wtorek, 31 sierpień 2010 22:01

Jeśli ktoś upada, to go popchnij

Napisał

Niektórzy uważają, że początek nowego roku to dobra okazja ku temu, by coś zmienić. Co ciekawe, przeważająca większość uważa, że gdy się coś zmieni, to będzie lepiej, ewentualnie, iż aby było lepiej, trzeba coś zmienić. Niektórzy sądzą, że zmiany powinny przywrócić jakiś stan miniony - chodzi o to, aby znów było tak, jak kiedyś, np. przed wojną, za Franciszka Józefa albo jeszcze wcześniej, w czasach wspólnoty pierwotnej, kiedy panował powszechny komunizm, wszyscy się wszystkim dzielili i objadali kiełkami, a nie jakimś paskudztwem z barów szybkiej obsługi.

Inni znów, ci zwłaszcza, którzy, jak to się mówi, wybrali przyszłość, uważają, że zmiany prowadzić mają do tego, aby było tak, jak jeszcze nie było ? i wtedy będzie dobrze. Zastanawiające, jak niewielu uważa, że najlepiej byłoby zostawić wszystko tak, jak jest. Być może historycy wespół z biologami mogliby wytłumaczyć, czy ten pęd do zmian i niechęć do zastanej sytuacji jest jedynie cechą naszych czasów, czy też stanowi nieodłączny element ludzkiej natury. W każdym razie zanim za Majakowskim krzykniemy wriemia, wpieriod!, nie zaszkodzi nad tym zmienianiem na lepsze chwilę pomedytować.
Marek Aureliusz stwierdził ongiś, że zmieniać trzeba to, co zmienić się da, godzić się z tym, czego zmienić się nie da, najważniejsze zaś to umieć odróżnić jedno od drugiego. Dobra rada... bardzo dobra... ma tylko jeden drobny feler ? jest bezużyteczna. Jeśli bowiem chcemy dowiedzieć się, co zmienić można, a co nie, musimy najpierw spróbować to zrobić. Rzeczywistość nie zawiera w sobie informacji w rodzaju "to zmieniaj, a tego nie ruszaj". Jeśli nie zaryzykujesz, to się nie dowiesz. Co prawda można mówić o mniejszym bądź większym prawdopodobieństwie ? i zgodzimy się, że łatwiej nauczyć człowieka tabliczki mnożenia niż oduczyć go jedzenia ? ale, jak powiadał David Hume, z tego, że do tej pory było tak, a nie inaczej, nie wynika, że i w przyszłości tak będzie, a radzieccy uczeni już nie takie rzeczy robili.
Tak czy owak, trzeba się na coś zdecydować. Jak wiadomo, Marka Aureliusza trapiły dwa problemy: wojowniczy Germanie zagrażający północnym prowincjom Rzymu i syn Kommodus, sadystyczny pół-idiota, niezbyt nadający się na przyszłego cesarza. Marek porozmyślał, jak to miał w zwyczaju, i doszedł do wniosku, że Germanów, być może, uda mu się zmienić w potulne barany, ale z głupotą syna trzeba się pogodzić. Jak wybrał, tak zrobił, fundując Rzymianom krótkotrwały pokój i dwunastoletnią tyranię szaleńca, która stała się początkiem końca Cesarstwa. Dlaczego tak zrobił ? trudno powiedzieć, wielu jednak sądzi, że nawet gdyby postąpił inaczej, nie zmieniłby w znaczący sposób biegu historii. Gdyby pozostawił Germanów w spokoju i zajął się porządnie wychowaniem syna ? albo zaadoptował jakiegoś rozsądnego człowieka, jak to było w zwyczaju, czyniąc go swoim następcą, Kommodusa zaś rzucił na pożarcie tygrysom w Koloseum ? i tak prędzej czy później jakiś tyran zasiadłby na cesarskim tronie, a Rzym padłby ofiarą barbarzyńców.
Ktoś mógłby zatem stwierdzić, że niezależnie od tego, co będziemy zmieniać, a z czym się godzić, ostatecznie i tak niewiele to da. Powstaje zatem pytanie: czy nie lepiej pogodzić się od razu ze wszystkim? Czy nie jest to bardziej zacna i roztropna postawa? Błogosławieństwo, jak się zdaje, otrzymali pokorni, a nie ci, którzy robią rewolucje. Cóż jednak zrobić, skoro potrzeba zmiany jest tak trudna do opanowania. Co roku po posępnych grudniowych podsumowaniach następuje entuzjastyczny styczeń i kolejne plany zmian, a wszystko po to, żeby było lepiej. Jakiś dziwaczny optymizm i trudna do wykorzenienia nadzieja każe człowiekowi wierzyć, że modyfikacja obecnego stanu rzeczy przyniesie mu korzyści, a nawet jeśli nie, to przynajmniej nie pogorszy jego obecnej sytuacji. Mało kto zwraca uwagę na historię, która pokazuje, że kolejne próby zmiany na lepsze ? zwłaszcza dokonywane w sposób kompleksowy i pospieszny ? sprawiały, że wszystkim robiło się gorzej.
