny zadowalać słuchacza. Co to jest najlepsza muzyka? Najlepsza dla kogo? Kojarzą się one jednoznacznie ze słowem wziętym rodem z lingwistyki dialektycznej ? samonajlepszy.
Nieliczne stacje radiowe, które oparły się fali miernoty, można poznać od razu po dbałości o słowo, formę, treść i po fakcie, że pracują tam żywi ludzie. Dzisiejsze stacje komercyjne opierają swoje zaplecze głównie na komputerze emisyjnym, którego stały się niewolnikiem. Prezenter ma gotową listę utworów zapisanych na twardym dysku ? zgodna z Formatem w służbie Słuchalności ? i właściwie swoje kilkusekundowe światłe wypowiedzi może nagrać na twardziela i iść na kawę. Tylko dlaczego koncesja na taką szafę grającą jest tak horrendalna? To NIE jest radio. Zaburzono subtelną więź ze słuchaczem, powstającą między mikrofonem a odbiornikiem radiowym. Dar tworzenia takiej atmosfery mają obecnie jedynie najlepsi prezenterzy, którzy cudem uniknęli pożogi formatowania. W skrajnych wypadkach stacji fajnych i zaje... najlepszy byłby Format: C. I po zabawie.

(?)
Jarosław Rybski
Wyświetlony 4620 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.