czwartek, 23 wrzesień 2010 16:52

Z okien sutereny - We Wspólnym Europejskim Domu

Napisane przez

30 lipca wracałem późnym wieczorem od przyjaciół z przedmieść Monachium. O północy włączyłem w samochodzie radio, żeby wysłuchać ostatnich wiadomości. MDR (Mitteldeutscher Rundfunk, czyli Radio Środkowoniemieckie) informowało, że Gerhard Schröder jest pierwszym niemieckim kanclerzem, który weźmie udział w obchodach 60. rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim.

W Warszawie Schröder wiedział jednak, o jakie powstanie chodzi, w przeciwieństwie do prezydenta RFN Herzoga, który dokładnie 10 lat wcześniej, przed wizytą Polsce zapowiedział był, że przyjeżdża na 50. rocznicę Powstania w Getcie. Skonsternowana polska elita polityczna nie wiedziała, jak się zachować, milczano zatem z zażenowaniem, nie chcąc urazić dostojnego gościa z najpotężniejszego państwa Unii Europejskiej.

Dyplomatyczne milczenie
Przedstawiciele Rzeczypospolitej Polskiej milczeli również w 1999 roku, kiedy w dwóch czołowych dziennikach niemieckich ? "Süddeutsche Zeitung" i "Berliner Zeitung" ukazały się artykuły wstępne, w których jako datę wybuchu II wojny światowej podawano 22 czerwca 1941 roku. Zadzwoniłem wówczas do znajomego z konsulatu RP w Monachium, pytając, jak polska placówka dyplomatyczna zareagowała na opublikowany na 1. stronie największego bawarskiego dziennika tekst. Okazało się, że nie zareagowała w ogóle, bo nie mogła. Polskie przedstawicielstwa w RFN otrzymały instrukcję z MSZ w Warszawie ? nie reagować, milczeć. Uzasadnienia nie znam. Może go w ogóle nie było, ale łatwo się domyślić, czym kierowała się polska dyplomacja: Niemcy to najważniejszy sojusznik w Europie, popiera przyjęcie Polski do UE, nie wolno zadrażniać stosunków. W wypadku braku reakcji na publikację prasową, za którą odpowiedzialna jest wyłącznie redakcja dziennika, świadczy to nie tylko o zaniku poczucia godności, ale przede wszystkim o braku zdolności do odróżnienia obszaru stosunków międzypaństwowych od sfery nierzetelnego dziennikarstwa (niestety, przykłady braku reakcji ze strony placówek RP na publikacje niemieckich mediów fałszywie przedstawiających historię i współczesność Polski można mnożyć). Trudno się zatem dziwić, że nawet propozycja niemieckiego ministra spraw wewnętrznych, aby oddziały Bundeswehry stacjonowały na wschodniej granicy Polski, nie wywołała w Warszawie żadnej reakcji. Marszałek Göring twierdził, że interesów niemieckich trzeba bronić na Wołdze. Dziś ? jak oświadczył minister obrony RFN Struck ? interesów tych trzeba bronić w Hindukuszu...

Propagandowy sukces
Gerhard Schröder z pewnością wie, kiedy wybuchła II wojna światowa. Mówił o tym w Warszawie, podkreślając, że wiemy (my, Niemcy), kto był pierwszą ofiarę wojny. Kanclerz zapowiedział, że rząd RFN nie poprze roszczeń materialnych Niemców przymusowo wysiedlonych z dawnych terenów Rzeszy wobec Polski (wiem, że w Polsce przyjęło się określenie "wypędzeni", nb. w czasach PRL pisane zawsze w cudzysłowie, jest to jednak dosłowne tłumaczenie niemieckiego terminu Vertriebene, a zatem tzw. kalka językowa, której z uwagi na troskę o czystość języka polskiego, poddawanego w ostatnich latach ciężkim próbom, używam niechętnie). Przemówienie Schrödera przyjęto w Polsce niemal z entuzjazmem, a rząd i prezydent nie ukrywają dumy z politycznego sukcesu.
Jest to jednak sukces jedynie propagandowy, ważny może w sferze symboli, ale nieistotny w wymiarze realnej polityki. Dyskusja na temat możliwych roszczeń wysiedlonych przymusowo Niemców wobec Polski toczy się na dobrą sprawę w oderwaniu od rzeczywistości: jeżeli ktoś zechce wystąpić do sądu z powództwem o odszkodowanie, to nie powstrzyma go od tego kroku opinia kanclerza RFN na temat roszczeń wysiedleńców. Trudno również zrozumieć rosnącą temperaturę tej dyskusji akurat po włączeniu Polski do UE, bowiem fakt ten dla zasadności roszczeń bądź jej braku jest bez znaczenia, podobnie jak dla właściwości rzeczowej i terytorialnej sądów, zarówno krajowych i międzynarodowych. I wreszcie główną organizacją niemiecką, która podnosi obecnie ten problem jest "Preussische Treuhand" ? samozwańcze "Powiernictwo Pruskie", nawet władze Związku Wysiedlonych (Bund der Vertriebenen ? BdV) nie traktują "powierników" zbyt poważnie.