Odnieśmy te uwagi do sytuacji w naszym kraju. Wraz z noworocznym pędem do zmian pojawia się zwykle pytanie: co zrobić, aby w Polsce było lepiej? Co zmienić, aby naprawić Rzeczpospolitą? Wielu uważa, że trzeba zmienić albo raczej wymienić polityków. Na jakich? Oczywiście, na lepszych. Ci obecni są jakby wybrakowani i z małymi wyjątkami stanowią zbieraninę złodziei, kłamców, oszustów, pijaków, chamów i pospolitych idiotów. Potrzeba nam zatem lepszych polityków. Zgoda. Tylko skąd ich wziąć? U nas raczej trudno takich znaleźć, gdyż naród nasz też jest nieco wybrakowany dzięki zmianom, jakie zafundowali mu czerwoni i brunatni artyści. Można utworzyć co prawda rząd dusz, zwłaszcza dusz dawno zmarłych narodowych bohaterów, ale rodzi się obawa, czy tego typu eteryczne zgromadzenie będzie w stanie sprawnie funkcjonować, nie wiadomo zresztą czy bohaterowie nie pokłócą się ? jak to zwykle bywa ? o historię. Być może więc polityków należałoby zaimportować. Dobry pomysł. Skąd? Najtaniej byłoby z Chin, ale ci mogą nie spełniać norm ustalonych przez UE dla towarów importowanych, poza tym trzeba będzie zapłacić cło. Azjaci więc odpadają. Można by co prawda przywieźć gdzieś z okolicy ze dwa wagony takich, którzy normy te spełniają, tylko że taka transakcja przypominać będzie interes w rodzaju "zamienił stryjek siekierkę na kijek", a nam, jak sądzę, nie potrzeba następnych złodziei, kłamców, oszustów, pijaków, chamów i pospolitych idiotów różniących się od obecnych tylko tym, że mówią w obcych językach. Pozostaje jeszcze tania siła robocza w postaci polityków z trzeciego świata, ale podejrzewam, że lepiej byłoby już zostać przy normach europejskich niż zmieniać je na afrykańskie.
Krótko mówiąc, wydaje się, że jedyna sensowna wymiana polityków mogłaby wyglądać tak, jak w znanej anegdocie o kolei transsyberyjskiej: po kilku godzinach stania pociągu w tajdze zniecierpliwiony podróżny pyta krzątających się przy lokomotywie ludzi, co robią, na co oni odpowiadają: "wymieniamy parowóz". "Na lepszy?" ? pyta on, "nie ? mówią ? na wódkę".
W każdym razie, próba zmiany polityków na lepszych może doprowadzić do tego, że wszystkim nam będzie gorzej. Cóż więc zrobić, aby w Polsce było lepiej? Ktoś powie ? to nie politycy są winni. Politycy są tacy, jacy są, i trzeba się z tym pogodzić. Taka już ich natura. Aby było lepiej, trzeba zmienić prawo, zmienić na takie, które ukróci samowolę polityków. Doskonały pomysł, tyle tylko, że ma kilka wad. Po pierwsze: kto niby miałby to prawo zmienić, jeśli nie politycy? Ale przecież ci są źli, gdyż nie ma jeszcze dobrego prawa, które by ich naprawiło, słowem ? błędne koło. Po drugie: jak to prawo zmieniać, żeby było lepsze? Wprowadzając dodatkowe regulacje, precyzując i dookreślając przepisy? Ale to przecież cały czas to robimy i jakoś poprawy nie widać. Przeciwnie, jest coraz gorzej. No to może, żeby było lepiej, trzeba zmienić sposób zarządzania państwem, administrację? Świetna myśl, cały problem jednak w tym, że co najmniej od dekady trwają wytężone prace nad poprawą funkcjonowania administracji, zgodnie z nieśmiertelną zasadą materializmu dialektycznego o przechodzeniu ilości w jakość. Jednak pomimo wzrostu liczby urzędników i przepisów, nie tylko nic się nie poprawia, ale jest wyraźnie coraz gorzej.

(?)
Damian Leszczyński
Wyświetlony 5486 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.