niedziela, 03 październik 2010 21:17

Strzępy Europy

Napisane przez

Wchodzimy do Europy? Ależ my tam jesteśmy nie tylko geograficznie, lecz mentalnie i kulturowo od ponad tysiąca lat. Pytanie tylko, co to znaczy obecnie "Europa", "Europejczyk", "europejskie korzenie"?

 

W Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego powstaje praca doktorska Integracja europejska z perspektywy lokalnej. Problemy komunikacji społecznej na przykładzie powiatu nidzickiego w woj. warmińsko-mazurskim. Autor, Paweł Kalinowski, zamierza potraktować temat jako proces komunikacji kulturowej, zderzenie dwóch rzeczywistości kulturowych ? oficjalnej oraz lokalnej, badając m.in. jakie treści docierają do lokalnej społeczności, jakimi drogami i jaki wywołują oddźwięk.

Prastare korzenie
W "Rzeczpospolitej" z 15-16 listopada 2003 cotygodniowy felieton Jerzego Trammera z cyklu "Zrozumieć", pod tytułem Korzenie Europy o wsi zagubionej między Huczwą a Bugiem. Wrzesień 1939 r. Krzyżują się plotki, jakie pojawi się tu wojsko. Nikt nie wiedział, jak wygląda żołnierz niemiecki, sowiecki, a może (oby!) francuski. Nagle pewnego dnia zaroiło się od aut pancernych:
Z plebanii wyszedł ksiądz.
? Qui estis (Kim jesteście?) ? spytał żołnierzy po łacinie. Ukłonił się.
? Germani sumus ? też po łacinie odpowiedział oficer. Odkłonił się.
Ksiądz się uśmiechnął: ? Łączą nas wspólne, antyczne, prastare korzenie Europy. Nie będzie źle. To kulturalni, klasycznie wykształceni ludzie...

Kilka lat później. Walki w Afryce Północnej z udziałem Brygady Karpackiej. Janusz Poray-Biernacki napisał Słowo o bitwie. W powieści, bo jest to zbeletryzowany i literacko przetworzony obraz tych walk, nie pada nazwa formacji, ale wiadomo, że o nią chodzi. Polski oddział ma przełamać linię rygli bronioną przez włoską jednostkę. Zażarta walka, w żołnierzach żądza mordu i unicestwienia przeciwnika. Nagle Włosi zaczynają powiewać białymi chustkami, po polskiej linii natarcia biegnie rozkaz o przerwaniu ognia.
Już cicho. Zdyszany Odworski ściska dłoń komendanta rygli. ? Herr Hauptmann ? zaczyna ? hm... Herr... capitano... hm... salutem tibi dono propter vestram defensionem... excellens ? skanduje po łacinie. ? Gratias ago. Impetus vester meliot fuit.
[? Panie kapitanie... hm... ? Panie... kapitanie... hm... przyjmij pochwałę za waszą obronę... znakomitą.
? Dziękuję. Wasz impet był mocniejszy].
Kapitan Odworski zaczął po niemiecku. Uprzytomnił sobie, że ma do czynienia z Włochami, nie znał włoskiego, przeszedł na łacinę i w tym języku rozmawiał z dowódcą włoskiego oddziału. Tak jak kilka lat wcześniej ów ksiądz z nadbużańskiej wioski z niemieckim oficerem, uspokajając prostodusznie parafian wspólnymi korzeniami Europy.
W tym samym czasie mój śp. Ojciec opowiadał (potwierdzają to niektóre wspomnienia z września 1939), że kręcąc gałką radia złapał przypadkowo Kijów i usłyszał: Ne żurysia Smigłyj, my tibi pomożem... [Nie martw się, Śmigły, pomożemy ci...]. Wkrótce wyjaśniła się intencja Radia Kijów. Ale to byli bolszewicy, Sowieci, jak kto woli. Lecz jeszcze w czasie I wojny światowej i z Rosjanami można było porozumieć się po łacinie. Uczniowie w Moskwie, Warszawie, Berlinie, Paryżu, w całej Europie ślęczeli nad słówkami, tłumaczyli Cezara, gramatycznie rozbierali Horacego, męczyli się nad Owidiuszem.
Z tej wspólnoty Rosja wypadła po przewrocie bolszewickim. W pozostałych krajach trwała. U nas rugowanie zaczęło się po 1945 r. Ale gdy zdałem egzaminy wstępne na Uniwersytet Warszawski, wpis w indeksie oznajmiał: Został przyjęty na I rok studiów etnografii w r. akad. 1959/60 pod warunkiem złożenia egzaminu uzupełniającego z j. łacińskiego do końca r. akad. 1960/61. Ci, którzy uczyli się łaciny w liceum, byli od tego zwolnieni; ci, którzy uczyli się innych języków, zostali przyjęci warunkowo. Te cztery semestry łaciny to była oczywiście proteza, udawanie. Lecz przynajmniej zachowano pozory.

Trwanie wspólnoty
W XIX w. można było jeździć swobodnie po całej Europie. Do Baden-Baden, Karlsbadu, na Capri, do Szwajcarii, Paryża, Wenecji. Wystarczyło tylko mieć pieniądze. Dokładnie tak jak dziś! Z zagranicą stykali się nie tylko ludzie majętni. Brali bowiem ze sobą służbę, lokai, pokojówki, kamerdynerów, panny respektowe...
W czasie I wojny światowej jeszcze istniało poczucie wspólnych korzeni europejskich, zwłaszcza gdy przeciwnicy byli ludźmi klasycznie wykształconymi na tych samych lekturach filozoficznych i powieściowych, gdy słuchali tej samej klasycznej muzyki, podziwiali tych samych malarzy. Szczątki tego przetrwały jeszcze podczas II wojny światowej.
Przez Węgry przeszło wtedy około 100 tys. Polaków. Jednym udało przedostać się na Zachód, inni, internowani tkwili tam niemal do końca wojny. Wieloma opiekowali się dawni węgierscy znajomi sprzed dwudziestu kilku lat. Znajomi z armii austro-węgierskiej, w której razem służyli, z oddziałów tej armii sąsiadujących na froncie z formacjami legionowymi, znajomi z urzędów, szkól i uczelni Galicji, z kontaktów handlowych i towarzyskich Galicji z Węgrami (nawiasem mówiąc językiem oficjalnym na Węgrzech aż do 1867 r., czyli wyodrębnienia Węgier i powstania dualistycznej Monarchii, była łacina). Nie tylko dla pamięci o życiu w jednym państwie. Wspólne dziedzictwo kultury do czegoś zobowiązywało.
(?)


Marek Arpad Kowalski
Wyświetlony 6485 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.