Doktryna Schrödera
Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że to eksponowanie rocznic i symboli odnoszących się do przeszłości ma przysłonić niezbyt budującą teraźniejszość, dyletantyzm klasy politycznej i dość powszechny brak wiedzy o sytuacji we współczesnym świecie. "Europejska" stacja telewizyjna ARTE informowała na początku tego roku, że w noc sylwestrową Polacy tańczyli na ulicach z radości z powodu wstąpienia do UE. Zdjęć nie pokazywano, ale wiadomość wydała mi się wiarygodna, zwłaszcza że zagraniczni korespondenci opierają swe informacje głównie na Warszawie, a tam europeizm z pewnością ma więcej zwolenników niż na wsi, gdzie Postęp Dziejowy wkracza powoli i napotyka na opory. Nie wiem, ile czasu potrzeba, aby przeciętny obywatel uświadomił sobie, że wraz z członkostwem w UE Polska straciła część wolności i to część wcale nie błahą: polityka zagraniczna, obrona narodowa, gospodarka, finanse, rolnictwo, prawodawstwo ? to dziedziny, w których bez Brukseli (czy też, jak mawiają niektórzy brytyjscy "eurosceptycy" ? bez Berlina-Brukseli) żadnych istotnych decyzji w Warszawie podjąć nie można. Austriacy potrzebowali kilku lat dla zrozumienia skutków wstąpienia (po referendum) do UE w 1995 roku: obecnie liczba obywateli niezadowolonych z Unii wynosi 70%. W wypadku dostatniej, ustabilizowanej i ? dzięki "wiecznej neutralności" ? wolnej uprzednio od udziału w międzynarodowych konfliktach Austrii, nie tylko gospodarcze i społeczne konsekwencje członkostwa w UE zmieniły radykalnie nastawienie społeczeństwa. Przełom nastąpił w 2000 roku, kiedy z inicjatywy kanclerza Schrödera, wspieranego przez prezydenta Chiraca, a przede wszystkim przez Międzynarodówkę Socjalistyczną, państwa UE ogłosiły wobec Wiednia sankcje, po tym jak socjaliści przegrali w Austrii wybory, a do rządu weszła niechętna "europeizmowi" narodowo-liberalna Freiheitliche Partei Österreichs (FPÖ). To właśnie wówczas Schröder zapowiedział, że w przyszłości UE będzie reagować, jeżeli uzna, iż w jednym z państw członkowskich powstał rząd nie gwarantujący wierności "wspólnym wartościom europejskim". Nawet część prasy niemieckiej porównywała deklarację kanclerza z doktryną Breżniewa. Natomiast "solidarnościowy" rząd Buzka-Geremka przyłączył się do sankcji i ? jak się zdaje ? nikt się temu w Polsce specjalnie nie dziwił, nie wspominając już o krytyce.
Tymczasem to nie po raz pierwszy Berlin wprowadził wobec Austrii sankcje. Kto zna historię, łatwo dostrzeże podobieństwo do sankcji, które w roku1934 zastosował Adolf Hitler, po tym jak kanclerz Dollfuss oparł się próbom włączenia Austrii do III Rzeszy. Niemcy wprowadziły przymusową opłatę: kto chciał pojechać do Austrii, musiał zapłacić 1000 marek, co wówczas było kwotą ogromną. Sankcje sparaliżowały transport, komunikację i ruch do Austrii, a następca Dollfussa, Schuschnigg znalazł się w zupełnej międzynarodowej izolacji, co utorowało drogę do Anschlussu.

