wtorek, 25 czerwiec 2019 21:20

NOTATKI POGODNEGO KRYTYKANTA

Napisał

Słowa „publiczność” i „opinia publiczna” brzmią dla mnie mniej więcej tak jak „dom publiczny” i „dziewczyna publiczna”.

Fryderyk Nietzsche

            4 czerwca tego roku obchodzić będziemy uroczyście trzydziestą rocznicę „Pierwszych Demokratycznych Wyborów”. Podczas zbierania na ulicy Świdnickiej we Wrocławiu podpisów pod kandydaturą Janusza Korwin-Mikkego do Senatu, miałem okazję obserwowania i notowania przejawów tego, co lewicowi socjologowie zwykli określać mianem „stanu świadomości społecznej”. Odtwarzam z zapisków to, co działo w pierwszych dniach „ustrojowej transformacji”.

Jakaś starsza pani, wskazując na przemawiającego kandydata do Senatu Janusza Korwin-Mikkego, zapytała mnie: „Czy to jest Frasyniuk?”. Inna sądziła, że zbieramy podpisy na Kornela Morawieckiego. Pewien mężczyzna dowiedziawszy się, że Korwin-Mikke jest za kapitalizmem, zaklął z rozpaczą w głosie: „Ja p….ę” i podarł naszą ulotkę. Ktoś inny dopytywał się, co to za swastyka na sztandarze Unii (w rzeczywistości krzyż św. Jerzego). Czarny kolor sztandaru skłaniał wielu ludzi do mniemania, że mają do czynienia z faszystami. Inni dopytywali się, kto umarł i po kim ta żałoba. Dwie panie dopiero po złożeniu podpisu odkryły z przerażeniem, że to nie „Solidarność” i głośno dawały wyraz swemu oburzeniu: „Znowu z ludzi głupków robią!”. Ktoś inny stwierdził, że pana Mikke należałoby wywieźć na Syberię. Młody człowiek, któremu chciałem wręczyć program wyborczy Unii, rzucił ostro: „Uważaj pan, za takie coś można dostać w zęby”. Ktoś inny przekonywał ludzi słuchających Korwin-Mikkego, że to kandydat PZPR-u. Wycieczka z Gliwic uznała, że we Wrocławiu kwitnie życie polityczne, podczas gdy u nich panuje marazm. Około dwudziestu gliwiczan złożyło swoje podpisy pod kandydaturą JKM. Kilku Czechów chciało koniecznie poprzeć naszego kandydata. A także pewien Niemiec z NRD, który z żalem stwierdził, że może głosować jedynie na Honeckera. Amerykanka z Nowego Jorku, którą ktoś zrugał za robienie zdjęć, wykrzyknęła oburzona: „Ładnie się zaczyna ta wasza demokracja!”. Jakiś Włoch odczytał hasło „nasz Reagan” jako „nazi Reagan”, co go szczerze zmartwiło. Kiedy nieporozumienie zostało wyjaśnione ucieszył się bardzo: „Conservatives? Very good! It's o'kay”. Starszy mężczyzna zapytany, czy podpisywał się pod kandydaturami innych senatorów odparł: „Panie, ja już na pięciu podpisałem, to mogę i na szóstego”. Najwyżej rozwiniętą świadomością polityczną wykazał się młody człowiek, który po otrzymaniu odpowiedzi, że Unia Polityki Realnej nie jest związana ani z PZPR- em, ani z „Solidarnością” oświadczył: „To jest to” i złożył swój podpis.