Walka z nazizmem
Rzecz jasna, analogia ma ograniczony zasięg i dotyczy głównie pozycji Niemiec, jako największej potęgi europejskiej, i politycznych metod gwarantujących dominację Berlina. Dzisiaj wszelki przejaw nacjonalizmu wywołuje w RFN reakcje prokuratury i organów ścigania, buduje się pomniki ofiar holocaustu, a politycy niemieccy biją się nieustannie w piersi za Hitlera. Kiedy brakuje rzeczywistych powodów do walki z neonazimem (w oficjalnej terminologii i w mediach zwanym "radykalną prawicą", a często "prawicą" tout court), pomagają służby specjalne. To akurat w okresie prac nad eurokonstytucją niemieckie "organy" przygotowały potężną operację, która miała uzasadnić delegalizację Narodowej Partii Niemiec (NPD), której pokrewieństwa z narodowym socjalizmem trudno nie dostrzec. Rzecz w tym, że nawet w kierownictwie NPD działali prowokatorzy Urzędu Ochrony Konstytucji, a na wielu zebraniach partii ponad połowę uczestników stanowili tajni współpracownicy "organów". Kiedy okazało się, że w postępowaniu sądowym przeciwko NPD większość świadków zgłoszonych przez ministerstwo spraw wewnętrznych to agents provocateurs niemieckich służb specjalnych, plan sądowej delegalizacji partii upadł, niemniej wrażenie zdecydowanej walki rządu RFN z nacjonalizmem i skrajną prawicą pozostało, przede wszystkim u zagranicznych obserwatorów.

Opcja "europejska"
istniała w polityce III Rzeszy, choć dziś wiedzą o tym niemal wyłącznie historycy. Warto obejrzeć dokumentalny film Claude'a Chabrola L'Oeil de Vichy, zmontowany wyłącznie z oficjalnych materiałów III Rzeszy i rządu Vichy; propagowano zjednoczoną Europę z kierowniczą w niej rolą Niemiec. W antyutopii Andrew Robertsa The Aachen Memorandum (rzecz dzieje się w 2045 roku w Unii Europejskiej, podzielonej na regiony) Adolf Hitler należy do ośmiu Wielkich Zjednoczycieli, o których dzieci uczą się w szkołach. Siedmiu pozostałych to Juliusz Cezar, Karol Wielki, Filip II, Ludwik XIV, Napoleon Bonaparte, Jacques Delors i Helmut Kohl. Być może Roberts, który jest brytyjskim historykiem, nieco przerysował wpływ Hitlera, włączając go do grona duchowych ojców UE. W Niemczech z demonstracyjną przesadą unika się wszystkiego, co mogłoby przywołać na pamięć element "europejski" w polityce III Rzeszy. Pomaga w tym instrumentalizacja historii i natrętne propagowanie uproszczonego i selektywnego obrazu przeszłości.
Nie sądzę jednak, aby polscy politycy stali się ofiarami europejskiego agit-propu. Raczej nie chcą dostrzec przejawów dążenia Berlina do kierowniczej roli w UE, które akurat w wypadku obecnego kanclerza RFN manifestują się niekiedy w niezbyt dyplomatycznej formie. Przecież kolejnym zastosowaniem "doktryny Schrödera" była próba stworzenia w Brukseli funkcji super-komisarza (z prawem ustalania wytycznych dla innych komisarzy) i umieszczenia na tym stanowisku Guenthera Verheugena, który z żelazną konsekwencją realizował proces rozszerzania UE w czasie kadencji poprzedniej komisji. Choć premier Miller całował się demonstracyjnie z Verheugenem na kilka dni przed polskim referendum, w niczym nie zmienia to faktu, że po ogłoszeniu w Warszawie pozytywnego dla UE wyniku, wiele wypowiedzi niemieckiego komisarza na temat Polski raziło (przynajmniej mnie) arogancją czy wręcz lekceważeniem. I jeśli "Europa" już aż tak się zjednoczyła, że ? niczym jakiś Związek Sowiecki ? potrzebuje nawet konstytucji, można by zapytać, dlaczego czołowi europejczycy, jak Schröder, proponują na kierownicze fotele w Brukseli akurat europejczyków z RFN (i w dodatku z własnej partii), choć pomiędzy Gibraltarem a Tallinem dałoby się znaleźć odpowiednich kandydatów innej narodowości. Nowy szef komisji Jose Manuel Barroso deklaruje, co prawda, że nie będzie komisarzy równych i równiejszych, ale zabaczymy, jak to będzie wyglądało w praktyce. Środki przekazu prezentują Barroso jako konserwatystę. W rzeczywistości jest on członkiem partii socjaldemokratycznej (przy czym portugalska socjaldemokracja należy w Strasburgu do frakcji partii ludowych), podaje się za liberała, zaczynał zaś jako maoista... Przypomina to nieco sylwetkę polityczną obecnego prezydenta Francji, który w zależności od aktualnych potrzeb był już gaullistą, konserwatystą. liberałem, nacjonalistą, republikaninem. Obecnie jest europejczykiem, a przed półwieczem był prosowieckim pacyfistą, którego obserwował francuski kontrwywiad.

(?)
Tomasz Mianowicz
Wyświetlony 2807 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.