 Zbieraliśmy podpisy także poza Wrocławiem, m.in. w Brzegu. Tutaj ludziom było wszystko jedno, byleby „przeciwko komunie”. Swój podpis chciała koniecznie złożyć 78-letnia mieszkanka Brzegu. Niestety, okazało się to niemożliwe, gdyż, jak nas poinformowała, od dziesięciu lat nie posiada dowodu osobistego. Kiedy wracam pamięcią do tego epizodu, przychodzi mi do głowy taka refleksja: trzydzieści lat temu nasz kraj porzucał „totalitaryzm”, w którym można było latami żyć bez dowodu osobistego, by podążyć ku demokracji z jej peselami, nipami, wszechobecnymi kamerami, ograniczeniami w używaniu gotówki, coraz ściślejszymi kontrolami transakcji i umów, biometrycznymi paszportami etc. etc. I o tośmy walczyli?

Trzydzieści lat temu nasz kraj porzucał „totalitaryzm”, w którym można było latami żyć bez dowodu osobistego, by podążyć ku demokracji z jej peselami, nipami, wszechobecnymi kamerami, ograniczeniami w używaniu gotówki, coraz ściślejszymi kontrolami transakcji i umów, biometrycznymi paszportami etc. etc. I o tośmy walczyli?

* * *

            25 lat po ukazaniu się książki Antoniego Dudka i Grzegorza Pytla Bolesław Piasecki. Próba biografii politycznej (Aneks, Londyn 1990) pojawiła się solidna, powstała w oparciu o nowe źródła i dokumenty, biografia polityczna Piaseckiego obejmująca kluczowy okres jego działalności, rewidująca rozmaite błędne sądy na jego temat: Jan Engelgard, Bolesław Piasecki 1939-1956 (Myśl Polska, Warszawa 2015). Jest to rozszerzona i uzupełniona wersja książki Wielka gra Bolesława Piaseckiego wydanej w 2008 r. Swoją drogą dobrze się stało, że autor zmienił tytuł, bo „wielka gra” w odniesieniu do postaci w sumie mało znaczącej, której rola tak w czasie wojny, jak i w PRL-u, była marginalna, brzmiała nazbyt patetycznie, a przez to nieco śmiesznie – „wielką grę” mogli prowadzić Gomułka i prymas Wyszyński, ale nie Piasecki.

W książce Engelgarda moją uwagę zwrócił wątek walki partyzanckiej podjętej w latach 1942-1943 przez Uderzeniowe Bataliony Kadrowe (UBK), czyli zbrojne ramię Konfederacji Narodu, której przewodził Piasecki. Przygotowania do walki zbrojnej rozpoczęły się w KN-ie wcześnie, bo już na wiosnę 1942 roku. Co ta walka zbrojna miała realnie przynieść narodowi polskiemu? W jaki sposób mogła, choćby minimalnie, polepszyć położenie narodu pod względem militarnym i politycznym? Engelgard twierdzi, że dla Piaseckiego „liczył się czyn zbrojny”. Ale w imię jakich realistycznych, możliwych do osiągnięcia, celów?

Engelgard: „Akcji miano dokonać na wschodnich terytoriach RP, w rejonie Wilna lub Lwowa. Nie wiedziano tylko czy ma być to akcja powstańcza czy ciągła walka ofensywna”. Powstanie? Ofensywa? Piasecki żył chyba wówczas w krainie fantazji, tymczasem Engelgard zdaje się poważnie traktować te rojenia.

 Engelgard: „Wyjście I UBK w pole (120 ludzi) było bez wątpienia przedwczesne, nosiło znamiona improwizacji”. Jakie „pole”? W tamtych warunkach żadne „pole” nie istniało. Co to znaczy „przedwczesne”? Każda bez wyjątku tego typu akcja była przedwczesna. „Wyjście w pole” wcale nie „nosiło znamion improwizacji”, po prostu było improwizacją, nieodpowiedzialną i karygodnie lekkomyślną.

Engelgard: „Koncentracja tego oddziału w lasach sterdyńsko-ceranowskich koło Kosowa Lackiego zakończyła się niepowodzeniem – I UBK został rozproszony przez niemiecką żandarmerię. Zginęło 4 partyzantów, ale prawie 30 schwytali Niemcy”. 4 zabitych i 30 schwytanych przez niemieckie siły bezpieczeństwa – w imię jakich realnych, możliwych do osiągnięcia celów, Piasecki zgotował im ten los?

Engelgard „W rejonie stacji Dalekie k/Wyszkowa nastąpiła koncentracja sił głównych Uderzenia: ok. 160 ludzi. Już 29 maja na te siły uderzyły 4 kompanie wojska i 2 kompanie żandarmerii niemieckiej. Straty UBK nie były wielkie –1 zabity, 3 ujętych i potem zabitych, 2 zaginionych i 7 rannych”. Może i nie były wysokie, problem w tym, że poniesione na próżno.

 Engelgard: „9 czerwca 1943 roku pod Pawłami Niemcy zniszczyli IV UBK zabijając 17 partyzantów, a 12 sierpnia pod Okółkiem oddział Tadeusza Jagodzińskiego »Pawłowskiego« stracił 9 zabitych i uległ rozbiciu (zginęła tam Maria Iwanicka »Małgorzata«)”. Tym razem straty były wyższe, ale ofiary w ludziach tak samo daremne.

      Engelgard: „W nocy z 14 na 15 sierpnia doszło do kolejnej spektakularnej akcji – oddział UBK Stanisława Karolkiewicza »Szczęsnego« zaatakował niemiecką wieś w Prusach Wschodnich Mittenheide (Turośl), zabijając w odwecie za pacyfikacje polskich wsi na Białostocczyźnie 69 cywilnych Niemców i 3 żandarmów” . Jaki sens miała ta akcja? Czy zabicie trzech żandarmów miało osłabić siły żandarmerii na tamtym terenie, a jeśli tak, to czy cel ten został osiągnięty? Czy śmierć 69 cywilnych Niemców w czymkolwiek zmieniła na lepsze położenie ludności na Białostocczyźnie? Oczywiście, że nie. Najwidoczniej oddziałami UBK kierowała „furia zemsty”, pozbawiona jakichkolwiek racjonalnych celów czy to wojskowych, czy politycznych.

 Engelgard: „Walki UBK spowodowały, jak było do przewidzenia, odwet Niemców – ginęli w pacyfikacjach polscy cywile”. Jakie korzystne rezultaty dla „sprawy polskiej” przyniosła śmierć polskich cywili, którzy zginęli – w przewidywanych! – akcjach odwetowych przeprowadzonych przez Niemców?

 Dudek i Pytel piszą o „wymarszu w pole” w październiku 1942 roku: „Na miejscu koncentracji na wschód od stacji kolejowej Kosów Lacki, okazało się, że z planowanych 200 żołnierzy przybyło około 140, z których tylko 30 procent było uzbrojonych”. Czyżby pod przywództwem Komendanta Piaseckiego „poszli nasi w bój bez broni”? Takie miniaturowe „powstanie warszawskie” na skalę Kosowa Lackiego? (por. Zychowicz Obłęd `44, Rebis, Poznań 2013, podrozdział „ Bój bez broni” w rozdziale „Hekatomba Warszawy”).

 Autorzy Polskich Sił Zbrojnych w II wojnie światowej, a za nimi Władysław Pobóg-Malinowski w Historii politycznej Polski, twierdzą, że akcje Piaseckiego „zakończyły się wygubieniem bez sensu około 500 młodych ludzi, nie licząc ofiar wywołanych przez to represji.” Engelgard koryguje liczbę zabitych: „Jeśli chodzi o straty, to – jak dokładnie obliczył Kazimierz Krajewski, autor monografii o UBK – w ciągu całego 1943 roku UBK straciły nie 500, lecz 153 zabitych”. Poza tym wszystko się zgadza: akcje Piaseckiego „zakończyły się wygubieniem bez sensu 153 młodych ludzi, nie licząc ofiar wywołanych przez to represji”.

 

Tomasz Gabiś

 

cd w numerze

przycisk

Wyświetlony 80 razy
Więcej w tej kategorii: Antyludzka sztuczna inteligencja »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.